czwartek, 2 lutego 2017

Rozdział XV

Rozdział XV
ANNABETH
MIAŁA ZAMIAR UDUSIĆ CONNORA STOLLA, i to tylko i wyłącznie na jego własne życzenie.
Mężczyzna wyraził je w chwili, w której uznał, że ma prawo (Annabeth nie miała zielonego pojęcia, skąd taka absurdalna myśl wykluła się w jego głowie) zebrać wszystkich swoich podopiecznych z Obozu Herosów, którzy mieli tam pozostać, i zamiast tego zabrać ich ze sobą na Ceremonię Pokoju.
- Czyś ty kompletnie postradał resztki rozumu?! - syknęła mu prosto w ucho, chwytając za kołnierz i przyciągając do siebie nieco zbyt mocno.
Connor zbladł. Oczywiście.
- Annabeth, kobieto, nie... ma co się tak unosić - wybełkotał szybko, jego dłonie natychmiast sięgnęły do kołnierza, starając się uwolnić go z uchwytu blondynki.
Annabeth zaświeciły się oczy i mężczyzna natychmiast ucichł, choć nie zaprzestał swoich działań wyzwoleńczych.
Bez pożądanego skutku.
- Connor...
- Annabeth...
Bez słowa odciągnęła na bok, z dala od rozentuzjazmowanych obozowiczów, którzy właśnie zaczynali zerkać na swoich "opiekunów" z zaciekawieniem.
Nie powinno ich tu być. W San Francisco, przed tunelem prowadzącym do Obozu Jupiter, gdzie dwójka Rzymian spoglądała na nich wszystkich z odległości dwudziestu metrów, nie wiedząc do końca co począć z niezapowiedzianym towarzystwem.
Oczywiście, Annabeth nie należała do tego grona. Ona posiadała ręcznie zdobione zaproszenie w złotej kopercie (kto by pomyślał, że Rzymianom tak bardo zależy na estetyce) z wykaligrafowanym jej imieniem i nazwiskiem i prośbą, by pojawiła się na jutrzejszej Ceremonii. Było to poniekąd zbędne (była absolutnie pewna, że gospodarze wieczoru nie marnowaliby czasu na zaproszenia dla każdego z osobna), bo strażnicy dokładnie wiedzieli, kto ma przyjść, a kto nie, i to te osoby zabierały ze sobą swoich towarzyszy czy podopiecznych "na własną odpowiedzialność".
Connor Stoll jednakowoż nie należał do żadnej z powyższych grup, a już tym bardziej rodzeństwo, które ze sobą zabrał.
- Connor, nie możesz robić takich rzeczy, na litość boską!
W końcu puściła jego koszulę, co przyjął z ulgą, ale złość na jej twarzy nie ustąpiła ani trochę.
- Annabeth, dajże spokój, co niby takiego się stanie?
Dziewczynie drgnęła powieka, a Connor szybko zaczął mówić dalej.
- To trochę niesprawiedliwe, żeby akurat oni zostali w tyle. To niesprawiedliwe! - powtórzył z uporem.
Annabeth uniosła brew.
- Niesprawiedliwe? Dla nich?
Connor pokiwał głową z zapałem.
- No tak! Rok w rok prawie cały obóz idzie na tę przeklętą Ceremonię i mam już... - Annabeth chrząknęła znacząco, a chłopak szybko poprawił się. -... my mamy już tego dosyć! Dlaczego akurat to my mamy zostać w obozie?
Annabeth poczuła, jak złość zaczyna ustępować miejsca irytacji. Wiedziała doskonale, że nic do rzeczy nie ma tu los biednych obozowiczów, który utknęli w obozie, a tylko los biednego Connora, którego obowiązkiem było ich pilnować, podczas, gdy jego brat będzie balował z Katie na tańcach (o ile oczywiście Katie zamierzała się pojawić).
Syn Hermesa nie chciał najwidoczniej przyznać tego jednak na głos, a i Annabeth uznała, że nie ma co robić tego za niego. Będzie musiał się domyśleć.
- O to chodzi, Connor... - zaczęła, ton jej głos niebezpiecznie opadł w dół - że głupotą, czystą głupotą - spojrzała na niego znacząco, nie pozostawiając cienie wątpliwości, o kogo jej chodzi - jest zostawienie obozu całkowicie opustoszałego, bez kogokolwiek, kto mógłby w razie czego, go bronić lub zaalarmować innych o niebezpieczeństwie...
Connor otworzył usta w proteście.
- ... ale przecież w obozie wciąż są tony ludzi, Annabeth!
- ... a pomijając to - kontynuowała dalej, całkowicie ignorując jego wypowiedź - jeszcze większą głupotą, idiotyzmem, należałoby wręcz rzec, jest zabieranie bandy niewyszkolonych herosów na obce, cudze, nieprzyjazne terytorium...
Connorowi drgnęła powieka, a na ustach pojawił się zbłąkany uśmiech. Annabeth skarciła się w myślach. No oczywiście.
- Albo raczej aż nazbyt dobrze wyszkolonych...
Niewinna mina Connora potwierdziła jej przypuszczenia.
- O co chodzi, Annabeth? - zapytał, jawnie sobie z niej pokpiwając. Gdzie się też podział ten jego strach? - Już się o nas nie martwisz?
- Nie możecie wykorzystywać tego jako wymówkę, żeby kogoś okraść, idioto! - syknęła. - Wiesz, co się stanie, jak kogoś przyłapią?
- Rzymianie są naszymi... - zaczął Connor, ale dziewczyna natychmiast mu przerwała.
- Rzymianie są naszymi sojusznikami, ale jak któryś przyłapie cię z twoją rękę w jego kieszeni, to dopilnuje, żeby tam pozostała, jasne?
Wlepiła w Connora ostre spojrzenie, ale chłopak ani drgnął.
- Przesadzasz - oświadczył.
Westchnęła ciężko, z poirytowaniem. Jego towarzysze zaczynali się już niecierpliwić i wiercić, przyciągając uwagę Rzymian, którzy ewidentne nie wiedzieli, co się dzieje. Na domiar złego, słońce zaczynało znikać już za horyzontem, a Annabeth już dawno temu miała być w obozie, najlepiej na uczcie. To wszystko zajmowało stanowczo już zbyt dużo czasu.
I w sumie, to kogo chciała oszukać? Nie było szansy, żeby powstrzymała Connora i tę jego niepotrzebną, wiercącą się bandę...
- Może - zgodziła się, odsuwając się w końcu od chłopaka. - Ale im się to nie spodoba, a odpowiedzialność spływa na nie mnie. Więc jeśli choćby was usłyszę, to przysięgam ci Connor...
Ale nie zdążyła mu przysiąc, co takiego zrobi, bo chłopak chwycił ją w żelaznym uścisku (skutecznie odcinając jej dopływ powietrza), a grupka za nimi zawiwatowała.
- Annabeth, jesteś wielka!
Poklepała Connora po ramieniu, starając się wyzwolić z uścisku chłopaka.
- Tak, tak - mruknęła. - Jestem wielka...
Kiedy dziesięć minut później znajdywali się już w tunelach, a rozentuzjazmowana grupka pędziła już do przodu, zostawiając Annabeth w tyle, dziewczyna zdecydowała się zadać synowi Hermesa ostatnie pytanie.
- Connor? - zawołała, a blondyn obrócił się.
- No?
- Jak zamierzaliście się dostać do środka? Przecież gdybyście mnie nie spotkali...? Och... - umilkła gwałtownie, po spojrzeniu, jakie przesłał jej Connor. No oczywiście.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Wiedzieliśmy, że się pojawisz.
Uniosła brwi.
- Niby skąd? Ja sama tego nie wiedziałam.
Connor uśmiechnął się lekko i po raz pierwszy Annabeth pomyślała, że być może pomyliła się co do swoich przypuszczeń.
- Wszyscy jesteśmy tu z tego samego powodu, Annabeth.
Posłał jej po raz ostatni porozumiewawcze spojrzenie, a potem zniknął w ciemnościach, by dołączyć do swojej rodziny.
Miała nadzieję, że wkrótce zrobi to samo.

W Nowym Rzymie czas stawał w miejscu. Annabeth zastanawiała się, czy to dlatego, że była to jedyna bezpieczna ostoja dla herosów, czy też dlatego, że dosłownie nic się tam nie zmieniało.
Nie mniej jednak, czas w Nowym Rzymie stawał w miejscu. Kiedyś zastanawiała się, czy to powód do radości czy raczej do smutku. Z jednej strony, skłaniała się raczej do tego drugiego - wyglądało na to, że poświęcenie Percy'ego nie odbiło żadnego śladu na tym miejscu. Ale z drugiej... Kto wie, może przez Rzymianie przemawiał po prostu sentymentalizm? Być może nie chcieli ruszyć do przodu bez swojego lidera, przyjaciela.
Nie wiedziała, co gorsze.
Ale teraz nie miało to już znaczenia. Dziesięć lat minęło i jeżeli ta przeklęta przepowiednia w końcu miała się na coś nadać, to właśnie to był odpowiedni moment.
- Hej, Annabeth!
Odwróciła się gwałtownie, wpadając na wysoką postać. Uniosła oczy do góry i natychmiast rozpoznała właściciela głosu.
- Jason. - Uśmiechnęła się z ulgą. - Dobrze cię widzieć.
Blondyn uścisnął ją w odpowiedzi, a ona, nieco zaskoczona, z opóźnieniem poklepała go po plecach, Kiedy w końcu ją puścił, odchrząknęła i zapytała się o coś, co cały czas mimowolnie nasuwało jej się na myśl.
- Gdzie jest Reyna?
Jason cofnął się do tyłu, jakby zmieszany. Założył rękę za głowę i podrapał się w kark.
- E... Nie wiem - powiedział powoli, jakby nie chcąc się do tego przyznać.
Uniosła brwi.
- A nie powinieneś przypadkiem? - Uniosła brwi. - Wiem, że jesteś już na pretorskiej emeryturze, ale myślałam, że tradycja nakazuje wszystkim przywódcom, obecnie panującym i dawnym - dodała natychmiast, widząc, że mężczyzna już otwiera usta do odpowiedzi - przyjęcie roli organizatora we wszystkich ważnych uroczystościach. Nie powiesz mi chyba, że przy czymś tak wielkim jak Ceremonia Pokoju wymigałeś się od pomagania Reynie, co?
- Eee...
- Przypominam sobie coś, że to miała być aktywna rola, Jason.
Blondyn zamknął na sekundę oczy i wypuścił z siebie powietrze. Uniósł ręce do góry i pokręcił głową poddańczo.
- Winny - przyznał się ze wstydem.
Mimo woli zaśmiała się i przywaliła mu czule pięścią w pierś. Oczywiście, siła uderzenia nie cofnęła go nawet o milimetr.
Cholera, wyszła z praktyki.
- Jason! - skarciła go, ale bez przekonania. - Dlaczego wymigujesz się ze swoich obowiązków? - zapytała go, z przyjemnością oddając się prozie zwykłej przyjacielskiej rozmowy z dawno nie widzianym herosem. - Czyżbyś unikał Reyny?
Ku jej całkowitemu zdumieniu, Jason zarumienił się. Mimowolnie otworzyła usta.
- Na Zeusa... Jupitera - poprawiła się szybko przez wzgląd na jego syna. - Ty naprawdę jej unikasz!
Chłopak jęknął, zakrywając oczy dłonią.
- Proszę, Annabeth, nie mieszaj w to przypadkiem jeszcze mojego ojca.
Nie wiedziała, czy ma się śmiać czy płakać.
- Gdybym nie wiedziała, jak świetnie do siebie pasujecie z Piper, to zaraz bym pomyślała, że...
Zmuszona była urwać w połowie zdania, zobaczywszy wyraz twarzy, jaki przyjął Jason.
- Nie wierzę! Przecież... Przecież wy... I potem ty z Reyną? - Jason kiwał głową na każde jej słowo, jednocześnie z miną, jakby sprawiało mu to dużo bólu. - Ale przecież... - powtórzyła po raz trzeci.
- No właśnie, przecież - westchnął głęboko Jason, pogrążając się w zadumie i mówiąc w sumie chyba tylko do siebie.
- Czekaj, ale ty chyba żadnej z nich nie...
Jason nie dał jej dokończyć.
- Annabeth! - wykrzyknął z oburzeniem. - Myślałem, że masz o mnie nieco wyższe mniemanie.
Zarumieniła się.
- No bo mam. Normalnie. Ale zachowujesz się nienormalnie, więc... - Uniosła ręce do góry w geście bezradności. - Ale nie wierzę, że z tobą i Piper już wszystko skończone...
Blondyn odchrząknął, zakłopotany.
- No bo rzecz w tym, że jednak nie jest. Już nie jest - dodał szybko, żeby dziewczyna opacznie go nie zrozumiała. - Ale Reyna o tym nie wie.
Annabeth uniosła brew do góry.
- A powinna wiedzieć?
- Nie wiem... Znaczy nie! - dodał szybko, spostrzegając jej wyraz twarzy. - Nie w tym sensie. To nie było nic zobowiązującego, tylko po prostu zostawiliśmy sprawy...
- Otwarte? - podsunęła mu słowo Annabeth, widząc jak chłopak się plącze w zeznaniach.
- Właśnie. Otwarte. Ale to było pół roku temu. No i nie widziałem jej od tej pory. A Piper w sumie nie wie, że ja i Reyna... Więc... No. - Jason nieporadnie zakończył wypowiedź.
Annaeth pokręciła głową, z niedowierzaniem.
- No proszę - wymamrotała cicho, bardziej do siebie. - Chyba rzeczywiście dużo mnie ominęło.
Jason uśmiechnął się, z radością podejmując nowy temat.
- Rzadko do nas wpadasz - zauważył Jason. - W sumie widujemy się tylko co rok na tej kretyńskiej Ceremonii.
Uśmiechnęła się mimowolnie, widząc, że podziela jej zdanie o uroczystości, a jednocześnie zasmuciła się, wiedząc, że chłopak miał rację.
Ale ona też miała powód dla którego pozostawała tak nieobecna przez te dziesięć lat. I Jason o tym wiedział.
- Nie mogę się tu odnaleźć - zaczęła mówić sama z siebie, nie wiedząc, dlaczego nagle się tak przed nim otwiera. - Nigdzie nie mogę się teraz odnaleźć, jeżeli miejsce w jakikolwiek sposób przypomina mi...
- Percy'ego - dokończył Jason ze smutkiem.
- I jednocześnie jestem taka zła! - mówiła dalej, nie potrafiąc się uciszyć, raz zacząwszy. - Bo powinnam myśleć na odwrót, prawda? Właśnie powinnam chcieć go sobie przypominać. Tak zrobiłaby dobra dziewczyna i przyjaciółka. A nie...
- Annabeth - przerwał jej Jason, kładąc dłoń na ramieniu. - Percy przecież chce żebyś była szczęśliwa. Żebyś dalej żyła, z nim lub bez niego.
Nie mogła nie zauważyć formy czasu, jakiej użył.
- Chyba jesteś pierwszą osobą od dłuższego czasu, która dalej mówi o Percy'm jakby tu był, cały i zdrowy i żywy - zauważyła, siląc się na opanowanie głosu.
Jason wzruszył ramionami.
- Nie wiem, czy jest już teraz tutaj. I czy na pewno jest zdrowy i absolutnie w jednym kawałku. Ale nie wierzę, żeby Tartar był w stanie zgnieść kogoś takiego, jak Percy. Zwłaszcza jeśli ma o kogo walczyć i do kogo wrócić - dodał, patrząc się na nią wymownie. - I nawet jeżeli ty już ruszyłaś do przodu, to myślę, że twoja przyjaźń sama w sobie też będzie dla niego...
Przerwała mu natychmiast, wiedząc, do czego zmierza.
- Nie, nie, nie! Wcale nie ruszyłam do przodu. Co najwyżej pokręciłam się trochę w kółku.
Jason uniósł brew do góry.
- Nic? Przez dziesięć lat?
Poczuła, że zalewa się rumieńcem. Nie wierzyła, że prowadziła właśnie tą konwersację, I to z nikim innym jak Jasonem.
- Nic poważnego - uściśliła. - Ale nie znaczy to też, że jestem bez winy, w porównaniu do ciebie i twoich ekscesów - dodała z ciężkim sercem, nie mogąc się jednak nie uśmiechnąć, widząc zbolały wyraz twarzy Jasona, kiedy przypomniała mu o ich wcześniej rozmowie. - Dwanaście godzin temu kogoś rzuciłam, A jego rodzice przyjechali z drugiego końca Stanów, żeby mnie poznać.
- Przykro mi.
Pokręciła głową.
- Mi nie. Nie powinnam się w to wdawać w pierwszej kolejności. Chyba po prostu... - urwała, nie wiedząc w ogóle czy powinna kończyć to zdanie, zwłaszcza dzisiaj, zwłaszcza kiedy była tak blisko.
Ale Jason chciał wiedzieć.
- Po prostu co? - zapytał, jakby wyczuwając, że kryje się za tym wyznanie.
Annabeth nie była blisko z Jasonem. Ani wtedy, ani przez te dziesięć lat, ani teraz. Ale może właśnie dlatego, że nie byli blisko, a jednak wiedziała, że może mu ufać, w końcu powiedziała mu coś, do czego nigdy wcześniej przed nikim nie chciała się otwarcie przyznać.
- Chyba po prostu... Jakaś część mnie nie wierzy w to, że Percy wróci ot tak, po prostu, kiedy zabije zegar po jakimś czasie. I gdyby tak miało być... Nie chciałam, żeby moje serce się zatrzymało. Lub co gorsza - przerwała na sekundę, przygotowując się mentalnie na najgorsze. - Gdyby się okazało, że się zmienił i ... i już nie będzie mnie chciał.
- Annabeth...
- A ja nie chciałabym jego - wyszeptała ostatnie słowa tak cicho, że nie była pewna czy Jason je usłyszał. Zaraz jednak się przekonała, bo blondyn nie pytając się jej o zdanie, przyciągnął ją do siebie, już drugi raz tego dnia, i mocno przytulił.
Wbrew sobie, przywarła do chłopaka, wdzięczna za gest i za to, że zdecydował się nic więcej nie mówić.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Ceremonia Pokoju właśnie miała się zacząć. Po niej miały się zacząć obrady, już nieco w mniejszym gronie, które miały zaważyć na losie syna Posejdona.
Annabeth nie zamierzała czekać. Musiała znaleźć Reynę. Teraz.

Rozdział XIV

Okej.
Żyje jeszcze ktoś...? Bo ja, hop, hop, wciąż jeszcze oddycham (też się sobie dziwię). Czuję, że teraz jest ten moment, w którym powinnam się zacząć tłumaczyć, ale nie chce mi się, bo co to by była za wytłumaczenia? Nędzne.
Może lepiej przejść w stronę tego, dlaczego w ogóle piszę teraz te słowa? Też nie będzie łatwo.
Z jakiegoś dziwnego, niepojętego dla mnie powodu, nagle Inferno Interny zaczęło mnie przyciągać. Teraz, w najgorszym momencie ze wszystkich, ale jednak. I pewnie bym sobie normalnie odpuściła, gdyby nie dwa powody.
Po pierwsze, dawno, dawno temu obiecałam sobie, że nigdy nie porzucę tego, co zaczęłam. Choćby mi to miało zająć większość, skończę, co miałam skończyć. I jest to dość irytująca i uwierająca obietnica, ale jak widać, skuteczna. Po drugie, Inferno Interny jest naprawdę blisko końca. Który to koniec mam już cały wymyślony. I częściowo napisany. Od bardzo długiego czasu. Więc pomyślałam sobie: dlaczego do licha, skoro jestem tak blisko, skoro już prawie to napisałam, ma to nigdy nie ujrzeć światła dziennego? Choćby dla jednej osoby?
Nie znalazłam żadnego powodu, który by mnie przekonał, dlatego czytacie to teraz (o ile to w ogóle czytacie). Wiem, że dwa lata to długo, wystarczająco długo, by całkowicie zapomnieć fabułę i bohaterów i utracić zainteresowanie, więc nie spodziewam się niczego po Was, ale dalej to wstawiam, dla własnego spokoju ducha. Jeżeli ktoś ma ochotę, to proszę. Proszę czytać.
Nie wiem, kiedy skończę, ale jak widać, lepiej późno, niż wcale. Więc kiedyś na pewno to zrobię. Możecie mieć tego pewność.
Póki co... Zapraszam. Ali.
K.Fly - Blood in The Cut
Rozdział XIV
PERCY
PERCY ZOSTAŁ JUŻ KIEDYŚ POGRĄŻONY W KILKUMIESIĘCZNYM ŚNIE, więc pobudka po takowym nie była dla niego niczym nowym. Nie mniej jednak, definitywnie nie było to dla niego przyjemne doświadczenie i w momencie, w którym spojrzał na gazetę i zobaczył na niej przerażającą sierpniową datę, obiecał sobie w myślach, że co jak co, ale w tym przypadku nie będzie do trzech razy sztuka.
Drzewczyca, która to, nie miała wcześniej takich doświadczeń, przyjęła to znacznie mniej spokojnie i przez to znaczenie bardziej zdrowo na umyśle.
- ARHG! – Jej krzyk wypełnił mały ciasny pokoik, w którym się znajdowali. – ARGH!
- Naya – Chłopak szybko zsunął się z łóżka, na którym obydwoje się obudzili, i złapawszy nimfę za dłonie, zmusił ją do popatrzenia mu w oczy. – Spokojnie. Nie krzycz. Jeszcze ktoś nas znajdzie, przyjdzie i zacznie zadawać pytania.
Naya wybałuszyła na niego oczy. Szczerze mówiąc, nie mógł jej się za bardzo dziwić. Sam nie wiedział, skąd u niego tyle spokoju.
Ktoś przyjdzie?! – powtórzyła krzykliwie, a Percy się skrzywił mimowolnie.
- Mogłabyś, proszę, trochę ciszej? I niżej? – poprosił błagalnie.
Oczywiście nie wywołało to pożądanego efektu. Więcej, nie wywołało to żadnego efektu.
- Jaki ktoś przyjdzie?! Czy ty w ogóle wiesz co się dzieje? Bo ja nie wiem! Nie mam pojęcia, na Bhora, co się dzieje! W jednej chwili jesteśmy o dzień od tego twojego ukochanego obozu, a w drugiej budzę się tutaj, nie wiadomo gdzie, głodna, otępiała, a ty mi mówisz, że nagle minęło pół roku?! Jak możesz teraz być spokojny?
Otworzył usta, ale nie padło z nich żadne słowa. No właśnie, jak mógł być tak spokojny? Na twarzy wciąż miał odciśnięty ślad poduszki, na której najwidoczniej przeleżał dobrą połowę roku, przed oczami datę na gazecie, zakreśloną przez kogoś na czerwono (mógł mieć tylko nadzieję, że jest to dzisiejsza albo przynajmniej wczorajsza gazeta), a w myślach obraz nieznanej dziewczyny. Jej twarz, która nagle wyrosła z ziemi przed nim, i malujące się na niej rozpoznanie, były ostatnimi rzeczami, jakie zobaczył przed nagłym wybudzeniem teraz.
- Myślę, że ktoś nie chciał, żebyśmy ostrzegli moich przyjaciół – powiedział szybko. – Pamiętam dziewczynę. Nie wiem dlaczego, ale ona nam to zrobiła. Musiała nas uśpić i ulokować tutaj. Wyłączyła nas z gry.
Naya przed nim zmarszczyła brwi i wiedział już, że stara się sobie coś przypomnieć. Czekał cierpliwie.
- Chłopak – stwierdziła w końcu.
- Jaki chłopak?
- Nie wiem. Ale wydaje mi się, że widziałam jakiegoś chłopaka. Mężczyznę. Tyle pamiętam.
Pokręcił głową, starając się wyzbyć z narastającej w nim frustracji. Nic im to nie dawało. Chłopak i dziewczyna. Mogli być kimkolwiek. Służyć komukolwiek i czemukolwiek. Pomimo faktu, że wydawało mu się, że zapamiętał całkiem dobrze twarz swojej przeciwniczki, to w żaden sposób nie mogło mu to pomóc, o ile nie zobaczyłby się z nią twarzą w twarz.
Tylko dlaczego ona patrzyła się na niego jakby go znała?
Potrząsnął głową, puszczając dłonie Nayi i wstając z podłogi, na którą w pewnej chwili się zsunęli.
- To już dłużej nieistotne.
Drzewczyca podniosła się od razu za nim, kręcąc głową.
- Nieistotne? Sah'li, mamy jakiegoś wroga, to…
- Mamy mnóstwo wrogów, Naya – przerwał jej szybko. – Takie jest życie herosa.
Uniosła brew do góry.
- Ja nie jestem herosem.
- Ale utknęłaś z jednym – wytknął jej. – Powinnaś się już była przyzwyczaić, nie sądzisz?
Prychnęła.
- Nie. Nie sądzę.
Zdecydował się tego nie komentować. Rozejrzał się po pomieszczeniu, które podejrzewał za jakieś jednoosobowe mieszkanie, szukając czegoś, co mogłoby mu się do czegokolwiek przydać. Ku swojej radości, w kącie znalazł swój plecak, nienaruszony, z całą zawartością w środku. Nawet nasiona Bohra tam były. A kiedy sięgnął do kieszeni spodni, jego dłoń natrafiła na przemieniony w długopis Orkan. Odetchnął z ulgą.
- To co teraz? – zapytała Naya. – Jaki jest plan?
To było dobre pytanie.
- Cóż… Sądząc po tym, że świat się jeszcze nie skończył i obydwoje żyjemy… Zakładam, że Gaja jeszcze nie wróciła i cała katastrofa nie poszła w ruch. Może da się to jeszcze odkręcić. Może nasi porywacze nie byli wystarczająco ostrożni i wybudziliśmy się przedwcześnie, bez ich wiedzy – zasugerował, pozwalając sobie na cień nadziei.
- O ile w ogóle mieliśmy się wybudzić.
Podniósł wzrok i spojrzał na przyjaciółkę. Wyglądała tak bardzo na miejscu, stojąc obok niego, w zwykłym amerykańskim ubraniu i bojowym wyrazem twarzy, jakby chciała komuś pociąć korzenie. Nie wiedział, co by bez z niej zrobił i był jej niesamowicie wdzięczny za jej obecność. Ale jednocześnie... Jednocześnie tkwiło w nim silne przeczucie, że nie powinna była tu być, że już wystarczająco jej zabrał i na zbyt wiele rzeczy ją naraził, a to przecież nie była jej wojna.
Nagle zdał sobie sprawę, że nimfa coś mówi, a on nie usłyszał z tego ani słowa.
- …eee, co? – zapytał szybko, potrząsając głową – Mogłabyś powtórzyć?
Naya wzniosła oczy do nieba.
- To co? Z powrotem do Obozu Herosów?
Pokręcił głową.
- Nie, nie ma już czasu. Zresztą – dodał, nagle wyszczerzając zęby w uśmiechu, kiedy dostrzegł nazwę gazety, na którą wcześniej nie zwrócił uwagi: „San Francisco Chronicle"- Reyna wyjątkowo będzie bliżej.
- A nasi porywacze?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, jak ty, ale ja nie zamierzam czekać, żeby ich poznać.
Szybko podszedł do drzwi wejściowych i nacisnął na klamkę. Zamknięte. Oczywiście. I to ode zewnątrz.
- To co teraz?
Percy obejrzał się przez ramię na nimfę i spojrzał na nią krytycznie. Już trzeci raz dzisiaj słyszał to pytanie.
- Trochę więcej wiary we mnie, co?
Zmarszczyła brwi.
- Co ty chcesz...
Ale nie dał jej dokończyć, zamiast tego wymierzając w drzwi jedno, porządne kopnięcie. Niestety, nie na tyle porządne, żeby się otworzyły.
Naya bez słowa podeszła do niego i ustawiła się identycznej pozycji co on.
- Na trzy?
Pokiwał głową.
- Raz...
- Dwa...
- TRZY!
Wolność hukiem stanęła dla nich otworem. Percy spojrzał na Nayę, która nie wydawała się już być ani odrobinę zmęczona. Chwycił ją za dłoń i wyciągnął z ich więzienia.
- Spadajmy stąd.

wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział XIII

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!
2015!
Ze wstydem przyznaję, że od mojego ostatniego sylwestrowego rozdziału pojawiły się tylko dwa inne rozdziały. Czyli trzy rozdziały na rok... Niezbyt piękna średnia, przyznaję. Ten tutaj to też istne maleństwo, zaledwie jedna scena i początkowo miało być ich więcej, ale cóż... Sylwester?
Uznałam więc, że ta jedna scena to wciąż lepiej, niż żadna, a przecież nie mogłam przerwać mojej tradycji (choć jakość tych noworocznych rozdziałów spada z roku na roku - może to znaczy, że za każdym razem lepiej się bawię?)
Dziękuję wszystkim, którzy mimo mojej nieobecności zostawiali komentarze - jesteście wspaniali i naprawdę pomagacie (zwłaszcza w trakcie NaNoWriMo).
Dedykowane Hestii, ze spóźnionymi życzeniami urodzinowymi.
Jeśli przeczytacie to o czwartej nad ranem...
Raczej nie powinnam jeszcze spać ;)

Rozdział XIII

ANNABETH

ANNABETH WYZNAWAŁA TEORIĘ, ŻE W ZWIĄZKU NIE MOŻNA NIKOGO RZUCIĆ. Wierzyła, że mając dwadzieścia siedem lat, ludzie byli na tyle dojrzali, by po prostu się rozstać. Wierzyła, że to rozstanie musiało już być nieuniknione, że nie wyjeżdżało zza zakrętu jak pijany kierowca, a nadchodziło stopniowo i konsekwentnie, o czym miały świadczyć uprzednie kłótnie i zanik relacji pomiędzy partnerami.
Tak, Annabeth w to wierzyła. Chciała.
Ale czasem, w końcu stwierdziła, patrząc na twarz młodego doktora biologii, czasem po prostu trzeba było kogoś rzucić.
Nawet jeśli przez przypadek.
- Jak to lecisz do San Francisco?!
Dłoń, w której trzymała garść podkoszulków, zatrzymała się w powietrzu i Annabeth na chwilę przestała się pakować. Obróciła się powoli, wzięła głęboki oddech i spojrzała na swojego chłopaka.
Andrew był od niej o trzy lata starszy. Wysoki. zielonooki brunet, z twarzą, która wywabiłaby go z każdych tarapatów (gdyby tylko w jakiekolwiek kiedykolwiek wpadał).
Wiedziała, co myśleli jej wszyscy przyjaciele, kiedy tylko ich ze sobą poznawała, ale nie mogli się bardziej mylić.
Andrew w niczym nie przypominał Percy'ego. Był skromny, elegancki, ułożony, zawsze uprzejmy i życzliwy. Percy nigdy nie utrzymałby języka za zębami, a Andrew potrafił gadką szmatką obrócić tor rozmowy o sto osiemdziesiąt stopni na swoją korzyść. Był inteligenty, mądry i potrafiła dyskutować z nim całymi godzinami, a on zawsze dotrzymywał jej tempa, nawet jeśli to ona była ekspertem w danej dziedzinie.
Nigdy nie powiedziała mu o bogach.
- Mam tam... pewne obowiązki. Związane z Obozem - dodała szybko, patrząc na jego oczekującą minę. Jak się jednak okazało, być może nie powinna była tego mówić.
Wytrzeszczył oczy i zaśmiał się.
- Związane z obozem? Z twoim obozem letnim, na który uczęszczałaś, gdy miałaś dwanaście lat?
Zacisnęła usta.
- Siedemnaście.
- Co?
- Nic.
Andrew westchnął.
- Wiesz, że mam dzisiaj bankiet w pracy? - Spojrzał na nią z oczekiwaniem.
- Tak...
Jej odpowiedź brzmiała zbyt niepewnie jak na jego gust. Naciskał.
- I wiesz, że obiecałaś ze mną pójść, bym mógł cię przedstawić mojemu szefowi i ludziom z pracy.
- Tak...
- I że miałaś być moim wsparciem moralnym...
Zaczynała się męczyć.
- Tak, Andrew, pamiętam to wszystko, ale...
- I że mają tam być moi rodzice, którzy przyjechali do Nowego Jorku, tylko po to żeby cię poznać?
Próbował wpędzić ją w poczucie winy.
Odwróciła się do niego plecami i powróciła do pakowania torby. Włożyła do jej środka trzymane w dłoni koszulki i podeszła do komody. W momencie, w którym otwierała szufladę, usłyszała z tyłu trzask.
- Annabeth!
Nie odwróciła się.
- Nie przyjeżdżają tu tylko dla mnie.
Nie musiała się odwracać, by poznać reakcję Andrew.
- Och, dajże spokój! - żachnął się. - Nie fatygowaliby się z drugiego końca z Ameryki tylko po to, by poznać mojego szefa! Nie fatygowaliby się, gdyby to nie było ważne! Wiesz o tym.
Wiedziała. Czuła na plecach jego przeszywający wzrok i wiedziała. I to było w tym najgorsze.
Mówił o tym od miesiąca. Od kiedy ze sobą zamieszkali, ich związek wskoczył na całkowicie nowy poziom, a Annabeth nie była pewna, czy tego właśnie chce. A kiedy pojawił się ten durny bankiet i możliwość poznania jego rodziców, oponowała.
Nieskutecznie.
I być może, gdyby zapomniała, jakie to dla niego ważne, byłoby lepiej. Być może, gdyby po prostu nie pamiętała, to w jakiś sposób byłaby usprawiedliwiona. Bo po prostu zapomniała.
Tyle, że nie zapomniała.
- Wiem - mruknęła i w końcu spojrzała na bruneta.
- I wciąż musisz lecieć? Po co? Twój stary obóz nie jest w stanie sobie sam poradzić? Poprosić kogoś innego o załatwienie sprawy?
Zrobiła krok w jego stronę.
- Tu nie chodzi o zwykłe załatwienie sprawy. Ja... To muszę być ja.
- Dlaczego ty? - zapytał spokojnie.
Zmieszała się.
- Muszę kogoś znaleźć.
- Kogo?
Wahała się przed odpowiedzią.
- Nie znasz go.
Uniósł brwi.
- A więc to on?
Otworzyła usta, jakby chciała zapobiec temu, co wydarzy się zaraz, ale było już za późno. Andrew był zbyt mądry, zbyt inteligenty, zbyt ważne dla niego było to, by znać jej przeszłość, by znał nie tego jednego faktu i by teraz nie dopasował go do reszty układanki.
- O mój Boże. - Opadł na łóżku i zaśmiał się gorzko sam do siebie.
Annabeth nie było do śmiechu.
- Chodzi o niego, prawda? O tego twojego chłopaka, który zaginął dziesięć lat temu, Perry'ego czy jak mu tam było...
- Percy - poprawiła go cicho.
- Odnalazł się, tak?
Otworzyła usta, ale w końcu tylko pokręciła głową i usiadła obok Andrew na łóżku.
- Prawdopodobnie był widziany w San Francisco - skłamała. - Nie wiadomo, jak teraz wygląda, więc nie mamy pewności, ale polecę tam dzisiaj, to...
- Czekaj, czekaj...
Andrew złapał ją za nadgarstek.
- Olewasz mnie i moich rodziców i rzucasz wszystko, bo istnieje szansa, że być może ktoś widział, kogoś, kto być może jest kimś, kogo kiedyś tam znałaś?
Wyrwała dłoń z jego uścisku i wstała gwałtownie.
- To nie jest kto, kogo kiedyś znałam - zareagowała ostro, podnosząc się z łóżka. - To był mój...
Chciała powiedzieć "chłopak", ale zatrzymała się tuż przed słowem, uświadamiając sobie, jak głupio to brzmi.
Andrew powiedział to jednak za nią.
- Chłopak. Twój licealny chłopak.
- To nie tylko mój chłopak!- zaprotestowała szybko. - To mój...
- To twój co? - przerwał jej, unosząc brew.
To mój przyjaciel, chciała powiedzieć. Towarzysz. Kamrat. Partner. Powiernik. Ktoś, komu zaufałaby ze swoim życiem. Określenie "chłopak" było tu już wręcz obraźliwe.
Ale nie wiedziała, jak ma to wytłumaczyć komuś z zewnątrz. Jak wytłumaczyć, że tak, ma zamiar rzucić wszystko i polecieć na drugi koniec kraju, i tak, to wszystko jest całkowicie sensowne i tak, że to jest tego warte.
Percy był tego warty. I nie miało to nic wspólnego z rolą „chłopaka". Jasne, byli parą, umawiali się, ale Annabeth nie musiała być zakochana w półbogu, żeby go kochać.
- Muszę pojechać. Nie chciałam cię zostawiać tak na tym bankiecie. Jestem pewna, że twoi rodzice są wspaniali, żałuję, że ich nie poznam, ale… Tak musi być.
Nie patrząc Andrew w oczy, podniosła torbę z ziemi, zaciskając na niej uchwyt, podświadomie obawiając się, że być może mężczyzna będzie chciał ją jej zabrać.
Ale oczywiście, nie zamierzał tego zrobić. Andrew był wieloma rzeczami, ale na pewno nigdzie nie dochodził siłą i przemocą. Nie musiał.
Wyminęła go w drzwiach i wyszła z pokoju. Szybko przemknęła do przedpokoju, chwytając po drodze portfel i komórkę oraz sweter z wieszaka (w samolocie mogło być zimno), i starając się ignorować gulę w gardle.
Sięgnęła dłonią w stronę klamki i zacisnęła palce na uchwycie. Dźwięk powolnych kroków dobiegający ją zza pleców powstrzymał ją jednak od wyjścia z mieszkania.
Zaraz po tym poczuła dłonie na swojej talii.
- Annabeth.
Delikatnie, ale jednocześnie stanowczo obrócił ją w swoją stronę. Unikała jego spojrzenia, nie chcąc znaleźć powodu, dla którego mogłaby się zawahać, ale i na to miał swój sposób. Zdjął jedną dłoń z jej talii i przeniósł ją na twarzy, podnosząc jej podbródek do góry, tak by musiała spojrzeć mu w twarz.
- Annabeth – powtórzył, tym razem bardziej nagląco.
- Co?
- Annabeth, ty po prostu… Nie możesz, Annabeth. Jeśli to zrobisz, to obiecuję ci, ja…
Wyszarpnęła się z jego uścisku.
- Nic, co zrobisz lub powiesz, nie zmieni mojej decyzji, Andrew.
- Naprawdę? Nic?
Położył nacisk na ostatnie słowo i jego brew powędrowała do góry, a wargi zacisnęły się.
Annabeth musiałaby być durna, żeby nie wiedzieć, o co mu chodzi. Musiałaby by być durna i niepomna. I gdyby chodziło o kogoś innego, gdyby w grę nie wchodził Percy, to może wtedy…
Ale to był Percy i to było dziesięć lat.
Annabeth wyznawała teorię, że w związku nie da się nikogo rzucić.
Ale czasem, w końcu stwierdziła, patrząc na twarz młodego doktora biologii, czasem po prostu było trzeba...
Więc odwróciła się i wyszła.
I szczerze, nie tego się spodziewała.

środa, 13 sierpnia 2014

Rozdział XII

Miałam się kajać, ale nie mam ochoty się kajać we własne urodziny, więc poprzestanę na tym - przepraszam, że nie pisałam.
Przepraszam też za to, że żadnemu z was dziś nie odpiszę - jestem zwyczajnie zmęczona - ale jestem też bardzo wdzięczna tym, którzy co jakiś czas zaglądali i dawali mi znać, że ktoś czeka na nowy rozdział.
Nie jest on najlepszy, ale rozpoczynałam go pisać trzykrotnie i dopiero za ostatnim razem wiedziałam, że mam dwie inne wersje. Chciałam je wszystkie ze sobą połączyć i wyszło trochę... nie płynnie, ale nic już na to nie poradzę. Nie będę tego pisać czwarty raz, chcę iść dalej.
Jak sądzę, wszystkiego najlepszego, Ali.
Zapraszam.

Rozdział XII

ANNABETH

PRZEPROWADZANIE CEREMONII POKOJU W DNIU, W KTÓRYM GAJA POSTANOWIŁA ODEBRAĆ ŚWIATU CAŁĄ NADZIEJĘ, Annabeth uważała za niepotrzebne wywoływanie wilka z lasu.
I nie, nie doceniała ironii.
I teoretycznie wiedziała, że ten rok należy do Rzymian, ale praktycznie pluła sobie w brodę, że dziesięć lat temu Grecy natychmiast przywłaszczyli sobie pierwszą Ceremonię, a ona nie przeprowadziła prostej matematyki.
Chociaż wtedy wydawało się to być zwycięstwem. Grecy zostali pojmani, związani i czekali na doszczętne zrujnowanie ich ukochanego obozu. Fakt, że Reynie dzięki tylko jednemu ostrzu i rudowłosej wyroczni udało się dokonać niemożliwego przewrotu - zawieszenia broni, zawarcia pokoju i pokazaniu Octavianowi, gdzie jest jego miejsce, Annabeth uważała już za dostateczny sukces. Po raz pierwszy Grecy i Rzymianie świętowali razem, jedząc, pijąc i kpiąc sobie z Gai.
Dziesięć lat później Ceremonia nabrała... większego rozmachu.
- Oczywiście - mruknęła patrząc na ręcznie zdobioną kopertę.
W tym roku nie chciała nawet przyjeżdżać. Praktycznie rzecz biorąc nie była już nawet członkiem Obozu Herosów. Jasne, większość młodych półbogów znała ją albo chociaż kojarzyła z widzenia czy słyszenia, a Chejron, stary, kochany centaur nigdy nie odmówiłby wypicia z nią filiżanki herbaty na ganku (albo zmuszenia ją do oprowadzania nowych herosów), ale to już nie było to samo. Teraz stała się kimś w rodzaju weterana wojennego, przyjeżdżała raz na jakiś czas, poznawała nowe rodzeństwo i wracała do normalnego życia, do studiów, do pracy i do małego mieszkanka na Brooklynie
Ale teraz Reyna osobiście wysłała jej zaproszenie i potwierdziła własne przybycie. Annabeth nie widziała Rzymianki od przeszło trzech lat, od kiedy ta skończyła służbę i wyjechała, by dołączyć do swojej siostry Hylli, królowej Amazonek, a czuła, że czeka je rozmowa.
Ale nie chciała jechać do Rzymu. Przez pół roku nieźle sobie radziła udając i nie pamiętając, ale zegar tykał i tykał tak już od prawie ośmiu miesięcy.
I jeśli Percy miał wrócić właśnie teraz z oddechem Gai na karku, to znacznie bardziej wolała go powitać na ich terenie, a nie na nieznanej ziemi.
- Annabeth.
Podniosła wzrok znad koperty i spojrzała na mężczyznę w wózku inwalidzkim.
- Chejronie.
Przywołała na twarz wymuszony uśmiech, czego zaraz potem pożałowała.
Bo już pięć minut później w duszy klęła na Chejrona i jego pomysły.
Dwójka nowych obozowiczów przyprawiała ją o dreszcze, ale jeszcze gorzej się czuła, gdy myślała o tym, że właśnie zgodziła się ich oprowadzić. Była pokazowym herosem, kimś, kto dożył zaszczytnych dwudziestu siedmiu lat i stary centaur nie zamierzał przepuścić okazji, by się nią pochwalić.
Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy to nie dlatego pozostali tak rzadko wracali na stare śmiecie.
Spojrzała na parę i wskazała im drzwi.
- No to chodźcie.
Chłopak i dziewczyna posłusznie wyszli z pokoju, zostawiając za sobą otwarte drzwi, a Annabeth rzuciła ostatnie, długie spojrzenie Chejronowi.
- A my - dodała z naciskiem - my musimy porozmawiać.
Wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. Nie była w dobrym nastroju.
Ona miała na imię Tanya i była córką Demeter. On Ethan i, zgadując po mini wirze ciągle unoszącym się nad jego głową, jego ojcem był Eol. Chejron powiedział kobiecie, że w chwili, w której ta dwójka przekroczyła magiczne bariery Obozu, wokół nich pojawiły się boskie symbole i jak dotąd nie schodziły. Więc oczywiście stali się sensacją dnia.
Nowy system uznawania dzieci był jednocześnie znacznie lepszy i znacznie gorszy. Bogowie skupili część swojej mocy w Obozie, a gdy tylko pojawiali się nowi herosi, automatycznie tworzyły się wokół nich symbole , uznające dzieci. A w zależności od tego jak długo utrzymywał się znak, można było stwierdzić, na ile ktoś jest potężny. To i dodatkowa ochrona, którą dawało skupienie mocy bogów, powodowało, że nowy system został entuzjastycznie przyjęty.
Jedynym problemem było jednak to, że symbole uaktywniały się za każdym razem, gdy wchodziło się do obozu, co w jej przypadku było strasznie irytujące. Z czasem miało to słabnąć, ale ona do tej pory ciągle przechodziła pierwszych parę kwadransów ze złotą sową nad głową, co, dodając jej wiek, zawsze skupiało na nią uwagę obozowiczów. Ale i tak miała lepiej niż choćby taki Jason. Mężczyzna, tak rzadko odwiedzający Obóz, w te rzadkie dni, kiedy jednak się pojawił, przez cały czas był żywą błyskotką.
I choć może wszyscy byli teraz pouznawani i nie było już niechcianych herosów, to Annabeth cieszyła się, że system pojawił się dopiero po jej odejściu. Kiedyś bogowie ignorowali dzieci, to fakt. Ale jeśli już zostawałeś przydzielony, to nie był to tylko głupi symbol. Boski rodzic musiał przez chwilę skupić na tobie swoją uwagę, zauważyć cię. Uznać twoje istnienie, naznaczyć jako swoją krew.
Teraz już nawet do tego nie dało się ich zmusić.
Ta dwójka miała zostać zapamiętana, nie było co do tego wątpliwości. Annabeth wpatrywała się w skupieniu, jak Tanya starała się zdjąć wieniec z kłosów z głowy, ale jej wysiłki spełzły na niczym. Ile to już było? Dziewięć, dziesięć godzin? Chejron powiedział kobiecie, że przybyli o zmierzchu i przespali całą noc, a symbole dotąd nie zniknęły. A, co dziwniejsze, było to najwyraźniej wszystkim, czego owa dwójka chciała.
- Ile macie lat?
Dziewczyna, Tanya natychmiast opuściła ręce i posłała Annabeth rozdrażnione spojrzenie. Ethan nawet nie zareagował.
- Czy to nie jest zbytnia poufałość?
Annabeth niemal się nie roześmiała.
- Pytanie o twój wiek? - Nawet nie czekała na odpowiedź. - Nie, nie jest to zbytnia poufałość. Nie sądzę, w każdym razie.
Ethan w oprzytomniał i rzucił szybkie spojrzenie Tanyi, zanim przeniósł wzrok na Annabeth.
- Nie chodzi o pytanie o wiek, a pytanie, które następuje zaraz za nim. Jak tu trafiliśmy? Jakim cudem przeżyliśmy? Jaka jest wasza, o jakże zadziwiająca i zachwycająca historia?
Chłopak wykrzywił twarz w szyderczym grymasie, a Tanya chociaż mniej ostentacyjna, najwidoczniej również podzielała jego rozżalenie.
Z twarzy Annabeth zniknął pozór uśmiech, który przywołała chwilę temu, a zamiast tego zrobiło jej się sucho w gardle i do jej głowy zaczęła wkradać się irytacja.
Nie miała czasu na to wszystko ani miejsca na cudze problemy i delikatną skórę.
Natychmiast zmieniła kierunek wycieczki i zamiast kierować się w stronę pawilonu, jak wcześniej zamierzała, zaczęła szybkim krokiem iść w stronę domków, nie oglądając się za siebie, by sprawdzić czy przewrażliwiona para za nią podąża.
Choć oczywiście tak było.
- Większość dzieciaków trafia do ... nas - zawahała się przed ostatnim słowem, ale zaraz kontynuowała dalej - w wieku trzynastu, dwunastu lat. Chyba, że są wyjątkowo potężni. Niekiedy mają sześć lat, siedem. Ale wy...
Kątem oka spojrzała na dumnie idącą Tanyę, która nie spuszczała z niej wzroku, trochę rzucając jej wyzwanie, a trochę okazując cień zainteresowania.
Co innego Ethan, ostentacyjnie ją ignorujący, ale podążający za Tanyą trochę jak cień, a jednocześnie jak pies bojowy, gotów ją bronić i ochraniać. Sposób jednak, w jaki nieznacznie muskał czasami jej plecy swoją dłoń, wskazywał na to, że to on nią kierował lub prowadził, by nie zeszła z raz obranej ścieżki, choć dziewczyna w żaden sposób nie dawała po sobie poznać, jakoby wywierał na nią jakikolwiek wpływ.
Annabeth nie miała zielonego pojęcia jaką hierarchia panuje w tej relacji, ale teraz przynajmniej wiedziała, że ta relacja istnieje. Mogli być parą, rodzeństwem lub dwoma wojownikami, którzy zdecydowali się połączyć swoje miecze, ale jednego była pewna - znali się na długo przed byciem do obozu.
W wyrazie twarzy Tanyi pojawiła się nowa emocja - zniecierpliwienie i Annabeth przypomniała sobie, że urwała zdanie w pół.
- Wy nie macie trzynastu ani siedmiu lat.
Ethan prychnął, a usta Tanyi lekko drgnęły.
- Siedemnaście - kontynuowała dalej Annabeth. - Co najmniej. Szczerze, to gdybym miała patrzeć na wygląd, to dwadzieścia jak już, ale nie wyobrażam sobie co dwójka dorosłych, potężnych herosów miałaby szukać w obozie, skoro była w stanie przetrwać sama, bez naszej pomocy. No chyba, że...
Zatrzymała się gwałtownie i natychmiast się odwróciła, ale nie dlatego, że właśnie na to wpadła, ale dlatego, że chciała lekko potrząsnąć parą, zwłaszcza Ethanem. I sądząc po lekko zrytej trawie w miejscu, w którym właśnie z trudem się zatrzymał, udało jej się chociażby odrobinę.
- Nie jesteście bezbronnymi dzieciakami półkrwi, tylko z jakiegoś powodu czegoś od nas chcecie.
I w momencie, w którym coś na kształt cienia przeleciało przez twarz Tanyi, drzwi do domku nr 4 otworzyły się i z wnętrza wypadła Katie Gardner.
- Annabeth!
Córka Ateny odwróciła się od milczącej pary i po raz pierwszy szczerze się uśmiechnęła.
- Katie. Jak dobrze cię widzieć.
Młoda kobieta roześmiała się i rzuciła się blondynce na szyję. Annabeth pozwoliła zapomnieć sobie na chwilę o powodzie, dla którego tu stała i uścisnęła z powrotem przyjaciółkę.
O ile pozostali jej przyjaciele z biegiem lat coraz bardziej dojrzewali i tracili ten charakterystyczny wyłącznie dla nastolatków błysk w oku, tak Katie Gardner wręcz przeciwnie - z roku na rok robiła się coraz bardziej roześmiana i pogodna, i czasem Annabeth zastanawiała się, czy aby nie zamieniła się charakterem ze swoim narzeczonym, Travisem Stollem.
Minęła chwila, nim obydwie kobiety się puściły, ale Annabeth nie zamierzała pozwolić sobie na zbyt długie rozluźnienie przed wciąż stojącą tu dwójką. Nie była w stanie się do nich przekonać, nie do Ethana zwłaszcza.
- Co ty tu robisz? - Katie spytała roześmiania, ale zaraz wyraz jej twarzy zmienił się na zmartwiony. Pochyliła się nad blondynką i dodała szeptem - chodzi o Ceremonię, tak?
Tak, chodziło o Ceremonię, o której Annabeth zdążyła zapomnieć na parę chwil. Chodziło o tyle rzeczy naraz, że czuła, że jej głowa zaraz pęknie jak bańka mydlana, a nie mogła przecież jej zastąpić żadną inną.
- Tak właściwie to przyprowadziłam ci nowego rekruta.
Cofnęła się do tyłu i wskazała na Tanyę, która chyba właśnie zdała sobie sprawę, że patrzy na swoją przyrodnią siostrę. Czarnoskóra dziewczyna zrobiła parę kroków do przodu i wyciągnęła dłoń do przodu.
- Cześć, jestem Tanya.
Katie energicznie potrząsnęła ręką nowej siostry, po czym zaśmiała się.
- No, widzę, że wdałaś się w ojca.
Tanya zamarła.
- Co?
Katie chyba się przestraszyła.
- Nie chciałam cię urazić! Nie, nie, chodziło mi tylko o to że... no cóż w ogóle nie jesteśmy do siebie podobne.
- Och. Nic nie szkodzi.
Tanya machnęła dłonią i uśmiechnęła, ale Annabeth wiedziała, że wzmianka o ojcu w ogóle jej nie dotknęła, a raczej zaskoczyła, jakby córka Demeter zdążyła zapomnieć o jego istnieniu.
- Zresztą - dodała zaraz Katie - i tak żadne z nas nie jest do siebie podobne.
To akurat było łgarstwem.
- A ty Annabeth...
- Tak? - Uśmiechnęła się.
- Nie zapominaj, że ja jestem tu już tylko gościem honorowym. Poczekajcie, przyprowadzę grupowego.
I zniknęła w domku z trawnikiem na dachu.
I w momencie, w którym Annabeth przestała ją widzieć, obróciła się i posłała ostatnie ostrzegawcze spojrzenia Ethanowi.
O ile o Tanyi nie wyrobiła sobie jeszcze konkretnego zdania, to Ethana już zdążyła sklasyfikować.
- Na razie możemy zostać przy siedemnastce, ale zapamiętaj jedno. Ja już nie jestem obozowiczem. Nie ma dla mnie znaczenia, skąd przyszliście, kim jesteście i jak się potoczyła wasza historia. Tak długo jak jesteście tylko kolejnymi obozowiczami, nie ważne jest dla mnie to wszystko. Ale wasza sytuacja nie jest normalna, winni czy niewinni. Więc wypracuj sobie dobrą odpowiedź, ponieważ im bardziej ciągnęło was w dół w przeszłości, tym bardziej wasza obecność tutaj wiążę się z większą ilością nowych kłopotów dla nas. A ci, którzy przyciągają nieszczęścia są eliminowani. Uwierz mi.
I w tym momencie mówiła już o kimś innym, kimś bardzo odległym. A Ethan, któremu pogarda zdążyła już spełznąć z twarzy, zdawał się to rozumieć.
W tym samym momencie pojawił się grupowy.
Annabeth uśmiechnęła się do nieznanego jej chłopaka po czym wyjęła kluczyki z kieszeni spodni. Ktoś na nią czekał.
- Cóż, ja już muszę się zbierać. Jeżeli...
- Annabeth! - Katie wyskoczyła zza brata, przerywając blondynce wpół zdania. - Zanim pójdziesz... Spotkamy się jeszcze?
Córka Ateny pomyślała o liście schowanym w torbie i podjęła decyzję.
Pokręciła głową.
- Przykro mi, ale muszę jechać do Rzymiu. Jest pewna Ceremonia, na której muszę się pojawić.
Katie uśmiechnęła się lekko i pokiwało głową, a w tym geście było już coś więcej, niż zwykła aprobata.
Annabeth spojrzała po raz ostatni na Ethana.
- Niestety jesteś jedynym synem Eola, którego domku wciąż nie posiadamy, więc będziesz musiał zamieszkać w gościnnym. Jeżeli wyrazisz taką prośbę, możesz już od jutra zacząć budować własny dla swojego ojca. - Jej mina mówiła wyraźnie, że niczego takiego się nie spodziewa. - Oczywiście jesteś grupowym. Gratulacje.
- Super - mruknął Ethan kpiąco, ale zignorowała go.
- Póki co... Domek numer dwadzieścia pięć. Ufam, że znajdziesz drogę. Najwyżej Tanya ci pomoże.
Uniosła głowę i spojrzenia obydwu kobiet spotkały się na ułamek sekundy, zanim Tanya przerwała połączenie.
Annabeth zaczęła odchodzić.
Dziesięć lat miała czekać na powrót Percy'ego. I Dziesięć lat czekała. Teraz...? Nie zamierzała zmarnować już ani jednej minuty.
I kiedy spojrzała na zegarek, próbując przypomnieć sobie, na którą godzinę Chejron zarezerwował dla niej lot samolotem, gdyby jednak zdecydowała się dzisiaj polecieć, jednocześnie zastanawiając się co na to jej chłopak, przypomniała sobie o breloczku, który wciąż ściskała w dłoni.
- Hej, Ethan! - krzyknęła, oglądając się przez ramię. - Łap!
I w chwili, w której klucze dotknęły skóry syna Eola, wir nad jego głową okręcił się wokół niego ostatni raz i rozpłynął się w powietrzu.
Przypominam, przydałoby mi się coś na orzeźwienie, więc dajcie z siebie wszystko.

piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział XI

I Love You (For Sentimental Reasons) by Nat King Cole

NAYA

NAYA MOGŁA WYPIERAĆ SIĘ ILE WLEZIE, ale prawda była taka: od samego początku wiedziała, na co się godzi. Teraz miała tylko problem z wypełnieniem swojej części umowy. Co więcej, z wypełnieniem jej według dokładnych instrukcji. Ale, szczerze mówiąc, uważała, że pomimo tego wszystkiego ma absolutne prawo, by krzyczeć, wyrywać się i protestować, gdy będzie to od niej wymagane.
Bo od kiedy to nieśmiertelni pierwotni zawracali sobie głowy zwykłymi herosami? Od kiedy to wychodzili ze swoich przytulnych, małych schowków (choćby i na dnie świata) i po tylu latach śmiali żądać zapłaty? Naya może i miała staroświeckie poglądy, trudno żeby było inaczej, skoro żyła w czasach początku świata, ale trzymała się konkretnych zasad. Bogowie nie mieli prawa się tak zachowywać, nawet jeśli rzeczywiście była mowa o jakimś danym słowie, obietnicy i zagładzie świata.
A w każdym razie to próbowała sobie wmawiać.
Wszystko zaczęło się od wyroku.
W sądzie, tym śmiesznym miejscu, w którym ludzcy sędziowie skazywali ludzkich niegodziwców na wyroki zamknięcia, więzienia, wszystko było tak nieznośnie jasne, proste i sprawiedliwe. Oczywiście Naya nie rozumiała ani jednego słowa z bełkotu tych dziwnie ubranych ludzi, ani dlaczego ktoś ciągle kogoś wzywał, czy dlaczego było tam tyle niepotrzebnych ludzi, którzy cały czas tylko gapili się przed siebie i byli... No widownią, nic więcej. Ale Sah'li powoli i cierpliwie wszystko jej tłumaczył i stopniowo docierało do niej co i jak, pojawiło się ta jasność, granicząca z uwielbieniem.
Bo na środku stał oskarżony. Z boku ten, kto go oskarżał, naprzeciw ten, kto orzekał czy winny i jeszcze tabun pozostałych, którzy tylko się patrzyli. Ale Naya wpadała w zachwyt nie z powodu ich wszystkich, ale kogoś jeszcze, kogoś kto zawsze był obecny i nie mogło go nigdy zabraknąć.
Drzewczyca nie mogła uwierzyć, gdy tajemniczy mężczyzna powodował, że czasami oskarżeni wychodzi z sali z uśmiechami na twarzy, ściskali mu dłonie i krzyczeli w zwycięstwie. To wszystko było takie nierealnie, tak śmiesznie nierealne, że aż cudownie prawdziwe.
I nie czuła wyrzutów sumienia, gdy pierwotny pojawił się w ciemnościach i powiedział, że kara się skończyła. Zgodziła się natychmiast, bo tylko zgoda była akceptowalna. Miała prawo odzyskać życie. Nie było w tym nic samolubnego. Ale na Ziemi wszystko zdążyło już się zmienić i ludzie i zwierzęta i natura nie były już czymś, co znała.
Więc negocjowała. Nalegała. Kłóciła się, prosiła, argumentowała i w końcu zabrał ją z powrotem i miała już kogoś za przewodnika. Najdziwniejsza para na świecie, ostatnia drzewczyca i heros, lojalny idiota, wydostali się z piekła, prosto do innego więzienia.
Jej nie przeszkadzał ląd, którego progu nie mogła przekroczyć. Ale chłopak... Chyba był jeszcze bardziej nieszczęśliwy niż przedtem, gdy dowiedział się o wiążących ich ograniczeniach. Ale wiedziała, że nie złamie obietnicy danej bóstwu, chociażby z tego względu, że nie chciał być przyczyną ponownego wybudzenia się Gai.
Też coś.
Nie mogła przestać się zastanawiać, jak to się stało, że ten chłopak był tak ważny? Z każdym rokiem przypatrywała mu się coraz to bardziej uważniej, ale ciągle nie dostawała odpowiedni. Dlaczego jego ponowne pojawienie się w świecie miało obudzić Gaję? Dlaczego mieli ukrywać się aż do nadejścia przepowiedni? Dlaczego musieli tkwić na tej przeklętej Alasce tylko po to, by nie wydała się prawda o jego ucieczce?
No i w końcu przestało ją to obchodzić. Teraz chciała tylko trochę spokoju.
Ale oczywiście, jej spokój nigdy nie był niczyim priorytetem, prawda? Bo gdy w końcu się przyzwyczaiła, zaakceptowała swoje nowe życie, ten chłopak, ten durny chłopak, mówił jej, że to koniec. Że obiecał Tartarowi i teraz musi wracać do swojego starego życia, pomóc bogom, wedle obietnicy.
I co z tego, że od początku wiedziała, na co się zgodzi. Co z tego, że wiedziała, że chłopak i tak w końcu odejdzie? Zamierzała się wykłócać.
Ale wystarczyło jedno spojrzenie i opadły ją wszystkie siły.
- Naya?
Jego głos był zbyt zmęczony, zbyt słaby, by można było się kłócić.
I choć nie chciała się obracać, to wiedziała, że w końcu i tak to zrobi. W końcu musiała to sobie przyznać: nie umiała już walczyć, a co ważniejsze - nawet i nie chciała.
Ubrany był w jeden z tych okropnych, długich płaszczy, które kazał jej nosić, gdy tylko gdzieś wychodziła, choć one jedynie ją drażniły. Na stopach miał ciężkie buty, ubłocone i usmarowane. Sznurówki, których zawiązywaniem nigdy się nie kłopotał, znikały w śniegu, postrzępione i na skraju wytrzymałości. Ciężkie, workowate spodnie, które strzępiła wieczorami, by nie mógł ich założyć następnego dnia, wciąż jakimś cudem trzymały się na nim, a ona mimowolnie zastanawiała się, jakiego narzędzia użyje dzisiaj.
Na dłoniach miał tą drugą skórę, rękawiczki, tak się nazywały. Będą chronić palce przed mrozem, tak jej powiedział, a potem ten sam materiał obciął. Żeby lepiej się pracowało, wyjaśnił.
Nie rozumiała go wtedy, nie rozumiała go w Tartarze, i nie rozumiała go dzisiaj, choć spędzili ze sobą już tyle czasu. Jedyne co rozumiała to to, że nawet jeśli zostałby z nią następną dekadę, i następną, i entą po następnej, to nigdy do końca go nie przejrzy.
Usłyszała wycie w oddali, i choć zupełnie nie obchodziło ją, czy to śpiewanie godowe czy może ryk zapowiadający atak, wiedziała, że to był ktoś z jej świata, ich świata.
Bo to był ich świat, nie tylko jej; próbowała zmusić go, by zrozumiał.
Więc dlaczego doszło to do niego teraz, gdy już nie powinno?
Westchnęła i machnęła dłonią w stronę hałasu.
- Idź. Ratuj świat. Cześć.
Odwróciła się i zaczęła iść w stronę lasu, wyznaczając brudne ślady na ośnieżonej drodze. Ale w powietrzu słychać było tylko jej kroki.
Zatrzymała się i spojrzała na niego przez ramię.
Ta knajpka, gdzie mieli się spotkać, zawsze przyprawiała ją o dziwne uczucia. Nie była tak obskurna i szara, jak wszystkie inne budynki, ale bardziej żywa.
Malutka, maluteńka, składała się z jednego pokoju na parterze i toalety, do której, na szczęście, nie musiała nigdy zaglądać. Gdy wchodziło się do środka, natychmiast dochodził cię zapach staroci i alkoholu - jakiegoś rodzaju płynu, którego nie wolno jej było pić, ale po który Percy i tak sięgał, gdy miał ten wyraz zrezygnowania w oczach. Mężczyzna twierdził, że to nieodpowiedzialność w butelce, ale nieodpowiedzialność, na jaką sobie pozwala. Taka, która tylko robi z niego idiotę, a nie zmienia losów świata.
Początkowo nie rozumiała; chodziło o te papierowe świstki, za które ludzie wyłamywali sobie zęby?
Ale nie, mówił, nie chodziło o pieniądze. Alkohol zmienia ludzi, powtarzał jej, wyciąga innego człowieka ze środka.
To, oczywiście, było absurdalne. Ale i tak nie sięgała po trunek, gdy on popijał piwo, bo zwyczajnie nie pachniał, tak jak trzeba.
Dopiero później, kiedy robiło się ciemno, a z radia została puszczana nastrojowa muzyka, jeden czy dwóch bębniło kuflami o stół i krzyczało:
- Więcej! Więcej, pan da!
Staruszek za ladą kręcił głową z uśmiechem i wysyłał delikwentów do kąta ze szklanką wody i sierpowym wymierzonym przez żonę na otrzeźwienie. Percy uśmiechał się wtedy pod nosem do własnej nieodpowiedzialności, a w knajpce znowu rozbrzmiewały gawędy i tubalne śmiechy.
Tylko ten jeden, młodzieniec z diabelnym spojrzeniem, podkradał się do pijących i dolewał im ukradkiem.
A potem, rzeczywiście, Naya rozumiała. Dwaj mili, choć głupi, przestali się szczerzyć jak kot do sera, i darli się na całe gardło, domagając się używki.
Drzewczyca potem zerkała z niepokojem na swojego Wojownika, a gdy znikał, by pracować, podchodziła do lady.
Ale staruszka, żona staruszka, kręciła głową i zaprzeczała.
- Nie, ten nie pija! Tylo gapi się w ten swój kufel i gapi, a dopiro jak ma wychodzić, to wszysto a! Za jednym zamachem pochłania.
- I nigdy, nigdy nie prosi o dolewkę? - Stara się upewnić Naya.
- Nu... - Starucha zastanawia się. - Czasem. Jak wypija pierwszy, to i o drugie piwsko poprosi, ale tego drugigo, to nawet nie skosztuja!
Więc była i spokojniejsza, bo i wiedziała, że tak często do knajpy to Percy nie wpada.
Choć ją uwielbiał.
Zresztą ona może trochę... też.
Lubiła rozmawiać z właścicielami, staruszką i staruszkiem. Lubiła patrzeć na bar, przy którym leciała muzyka. Lubiła siedzieć przy stoliku pod oknem, gdy pojedyncze pary tańczyły wolno w niektóre wieczory.
Lubiła patrzeć, jak Percy pochłania gołąbki - jedynie danie, jakie serwowało miejsce, próbując wmówić, że jest knajpą, a nie tylko barem.
Teraz je znienawidziła.
Tego wieczora mieli się tam spotkać, po tym, jak on skończy pracę.
I rzeczywiście, czekał tam na nią, gdy wynurzała się z lasu. Ale zanim weszli do środka, już wiedziała, że coś jest nie tak.
Na oknach rozwieszono kolorowe lampki, ze środka leciała głośno muzyka, a ludzie śmiali się i pili.
A on zrujnował jej ten wieczór, wmawiając jej, że podjął właściwą decyzję.
Nie miała zamiaru słuchać, bo był, był głupi, i tyle.
Ale gdy obejrzała się na niego, ponownie, on wciąż stał w miejscu i wpatrywał się w nią zmęczony, jakby to ona wymyśliła sobie, że chce iść wojować z boginią zła.
- Co, nie idziesz? - zapytała kpiąco. - W lesie jest jakiś potwór, wiesz?
Wyraz na jego twarzy nie zmienił się.
- Wiem.
- Więc? Czemu nie wyjmujesz Orkana i nie biegniesz?
Wyciągnął dłonie z kieszeni i chwytając ją za ręce, powoli poprowadził ją z powrotem na ganek, przed wejściem. Pozwoliła mu się pociągnąć, ani razu nie spuszczając wzroku z jego twarzy.
W końcu zatrzymał się, a muzyka dochodząca z baru zmieniła się na powolną, smutnawą melodię.
- Zatańczysz?
- A co z potworem?
- Nie dzisiaj. Dzisiaj mamy wolne.
Westchnęła, ale pozwoliła mu się objąć, i położyła głowę na jego ramieniu. Poczuła dłoń na swojej tali, a drugą w jej własnej.
Nie znała kroków, więc pozwoliła mu się poprowadzić, gdy razem powoli kołysali się na śniegu.
Wpatrywała się w las, i nieco zadowolona, że nie widzi jego twarzy, zaczęła mówić.
- Skąd wiesz, że to już teraz?
Minęła chwila, nim odpowiedział.
- Miałem sen.
Jęknęła w duchu.
- Niedługo minie dziesięć lat. Gaja przebudzi się.
- A jeśli to ty wracając, przebudzisz ją właśnie?
Odsunął się i spojrzał w jej oczy. A potem, zanim mogła powiedzieć coś jeszcze, okręcił ją wokół własnej osi dwa razy i znów przyciągnął do siebie. Zanurzył twarz w jej włosach, a ona mimowolnie zadrżała od jego oddechu na szyi.
- Nie.
- Co: nie?
- To nie jestem ja.
- Bogowie ci nie uwierzą. Przecież to przez nich znaleźliśmy się tu w pierwszej kolejności.
- Nie obchodzi mnie, co pomyślą bogowie. Nie wracam, żeby być ich pokazowym bohaterem. Chcę pomóc moim przyjaciołom.
Wiedziała, że to powie.
- Minęło prawie dziesięć lat - zauważyła. - Nie sądzisz, że uznają, że uciekłeś od walki, gdy dowiedzą się, gdzie jesteś? Nie będą mieli ci za złe?
Zatrzymał się, a ona znieruchomiała.
Powoli odsunął się od niej i zdjął dłonie z jej ciała.
- Nie uciekłem - powiedział stanowczo. - Dałem im szansę. Gdybym wiedział, że mogę... - Głos załamał mu się. - Gdybym mógł, to bym wrócił. Alaska... jest jak więzienie. Chcę wrócić. A teraz w końcu mogę, Naya. Mogę wrócić do domu.
W oczach znowu pojawiło mu się to coś. To zmęczone, zrezygnowane spojrzenie, które napotykała, kiedy wpatrywał się w kufel. Nie mógł się go pozbyć, a ona nie mogła nigdy go zrozumieć. Do teraz.
Chcę wrócić do domu.
Nie wiedziała, czy ta myśl sama pojawiła jej się w głowie, czy może mężczyzna wypowiedział ją tak cicho, że uznała ją za swoją własną, ale to nie miało znaczenia.
Dom.
Ludzie dookoła niej ciągle o nim mówili. Przynieś coś domu! Chodź do domu! Gdzie jest twój dom? A co on znowu siedzi w domu?
Tylko Percy nigdy tak nie mówił. Ani razu nie nazwał tego miejsca domem. A ona, jak na złość, właśnie za takim zaczęła go uważać.
- Nie chcę żebyś odchodził - powiedziała cicho.
Spojrzał na nią zdziwiony, i po chwili na twarzy pojawił mu się wyraz przerażenia.
- Nie, Naya! Bogowie, nie o to mi chodziło!
Chwycił jej dłonie i przysunął sobie do twarzy, ściskając kurczowo.
- Przepraszam. Nie chciałem.
Spuściła głowę.
- A ja nie chciałam, żebyś czuł się winny. Przepraszam. Jeśli chcesz, to idź. Wracaj do swojego domu, rodziny i przyjaciół. Powinieneś.
Uniósł kciukiem jej podbródek i zaśmiał się cicho.
- Bez ciebie się nie ruszam.
Uniosła brew.
- Nie?
- Nie. Jesteś moją przyjaciółką, Naya. Na tę chwilę być może nawet jedyną bliską osoba jaką mam. Jesteśmy w tym razem.
W środku miała ochotę krzyczeć z radości, ale zaraz przed oczami mignęła jej twarz rozwścieczonego Zeusa.
- Percy, ja... Nie chcę walczyć u boku Gai, ale... nie uśmiecha mi się też służba bogom. Więc najlepiej chyba będzie, jeśli po prostu zostanę tutaj.
Pokręcił głową.
- Ja też nie chcę służyć bogom. Muszę ich ostrzec, i to jak najszybciej, ale nie wiem, czy będę walczył.
Zmarszczyła brwi.
- Staniesz... Po stronie Gai?
- Nie - zaprzeczył szybko.- Nie, Gaja jest zła. Nie może wygrać. Będę starał się do tego nie dopuścić. Ale nie będę nadstawiał karku dla Olimpijczyków.
Zastanowiła się przez chwilę.
- Czyli... Przeciw Gai, ale nie z bogami?
Uśmiechnął się.
- Tak, właśnie tak.
Westchnęła, pokonana.
- W takim razie dobrze. Jestem z tobą.
W odpowiedzi uścisnął ją mocno, tak, że zabrakło jej tchu. Zaśmiał się w jej czarne włosy, a ona wzdrygnęła się od podmuchu powietrza na karku.
- Bogowie, Naya, nawet nie wiesz, jak się cieszę!
Uśmiechnęła się mimowolnie.
- To gdzie zmierzamy?
- Jeszcze nie wiem. Albo do Obozu Półkrwi... Albo do San Francisco.
Zaskoczył ją.
- Do Rzymian?
- Do Rzymian.
I w tym momencie na niebie rozbłysły fajerwerki. Unieśli wzrok w górę, by zobaczyć kaskadę kolorów. Za oknem ludzie zaczęli krzyczeć szaleńczo, a szampan poleciał strumieniami.
- Szczęśliwego Nowego Roku - powiedział.
Tym razem już wiedziała, co ma na myśli, ale i tak powtórzyła swoją starą formułkę. Bała się tylko, że jej prośby i tak się nie spełnią.
- To już ósmy rok - mruknęła.
Dłoń Percy'ego zacisnęła się wokół jej własnej i Naya ukryła grymas.
- Opowiedz mi wszystko - poprosiła szybko, chcąc skupić go na czymś innym. - Jaki mamy plan? Powiedziałeś, że Tartar się z tobą skontaktował. Co powiedział?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nic nie powiedział. Tylko dał mi znać. Że to już teraz. Musimy się dostać do Nowego Jorku i ich ostrzec. Tylko...
Uniosła dłoń.
- Chwila. Ale przed czym chcesz ich ostrzec? Myślałam, że po prostu już masz wracać.
Pokręcił głową.
- Nie. Muszę... Muszę powiedzieć im, czego się dowiedziałem. W końcu mi się udało, Naya. W końcu to zrobiłem.
- ...to znaczy?
- Rozgryzłem ją. Rozgryzłem przepowiednię.

wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział X






"- Boże, już myślałam, że chcesz rozbić tą butelkę.
- No co ty?! To broń, jesteśmy w ciemnych zakamarkach Wisły, Kazimierza i Podgórza..."

Nareszcie. NARESZCIE! Wychodzimy z tego piekielnego Tartaru. Jeśli nie przebrniecie przez ten rozdział, to wiedzcie, że jest on ostatni z serii "przed". Następny jest już "teraz".
No i ...
Oj, nie chcę mi się wymyślać życzeń (see that girl, dancing queen...)
2014.
CZYTAĆ!
(i podziwiać...)
soundtrack: RMF FM (radio młodych frajerów) i Frozen (to dla tych drugich)
:)

PERCY

POTWORY TO BYŁY SZUMOWINY, ale, jak przekonywał się Percy z każdą sekundą, przydatne szumowiny. Wbrew jego obawom rzeczywiście udało im się oddalić od czarnej dziury. Co więcej, w końcu całkowicie zniknęła z zasięgu jego wzroku i był już b tylko jeden krok od głośnego westchnięcia z ulgi.
Bo jeszcze pozostawał inny problem. Był w swoistej pułapce, w sytuacji bez wyjścia. Musiał podążać za potworami, a nawet gdyby zmienił zdanie (co już nie raz przewinęło mu się przez myśl), innej drogi nie było, bo gdy tylko sięgał wzrokiem dookoła, zalewała go fala piasku.
Pustynia. Znowu.
Jedynym pozytywnym aspektem było to, że do niekończącego się kopca, piasku w ustach, uszach i w każdym możliwym miejscu nie dołączył upał. Percy co prawda czuł na sobie promienie słońca, pozującego dostojnie na pomarańczowym niebie, ale nie bił z niego żar. Teraz ch łopak mógł śmiało umierać z pragnienia i z wycieńczenia, nie musząc obawiać się, że temperatura skróci tą rozkoszną udrękę.
A mówiąc o udręce, skojarzył Percy, jak to się działo, że wciąż pozostawał niezauważony?
Pięć potworów, monstrów wręcz, szło jakieś dziesięć metrów przed nimi, ciągle na siebie powarkując i rycząc, od czasu do czasu wydając z siebie zawodzenie (winił piekielnego ogara), ale i tak nie dostrzegało herosa za nimi, proszącego się wręcz o zjedzenie.
Percy rozważał na początku chowanie się, choć nie miał zielonego pojęcia, jak miałby to zrobić, ale szybko odrzucił pomysł. Wkroczenie na pustynie, która dosłownie wyrosła spod ich stóp, bez żadnego końca, początku czy punktu wyjścia, bezsprzecznie zamykała jakąkolwiek dyskusję - tu nie było gdzie się schować. Percy teraz mógł tylko liczyć na własne szczęście, piasek dookoła i może trochę arogancji ze strony potworów.
O wilku mowa. Nastąpił zwrot akcji.
- ARHGH!
Percy szybko poderwał głowę, akurat w porę, by zdążyć uchylić się przed lecącą w niego, a wręcz na niego, drakainę. Rzucił się w bok i wylądował twarzą w piasku, a chwilę później poczuł, jak podłoże pod nim zafalowało.
- Bogowie - jęknął, wypluwając z ust natrętne ziarenka, i rozwarł jedną powiekę, pod którą, na szczęście, jeszcze nie dostał się piasek.
Potwór - potworzyca, będąc bardziej dokładnym - nie wyglądał na zbyt zadowolonego. I Percy nie do końca się temu dziwił. Drakaina, ohydna w swoim całym jestestwie, teraz nie ośmieliłaby się nawet pokazać wśród swoich pobratymców. Jej czirliderski uniform był już cały poszarpany, brudny i klejący, a uniformem zwał się już chyba tylko dla samej zasady.
- Dlaczego to zawsze musiały być czirliderki?
Drakaina obróciła się gwałtownie w jego stronę i chłopak zamarł. Czarne kudły, wijące się dookoła rozeźlonego pyska, natapirowały się, tworząc obraz stracha na wróble. Metalowa noga była pełna wgnieceń i porysowań, a z kolei ta druga, kopytna, wykręciła się pod dziwnym kątem. Drakaina, nie zważając na to wszystko, zasyczała i zaczęła się przesuwać do przodu, prosto w jego stronę.
Nie śmiał nawet wziąć oddechu. Wpatrywał się przerażony w stojącego nad nim potwora i kiedy myślał już, że drakaina, cały czas patrząca mu w oczy, postanowi go wypatroszyć, albo jeszcze lepiej, zawołać Minotaura, "kobieta" warknęła, przeszła nad nim i zaczęła się wydzierać.
- JAK ŚMIAŁEŚ! JAK ŚMIAŁEŚ, TY WIELKIE, BEZMYŚLNE CIELSKO!
Bazując po minach pozostałych, zwyzywała właśnie piekielnego ogara, który ewidentnie poczuł się urażony. Dwa potwory rzuciły się na siebie, a zaraz dołączyła do nich reszta. Dookoła unosił się pył, kurz i ... bogowie, czy to właśnie przeleciała nad nim ludzka ręka?
- Cholera - mruknął i zerwał się z ziemi.
Rozważał przez chwilę, czy nie dołączyć się do walki, w końcu potwory były chyba trochę zdekoncentrowane, ale, jak się okazało, nie musiał wcale dokonywać żadnego wyboru, Poczuł, jak piasek pod nim faluje, a następnie pył otaczający potwory opadł na ziemię. Kiedy zamrugał, potworów już nie było.
- Co do...?
- Nie ma mnie jeden dzień, a ty już zaczynasz przeklinać?
Obrócił się gwałtownie, wnosząc miecz. I gdyby nie to, że wszystko i tak było już pokręcone, nie wykrztusiłby z siebie ani słowa.
- Parę dni - odezwał się powoli. - Nie było cię parę dni.
Bo oto na piasku parę metrów przed nim stała Naya, piękna, zdrowa i czysta. Gdyby nie był już dostatecznie oszołomiony, to pewnie rzuciłby jakiś tekst na temat jej nowego wyglądu, ale tak pozostawało mu tylko wytrzeszczanie oczu i rozpaczliwa próba nie upuszczenia Orkana, by zatonął gdzieś w piasku. Dżinsy, tenisówki, przewiewny podkoszulek - typowy strój typowej amerykańskiej nastolatki - musiały poczekać.
- Tak właściwie to mylisz się. Nie było mnie dokładnie jeden dzień. Ja... odeszłam jedną dobę temu.
Uniósł brwi
- "Odeszłam"? Chyba chciałaś powiedzieć "uciekłam".
W chwili, w której słowa uciekły z jego ust, doszło do niego ich surowe brzmienie.
Naya wyglądała po raz pierwszy na nieco zawstydzoną. Miał ochotę wpędzić ją jeszcze bardziej w poczucie winy, ale wystarczyło mu jedno spojrzenie na jej twarz i dał sobie spokój.
- Ale wróciłaś? Dlaczego? Co się w ogóle stało? Jak ... skąd masz na sobie te ciuchy?
Zmarszczyła brwi.
- Ciuchy?
- Ubrania, fatałaszki, szaty. Okrycie. Wybieraj.
- Och.
Czekał na jakąś kontynuację, ale że niczego się nie doczekał, umocnił uścisk na rękojeści Anaklysmosa i ruszył do przodu.
Naya ledwie drgnęła i już do siebie doskoczyli. Zacisnął dłonie na jej talii, wciąż nie wypuszczając Orkana i przycisnął ją do siebie jak najmocniej, jak najszybciej, byle tylko poczuć drugiego człowieka.
Nawet jeśli ten człowiek nie był do końca człowiekiem.
Jej małe, zręcznie dłonie szybko wplątały palce w jego skołtunione włosy i jęknął, czując ból przy skórze. Ale Naya tylko zacisnęła uścisk i przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Nie mógł nie zauważyć, że pachniała wyjątkowo ładnie, zapewne za sprawą prysznicu. On musiał wytworzyć już swój własny, prywatny odór, który nie miał nic wspólnego z półboskim zapachem.
Nie wiedział, ile tak stali. Może dzień, może dwie minuty, może rok, albo żadne z powyższych. Tu czas i tak był pojęciem względnym, nie było sensu go definiować. Ale gdy w końcu wypuścił Naye ze swojego uścisku, nie bardzo już go obchodziło to, że go zostawiła. Kiedyś tam, po coś tam...
Była tu i teraz.
- Percy, szybko - chwyciła go za dłoń i zaczęła ciągnąć w bok, oddalając ich jak najbardziej to możliwe od miejsca zniknięcia potworów - on nie ma za wiele czasu. Musimy...
- Hej, hej, hej! Jaki on?
Obejrzała się za siebie nerwowo, ale Percy nie widział żadnych niebezpieczeństw dookoła.
No chyba, żeby liczyć tony piasku. W takim wypadku byli ugotowani.
- Naya - ściągnął na siebie jej wzrok.
- Co?
- Powiedz mi. O co chodzi?
Nie potrzebował tony wyjaśnień. Ani nawet przeprosin, choć chyba mu się należały. Ale jednak coś wypadałoby wiedzieć, prawda?
- Sah'li, ja... Wcale nie chciałam. Wcale nie chciałam cię zostawić.
Nie odpowiedział.
- Ja pełniłam wartę. Tak jak się umawialiśmy. I wtedy pojawił się on. Chciałam cię obudzić, ale... on zaczął mówić i mówić i po prostu... Tu chodziło tylko o mnie, ja...
Zaczynała już bełkotać, a Percy zastanawiał się, czy ma, czy nie powodów do gniewu. I nie był tego już taki pewny.
- Co mówił?
- Powiedział, że na mnie już czas. Że moja kara już się skończyła i nie mam prawa już tu być. I mnie zabrał.
- Dokąd?
- Nie wiem. To była jakaś kraina, prawdziwa, na powierzchni. Z ludźmi, z drzewami... Z życiem, z... - urwała w połowie zdania, a uścisk jej dłoni umocnił się wokół jego nadgarstków.
Nie był w stanie być zły.
- Wylądowałaś na ziemi - wyszeptał cicho.
Pokiwała głową, a czarne oczy zaszkliły się, choć nie wypłynęła z nich żadna łza. Percy zastanawiał się mimowolnie czy to dlatego, że nie miała już czym płakać, czy nie wiedziała jak.
- Ja nie wiedziałam, co się dzieje. W ogóle, kompletnie. I ci wszyscy ludzie, ten cały świat. Tego było za dużo.
- Nie podobało ci się? - Niemal się zaśmiał. - Nie podobało ci się na Ziemi? Z dala od potworów, kar i ... głodu?
Wzruszyła ramionami.
- Jakoś trudno się było cieszyć.
Spojrzała na niego znacząco, powodując rumieńce na całej twarzy i gulę w gardle. Bo szczerze? Nie wiedział. Całe ostatnie miesiące jego życia skupiały się na niewiedzy, pustce i niepewności. Naya była jeszcze większą niewiadomą.
I nie wiedział, czy on by wrócił po nią.
- Więc przekonałam go, przekonałam go i zabrał mnie tu z powrotem.
Uniósł wzrok znad jej ramienia dokładnie w momencie, w którym z piasku zaczęła formować się postać. I w końcu, w otoczeniu pyłu, kurzu i zgrozy stał przed nim bóg.
I po raz pierwszy Percy wiedział dokładnie z kim ma do czynienia.
- Tartar.
Piasek zaczął się rozmywać, przysuwać bliżej pary, otaczając ją, tworząc swoisty kokon, zamykając. Dostał się w ich oczy, usta, nos... Chłopak nie wiedział już nawet czym oddycha.
A potem usłyszał głos Pierwotnego.
Musicie pozostać w tajemnicy.
Nikt was nie zobaczy.
Nie usłyszy.
Nie poczuje.
Nie pozna.
Dziesięć mija długich lat
Krew na Duszę, Dusza w Piach
Kto klątwy tytana zaznał raz
Pozna znów jej letni smak
Niebo wyda nowy Cień
Chaos zniszczy Pół świat weń
Ofiar toczyć się będzie szlak
Aż heros stary ocali was
W sen zapadam dzisiaj tak
Obudzi mnie najpotężniejsza z Klacz
Ona zburzy stary świat
A Inferno Interny przestanie trwać
W uszach mu huknęło, z płuc zniknął tlen, a żołądek zwinął się w ciasny supeł. A kiedy otworzył oczy, zalało go zimno, w butach poczuł wodę i chłodne płatki orzeźwiły mu twarz.
Widział dookoła śnieg, chałupy, ludzi krzyczących na siebie. A gdy na niebie zobaczył czerwone, zielone i fioletowe błyski, jakby wrzeszczące do niego z gwiazd, zamrugał kilka razy i tak jakby wiedział.
Obrócił się do Nayi.
- Szczęśliwego nowego roku - mruknął.
Uniosła brew, ściągając śnieg z włosów. Widział po jej wzroku, że nie wiedziała, co ma na myśli, ale nie miało to i tak żadnego znaczenia.
- I nawzajem.
Fajerwerki przytłumiły jej ostatnie słowa, ale i tak odczytał ich znaczenie z ruchu warg.
I nawzajem, cholera.
Pozdrawiają MY! Czyli dla niezorientowanych: Ali , Mangha i przymulająca (jak ja ci zaraz przymulę...!) Mobia. Szczęśliwego nowego roku! I szalonego sylwestra.
Cholera, chyba rozdział o północy staje się jakąś tradycją.
Żadnej z powyższych się to nie podoba...

" - Chodźmy dostojnie. [ja :)]
- Prawa, lewa, prawa, lewa...[Mangha]
- Ale bez prawej i lewej.[ja...]
- Ale mogłabyś mnie puścić...? Niech każda z nas ma swoją własną dostojność.[Mobia]"