środa, 13 sierpnia 2014

Rozdział XII

Miałam się kajać, ale nie mam ochoty się kajać we własne urodziny, więc poprzestanę na tym - przepraszam, że nie pisałam.
Przepraszam też za to, że żadnemu z was dziś nie odpiszę - jestem zwyczajnie zmęczona - ale jestem też bardzo wdzięczna tym, którzy co jakiś czas zaglądali i dawali mi znać, że ktoś czeka na nowy rozdział.
Nie jest on najlepszy, ale rozpoczynałam go pisać trzykrotnie i dopiero za ostatnim razem wiedziałam, że mam dwie inne wersje. Chciałam je wszystkie ze sobą połączyć i wyszło trochę... nie płynnie, ale nic już na to nie poradzę. Nie będę tego pisać czwarty raz, chcę iść dalej.
Jak sądzę, wszystkiego najlepszego, Ali.
Zapraszam.

Rozdział XII

ANNABETH

PRZEPROWADZANIE CEREMONII POKOJU W DNIU, W KTÓRYM GAJA POSTANOWIŁA ODEBRAĆ ŚWIATU CAŁĄ NADZIEJĘ, Annabeth uważała za niepotrzebne wywoływanie wilka z lasu.
I nie, nie doceniała ironii.
I teoretycznie wiedziała, że ten rok należy do Rzymian, ale praktycznie pluła sobie w brodę, że dziesięć lat temu Grecy natychmiast przywłaszczyli sobie pierwszą Ceremonię, a ona nie przeprowadziła prostej matematyki.
Chociaż wtedy wydawało się to być zwycięstwem. Grecy zostali pojmani, związani i czekali na doszczętne zrujnowanie ich ukochanego obozu. Fakt, że Reynie dzięki tylko jednemu ostrzu i rudowłosej wyroczni udało się dokonać niemożliwego przewrotu - zawieszenia broni, zawarcia pokoju i pokazaniu Octavianowi, gdzie jest jego miejsce, Annabeth uważała już za dostateczny sukces. Po raz pierwszy Grecy i Rzymianie świętowali razem, jedząc, pijąc i kpiąc sobie z Gai.
Dziesięć lat później Ceremonia nabrała... większego rozmachu.
- Oczywiście - mruknęła patrząc na ręcznie zdobioną kopertę.
W tym roku nie chciała nawet przyjeżdżać. Praktycznie rzecz biorąc nie była już nawet członkiem Obozu Herosów. Jasne, większość młodych półbogów znała ją albo chociaż kojarzyła z widzenia czy słyszenia, a Chejron, stary, kochany centaur nigdy nie odmówiłby wypicia z nią filiżanki herbaty na ganku (albo zmuszenia ją do oprowadzania nowych herosów), ale to już nie było to samo. Teraz stała się kimś w rodzaju weterana wojennego, przyjeżdżała raz na jakiś czas, poznawała nowe rodzeństwo i wracała do normalnego życia, do studiów, do pracy i do małego mieszkanka na Brooklynie
Ale teraz Reyna osobiście wysłała jej zaproszenie i potwierdziła własne przybycie. Annabeth nie widziała Rzymianki od przeszło trzech lat, od kiedy ta skończyła służbę i wyjechała, by dołączyć do swojej siostry Hylli, królowej Amazonek, a czuła, że czeka je rozmowa.
Ale nie chciała jechać do Rzymu. Przez pół roku nieźle sobie radziła udając i nie pamiętając, ale zegar tykał i tykał tak już od prawie ośmiu miesięcy.
I jeśli Percy miał wrócić właśnie teraz z oddechem Gai na karku, to znacznie bardziej wolała go powitać na ich terenie, a nie na nieznanej ziemi.
- Annabeth.
Podniosła wzrok znad koperty i spojrzała na mężczyznę w wózku inwalidzkim.
- Chejronie.
Przywołała na twarz wymuszony uśmiech, czego zaraz potem pożałowała.
Bo już pięć minut później w duszy klęła na Chejrona i jego pomysły.
Dwójka nowych obozowiczów przyprawiała ją o dreszcze, ale jeszcze gorzej się czuła, gdy myślała o tym, że właśnie zgodziła się ich oprowadzić. Była pokazowym herosem, kimś, kto dożył zaszczytnych dwudziestu siedmiu lat i stary centaur nie zamierzał przepuścić okazji, by się nią pochwalić.
Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy to nie dlatego pozostali tak rzadko wracali na stare śmiecie.
Spojrzała na parę i wskazała im drzwi.
- No to chodźcie.
Chłopak i dziewczyna posłusznie wyszli z pokoju, zostawiając za sobą otwarte drzwi, a Annabeth rzuciła ostatnie, długie spojrzenie Chejronowi.
- A my - dodała z naciskiem - my musimy porozmawiać.
Wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. Nie była w dobrym nastroju.
Ona miała na imię Tanya i była córką Demeter. On Ethan i, zgadując po mini wirze ciągle unoszącym się nad jego głową, jego ojcem był Eol. Chejron powiedział kobiecie, że w chwili, w której ta dwójka przekroczyła magiczne bariery Obozu, wokół nich pojawiły się boskie symbole i jak dotąd nie schodziły. Więc oczywiście stali się sensacją dnia.
Nowy system uznawania dzieci był jednocześnie znacznie lepszy i znacznie gorszy. Bogowie skupili część swojej mocy w Obozie, a gdy tylko pojawiali się nowi herosi, automatycznie tworzyły się wokół nich symbole , uznające dzieci. A w zależności od tego jak długo utrzymywał się znak, można było stwierdzić, na ile ktoś jest potężny. To i dodatkowa ochrona, którą dawało skupienie mocy bogów, powodowało, że nowy system został entuzjastycznie przyjęty.
Jedynym problemem było jednak to, że symbole uaktywniały się za każdym razem, gdy wchodziło się do obozu, co w jej przypadku było strasznie irytujące. Z czasem miało to słabnąć, ale ona do tej pory ciągle przechodziła pierwszych parę kwadransów ze złotą sową nad głową, co, dodając jej wiek, zawsze skupiało na nią uwagę obozowiczów. Ale i tak miała lepiej niż choćby taki Jason. Mężczyzna, tak rzadko odwiedzający Obóz, w te rzadkie dni, kiedy jednak się pojawił, przez cały czas był żywą błyskotką.
I choć może wszyscy byli teraz pouznawani i nie było już niechcianych herosów, to Annabeth cieszyła się, że system pojawił się dopiero po jej odejściu. Kiedyś bogowie ignorowali dzieci, to fakt. Ale jeśli już zostawałeś przydzielony, to nie był to tylko głupi symbol. Boski rodzic musiał przez chwilę skupić na tobie swoją uwagę, zauważyć cię. Uznać twoje istnienie, naznaczyć jako swoją krew.
Teraz już nawet do tego nie dało się ich zmusić.
Ta dwójka miała zostać zapamiętana, nie było co do tego wątpliwości. Annabeth wpatrywała się w skupieniu, jak Tanya starała się zdjąć wieniec z kłosów z głowy, ale jej wysiłki spełzły na niczym. Ile to już było? Dziewięć, dziesięć godzin? Chejron powiedział kobiecie, że przybyli o zmierzchu i przespali całą noc, a symbole dotąd nie zniknęły. A, co dziwniejsze, było to najwyraźniej wszystkim, czego owa dwójka chciała.
- Ile macie lat?
Dziewczyna, Tanya natychmiast opuściła ręce i posłała Annabeth rozdrażnione spojrzenie. Ethan nawet nie zareagował.
- Czy to nie jest zbytnia poufałość?
Annabeth niemal się nie roześmiała.
- Pytanie o twój wiek? - Nawet nie czekała na odpowiedź. - Nie, nie jest to zbytnia poufałość. Nie sądzę, w każdym razie.
Ethan w oprzytomniał i rzucił szybkie spojrzenie Tanyi, zanim przeniósł wzrok na Annabeth.
- Nie chodzi o pytanie o wiek, a pytanie, które następuje zaraz za nim. Jak tu trafiliśmy? Jakim cudem przeżyliśmy? Jaka jest wasza, o jakże zadziwiająca i zachwycająca historia?
Chłopak wykrzywił twarz w szyderczym grymasie, a Tanya chociaż mniej ostentacyjna, najwidoczniej również podzielała jego rozżalenie.
Z twarzy Annabeth zniknął pozór uśmiech, który przywołała chwilę temu, a zamiast tego zrobiło jej się sucho w gardle i do jej głowy zaczęła wkradać się irytacja.
Nie miała czasu na to wszystko ani miejsca na cudze problemy i delikatną skórę.
Natychmiast zmieniła kierunek wycieczki i zamiast kierować się w stronę pawilonu, jak wcześniej zamierzała, zaczęła szybkim krokiem iść w stronę domków, nie oglądając się za siebie, by sprawdzić czy przewrażliwiona para za nią podąża.
Choć oczywiście tak było.
- Większość dzieciaków trafia do ... nas - zawahała się przed ostatnim słowem, ale zaraz kontynuowała dalej - w wieku trzynastu, dwunastu lat. Chyba, że są wyjątkowo potężni. Niekiedy mają sześć lat, siedem. Ale wy...
Kątem oka spojrzała na dumnie idącą Tanyę, która nie spuszczała z niej wzroku, trochę rzucając jej wyzwanie, a trochę okazując cień zainteresowania.
Co innego Ethan, ostentacyjnie ją ignorujący, ale podążający za Tanyą trochę jak cień, a jednocześnie jak pies bojowy, gotów ją bronić i ochraniać. Sposób jednak, w jaki nieznacznie muskał czasami jej plecy swoją dłoń, wskazywał na to, że to on nią kierował lub prowadził, by nie zeszła z raz obranej ścieżki, choć dziewczyna w żaden sposób nie dawała po sobie poznać, jakoby wywierał na nią jakikolwiek wpływ.
Annabeth nie miała zielonego pojęcia jaką hierarchia panuje w tej relacji, ale teraz przynajmniej wiedziała, że ta relacja istnieje. Mogli być parą, rodzeństwem lub dwoma wojownikami, którzy zdecydowali się połączyć swoje miecze, ale jednego była pewna - znali się na długo przed byciem do obozu.
W wyrazie twarzy Tanyi pojawiła się nowa emocja - zniecierpliwienie i Annabeth przypomniała sobie, że urwała zdanie w pół.
- Wy nie macie trzynastu ani siedmiu lat.
Ethan prychnął, a usta Tanyi lekko drgnęły.
- Siedemnaście - kontynuowała dalej Annabeth. - Co najmniej. Szczerze, to gdybym miała patrzeć na wygląd, to dwadzieścia jak już, ale nie wyobrażam sobie co dwójka dorosłych, potężnych herosów miałaby szukać w obozie, skoro była w stanie przetrwać sama, bez naszej pomocy. No chyba, że...
Zatrzymała się gwałtownie i natychmiast się odwróciła, ale nie dlatego, że właśnie na to wpadła, ale dlatego, że chciała lekko potrząsnąć parą, zwłaszcza Ethanem. I sądząc po lekko zrytej trawie w miejscu, w którym właśnie z trudem się zatrzymał, udało jej się chociażby odrobinę.
- Nie jesteście bezbronnymi dzieciakami półkrwi, tylko z jakiegoś powodu czegoś od nas chcecie.
I w momencie, w którym coś na kształt cienia przeleciało przez twarz Tanyi, drzwi do domku nr 4 otworzyły się i z wnętrza wypadła Katie Gardner.
- Annabeth!
Córka Ateny odwróciła się od milczącej pary i po raz pierwszy szczerze się uśmiechnęła.
- Katie. Jak dobrze cię widzieć.
Młoda kobieta roześmiała się i rzuciła się blondynce na szyję. Annabeth pozwoliła zapomnieć sobie na chwilę o powodzie, dla którego tu stała i uścisnęła z powrotem przyjaciółkę.
O ile pozostali jej przyjaciele z biegiem lat coraz bardziej dojrzewali i tracili ten charakterystyczny wyłącznie dla nastolatków błysk w oku, tak Katie Gardner wręcz przeciwnie - z roku na rok robiła się coraz bardziej roześmiana i pogodna, i czasem Annabeth zastanawiała się, czy aby nie zamieniła się charakterem ze swoim narzeczonym, Travisem Stollem.
Minęła chwila, nim obydwie kobiety się puściły, ale Annabeth nie zamierzała pozwolić sobie na zbyt długie rozluźnienie przed wciąż stojącą tu dwójką. Nie była w stanie się do nich przekonać, nie do Ethana zwłaszcza.
- Co ty tu robisz? - Katie spytała roześmiania, ale zaraz wyraz jej twarzy zmienił się na zmartwiony. Pochyliła się nad blondynką i dodała szeptem - chodzi o Ceremonię, tak?
Tak, chodziło o Ceremonię, o której Annabeth zdążyła zapomnieć na parę chwil. Chodziło o tyle rzeczy naraz, że czuła, że jej głowa zaraz pęknie jak bańka mydlana, a nie mogła przecież jej zastąpić żadną inną.
- Tak właściwie to przyprowadziłam ci nowego rekruta.
Cofnęła się do tyłu i wskazała na Tanyę, która chyba właśnie zdała sobie sprawę, że patrzy na swoją przyrodnią siostrę. Czarnoskóra dziewczyna zrobiła parę kroków do przodu i wyciągnęła dłoń do przodu.
- Cześć, jestem Tanya.
Katie energicznie potrząsnęła ręką nowej siostry, po czym zaśmiała się.
- No, widzę, że wdałaś się w ojca.
Tanya zamarła.
- Co?
Katie chyba się przestraszyła.
- Nie chciałam cię urazić! Nie, nie, chodziło mi tylko o to że... no cóż w ogóle nie jesteśmy do siebie podobne.
- Och. Nic nie szkodzi.
Tanya machnęła dłonią i uśmiechnęła, ale Annabeth wiedziała, że wzmianka o ojcu w ogóle jej nie dotknęła, a raczej zaskoczyła, jakby córka Demeter zdążyła zapomnieć o jego istnieniu.
- Zresztą - dodała zaraz Katie - i tak żadne z nas nie jest do siebie podobne.
To akurat było łgarstwem.
- A ty Annabeth...
- Tak? - Uśmiechnęła się.
- Nie zapominaj, że ja jestem tu już tylko gościem honorowym. Poczekajcie, przyprowadzę grupowego.
I zniknęła w domku z trawnikiem na dachu.
I w momencie, w którym Annabeth przestała ją widzieć, obróciła się i posłała ostatnie ostrzegawcze spojrzenia Ethanowi.
O ile o Tanyi nie wyrobiła sobie jeszcze konkretnego zdania, to Ethana już zdążyła sklasyfikować.
- Na razie możemy zostać przy siedemnastce, ale zapamiętaj jedno. Ja już nie jestem obozowiczem. Nie ma dla mnie znaczenia, skąd przyszliście, kim jesteście i jak się potoczyła wasza historia. Tak długo jak jesteście tylko kolejnymi obozowiczami, nie ważne jest dla mnie to wszystko. Ale wasza sytuacja nie jest normalna, winni czy niewinni. Więc wypracuj sobie dobrą odpowiedź, ponieważ im bardziej ciągnęło was w dół w przeszłości, tym bardziej wasza obecność tutaj wiążę się z większą ilością nowych kłopotów dla nas. A ci, którzy przyciągają nieszczęścia są eliminowani. Uwierz mi.
I w tym momencie mówiła już o kimś innym, kimś bardzo odległym. A Ethan, któremu pogarda zdążyła już spełznąć z twarzy, zdawał się to rozumieć.
W tym samym momencie pojawił się grupowy.
Annabeth uśmiechnęła się do nieznanego jej chłopaka po czym wyjęła kluczyki z kieszeni spodni. Ktoś na nią czekał.
- Cóż, ja już muszę się zbierać. Jeżeli...
- Annabeth! - Katie wyskoczyła zza brata, przerywając blondynce wpół zdania. - Zanim pójdziesz... Spotkamy się jeszcze?
Córka Ateny pomyślała o liście schowanym w torbie i podjęła decyzję.
Pokręciła głową.
- Przykro mi, ale muszę jechać do Rzymiu. Jest pewna Ceremonia, na której muszę się pojawić.
Katie uśmiechnęła się lekko i pokiwało głową, a w tym geście było już coś więcej, niż zwykła aprobata.
Annabeth spojrzała po raz ostatni na Ethana.
- Niestety jesteś jedynym synem Eola, którego domku wciąż nie posiadamy, więc będziesz musiał zamieszkać w gościnnym. Jeżeli wyrazisz taką prośbę, możesz już od jutra zacząć budować własny dla swojego ojca. - Jej mina mówiła wyraźnie, że niczego takiego się nie spodziewa. - Oczywiście jesteś grupowym. Gratulacje.
- Super - mruknął Ethan kpiąco, ale zignorowała go.
- Póki co... Domek numer dwadzieścia pięć. Ufam, że znajdziesz drogę. Najwyżej Tanya ci pomoże.
Uniosła głowę i spojrzenia obydwu kobiet spotkały się na ułamek sekundy, zanim Tanya przerwała połączenie.
Annabeth zaczęła odchodzić.
Dziesięć lat miała czekać na powrót Percy'ego. I Dziesięć lat czekała. Teraz...? Nie zamierzała zmarnować już ani jednej minuty.
I kiedy spojrzała na zegarek, próbując przypomnieć sobie, na którą godzinę Chejron zarezerwował dla niej lot samolotem, gdyby jednak zdecydowała się dzisiaj polecieć, jednocześnie zastanawiając się co na to jej chłopak, przypomniała sobie o breloczku, który wciąż ściskała w dłoni.
- Hej, Ethan! - krzyknęła, oglądając się przez ramię. - Łap!
I w chwili, w której klucze dotknęły skóry syna Eola, wir nad jego głową okręcił się wokół niego ostatni raz i rozpłynął się w powietrzu.
Przypominam, przydałoby mi się coś na orzeźwienie, więc dajcie z siebie wszystko.

piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział XI

I Love You (For Sentimental Reasons) by Nat King Cole

NAYA

NAYA MOGŁA WYPIERAĆ SIĘ ILE WLEZIE, ale prawda była taka: od samego początku wiedziała, na co się godzi. Teraz miała tylko problem z wypełnieniem swojej części umowy. Co więcej, z wypełnieniem jej według dokładnych instrukcji. Ale, szczerze mówiąc, uważała, że pomimo tego wszystkiego ma absolutne prawo, by krzyczeć, wyrywać się i protestować, gdy będzie to od niej wymagane.
Bo od kiedy to nieśmiertelni pierwotni zawracali sobie głowy zwykłymi herosami? Od kiedy to wychodzili ze swoich przytulnych, małych schowków (choćby i na dnie świata) i po tylu latach śmiali żądać zapłaty? Naya może i miała staroświeckie poglądy, trudno żeby było inaczej, skoro żyła w czasach początku świata, ale trzymała się konkretnych zasad. Bogowie nie mieli prawa się tak zachowywać, nawet jeśli rzeczywiście była mowa o jakimś danym słowie, obietnicy i zagładzie świata.
A w każdym razie to próbowała sobie wmawiać.
Wszystko zaczęło się od wyroku.
W sądzie, tym śmiesznym miejscu, w którym ludzcy sędziowie skazywali ludzkich niegodziwców na wyroki zamknięcia, więzienia, wszystko było tak nieznośnie jasne, proste i sprawiedliwe. Oczywiście Naya nie rozumiała ani jednego słowa z bełkotu tych dziwnie ubranych ludzi, ani dlaczego ktoś ciągle kogoś wzywał, czy dlaczego było tam tyle niepotrzebnych ludzi, którzy cały czas tylko gapili się przed siebie i byli... No widownią, nic więcej. Ale Sah'li powoli i cierpliwie wszystko jej tłumaczył i stopniowo docierało do niej co i jak, pojawiło się ta jasność, granicząca z uwielbieniem.
Bo na środku stał oskarżony. Z boku ten, kto go oskarżał, naprzeciw ten, kto orzekał czy winny i jeszcze tabun pozostałych, którzy tylko się patrzyli. Ale Naya wpadała w zachwyt nie z powodu ich wszystkich, ale kogoś jeszcze, kogoś kto zawsze był obecny i nie mogło go nigdy zabraknąć.
Drzewczyca nie mogła uwierzyć, gdy tajemniczy mężczyzna powodował, że czasami oskarżeni wychodzi z sali z uśmiechami na twarzy, ściskali mu dłonie i krzyczeli w zwycięstwie. To wszystko było takie nierealnie, tak śmiesznie nierealne, że aż cudownie prawdziwe.
I nie czuła wyrzutów sumienia, gdy pierwotny pojawił się w ciemnościach i powiedział, że kara się skończyła. Zgodziła się natychmiast, bo tylko zgoda była akceptowalna. Miała prawo odzyskać życie. Nie było w tym nic samolubnego. Ale na Ziemi wszystko zdążyło już się zmienić i ludzie i zwierzęta i natura nie były już czymś, co znała.
Więc negocjowała. Nalegała. Kłóciła się, prosiła, argumentowała i w końcu zabrał ją z powrotem i miała już kogoś za przewodnika. Najdziwniejsza para na świecie, ostatnia drzewczyca i heros, lojalny idiota, wydostali się z piekła, prosto do innego więzienia.
Jej nie przeszkadzał ląd, którego progu nie mogła przekroczyć. Ale chłopak... Chyba był jeszcze bardziej nieszczęśliwy niż przedtem, gdy dowiedział się o wiążących ich ograniczeniach. Ale wiedziała, że nie złamie obietnicy danej bóstwu, chociażby z tego względu, że nie chciał być przyczyną ponownego wybudzenia się Gai.
Też coś.
Nie mogła przestać się zastanawiać, jak to się stało, że ten chłopak był tak ważny? Z każdym rokiem przypatrywała mu się coraz to bardziej uważniej, ale ciągle nie dostawała odpowiedni. Dlaczego jego ponowne pojawienie się w świecie miało obudzić Gaję? Dlaczego mieli ukrywać się aż do nadejścia przepowiedni? Dlaczego musieli tkwić na tej przeklętej Alasce tylko po to, by nie wydała się prawda o jego ucieczce?
No i w końcu przestało ją to obchodzić. Teraz chciała tylko trochę spokoju.
Ale oczywiście, jej spokój nigdy nie był niczyim priorytetem, prawda? Bo gdy w końcu się przyzwyczaiła, zaakceptowała swoje nowe życie, ten chłopak, ten durny chłopak, mówił jej, że to koniec. Że obiecał Tartarowi i teraz musi wracać do swojego starego życia, pomóc bogom, wedle obietnicy.
I co z tego, że od początku wiedziała, na co się zgodzi. Co z tego, że wiedziała, że chłopak i tak w końcu odejdzie? Zamierzała się wykłócać.
Ale wystarczyło jedno spojrzenie i opadły ją wszystkie siły.
- Naya?
Jego głos był zbyt zmęczony, zbyt słaby, by można było się kłócić.
I choć nie chciała się obracać, to wiedziała, że w końcu i tak to zrobi. W końcu musiała to sobie przyznać: nie umiała już walczyć, a co ważniejsze - nawet i nie chciała.
Ubrany był w jeden z tych okropnych, długich płaszczy, które kazał jej nosić, gdy tylko gdzieś wychodziła, choć one jedynie ją drażniły. Na stopach miał ciężkie buty, ubłocone i usmarowane. Sznurówki, których zawiązywaniem nigdy się nie kłopotał, znikały w śniegu, postrzępione i na skraju wytrzymałości. Ciężkie, workowate spodnie, które strzępiła wieczorami, by nie mógł ich założyć następnego dnia, wciąż jakimś cudem trzymały się na nim, a ona mimowolnie zastanawiała się, jakiego narzędzia użyje dzisiaj.
Na dłoniach miał tą drugą skórę, rękawiczki, tak się nazywały. Będą chronić palce przed mrozem, tak jej powiedział, a potem ten sam materiał obciął. Żeby lepiej się pracowało, wyjaśnił.
Nie rozumiała go wtedy, nie rozumiała go w Tartarze, i nie rozumiała go dzisiaj, choć spędzili ze sobą już tyle czasu. Jedyne co rozumiała to to, że nawet jeśli zostałby z nią następną dekadę, i następną, i entą po następnej, to nigdy do końca go nie przejrzy.
Usłyszała wycie w oddali, i choć zupełnie nie obchodziło ją, czy to śpiewanie godowe czy może ryk zapowiadający atak, wiedziała, że to był ktoś z jej świata, ich świata.
Bo to był ich świat, nie tylko jej; próbowała zmusić go, by zrozumiał.
Więc dlaczego doszło to do niego teraz, gdy już nie powinno?
Westchnęła i machnęła dłonią w stronę hałasu.
- Idź. Ratuj świat. Cześć.
Odwróciła się i zaczęła iść w stronę lasu, wyznaczając brudne ślady na ośnieżonej drodze. Ale w powietrzu słychać było tylko jej kroki.
Zatrzymała się i spojrzała na niego przez ramię.
Ta knajpka, gdzie mieli się spotkać, zawsze przyprawiała ją o dziwne uczucia. Nie była tak obskurna i szara, jak wszystkie inne budynki, ale bardziej żywa.
Malutka, maluteńka, składała się z jednego pokoju na parterze i toalety, do której, na szczęście, nie musiała nigdy zaglądać. Gdy wchodziło się do środka, natychmiast dochodził cię zapach staroci i alkoholu - jakiegoś rodzaju płynu, którego nie wolno jej było pić, ale po który Percy i tak sięgał, gdy miał ten wyraz zrezygnowania w oczach. Mężczyzna twierdził, że to nieodpowiedzialność w butelce, ale nieodpowiedzialność, na jaką sobie pozwala. Taka, która tylko robi z niego idiotę, a nie zmienia losów świata.
Początkowo nie rozumiała; chodziło o te papierowe świstki, za które ludzie wyłamywali sobie zęby?
Ale nie, mówił, nie chodziło o pieniądze. Alkohol zmienia ludzi, powtarzał jej, wyciąga innego człowieka ze środka.
To, oczywiście, było absurdalne. Ale i tak nie sięgała po trunek, gdy on popijał piwo, bo zwyczajnie nie pachniał, tak jak trzeba.
Dopiero później, kiedy robiło się ciemno, a z radia została puszczana nastrojowa muzyka, jeden czy dwóch bębniło kuflami o stół i krzyczało:
- Więcej! Więcej, pan da!
Staruszek za ladą kręcił głową z uśmiechem i wysyłał delikwentów do kąta ze szklanką wody i sierpowym wymierzonym przez żonę na otrzeźwienie. Percy uśmiechał się wtedy pod nosem do własnej nieodpowiedzialności, a w knajpce znowu rozbrzmiewały gawędy i tubalne śmiechy.
Tylko ten jeden, młodzieniec z diabelnym spojrzeniem, podkradał się do pijących i dolewał im ukradkiem.
A potem, rzeczywiście, Naya rozumiała. Dwaj mili, choć głupi, przestali się szczerzyć jak kot do sera, i darli się na całe gardło, domagając się używki.
Drzewczyca potem zerkała z niepokojem na swojego Wojownika, a gdy znikał, by pracować, podchodziła do lady.
Ale staruszka, żona staruszka, kręciła głową i zaprzeczała.
- Nie, ten nie pija! Tylo gapi się w ten swój kufel i gapi, a dopiro jak ma wychodzić, to wszysto a! Za jednym zamachem pochłania.
- I nigdy, nigdy nie prosi o dolewkę? - Stara się upewnić Naya.
- Nu... - Starucha zastanawia się. - Czasem. Jak wypija pierwszy, to i o drugie piwsko poprosi, ale tego drugigo, to nawet nie skosztuja!
Więc była i spokojniejsza, bo i wiedziała, że tak często do knajpy to Percy nie wpada.
Choć ją uwielbiał.
Zresztą ona może trochę... też.
Lubiła rozmawiać z właścicielami, staruszką i staruszkiem. Lubiła patrzeć na bar, przy którym leciała muzyka. Lubiła siedzieć przy stoliku pod oknem, gdy pojedyncze pary tańczyły wolno w niektóre wieczory.
Lubiła patrzeć, jak Percy pochłania gołąbki - jedynie danie, jakie serwowało miejsce, próbując wmówić, że jest knajpą, a nie tylko barem.
Teraz je znienawidziła.
Tego wieczora mieli się tam spotkać, po tym, jak on skończy pracę.
I rzeczywiście, czekał tam na nią, gdy wynurzała się z lasu. Ale zanim weszli do środka, już wiedziała, że coś jest nie tak.
Na oknach rozwieszono kolorowe lampki, ze środka leciała głośno muzyka, a ludzie śmiali się i pili.
A on zrujnował jej ten wieczór, wmawiając jej, że podjął właściwą decyzję.
Nie miała zamiaru słuchać, bo był, był głupi, i tyle.
Ale gdy obejrzała się na niego, ponownie, on wciąż stał w miejscu i wpatrywał się w nią zmęczony, jakby to ona wymyśliła sobie, że chce iść wojować z boginią zła.
- Co, nie idziesz? - zapytała kpiąco. - W lesie jest jakiś potwór, wiesz?
Wyraz na jego twarzy nie zmienił się.
- Wiem.
- Więc? Czemu nie wyjmujesz Orkana i nie biegniesz?
Wyciągnął dłonie z kieszeni i chwytając ją za ręce, powoli poprowadził ją z powrotem na ganek, przed wejściem. Pozwoliła mu się pociągnąć, ani razu nie spuszczając wzroku z jego twarzy.
W końcu zatrzymał się, a muzyka dochodząca z baru zmieniła się na powolną, smutnawą melodię.
- Zatańczysz?
- A co z potworem?
- Nie dzisiaj. Dzisiaj mamy wolne.
Westchnęła, ale pozwoliła mu się objąć, i położyła głowę na jego ramieniu. Poczuła dłoń na swojej tali, a drugą w jej własnej.
Nie znała kroków, więc pozwoliła mu się poprowadzić, gdy razem powoli kołysali się na śniegu.
Wpatrywała się w las, i nieco zadowolona, że nie widzi jego twarzy, zaczęła mówić.
- Skąd wiesz, że to już teraz?
Minęła chwila, nim odpowiedział.
- Miałem sen.
Jęknęła w duchu.
- Niedługo minie dziesięć lat. Gaja przebudzi się.
- A jeśli to ty wracając, przebudzisz ją właśnie?
Odsunął się i spojrzał w jej oczy. A potem, zanim mogła powiedzieć coś jeszcze, okręcił ją wokół własnej osi dwa razy i znów przyciągnął do siebie. Zanurzył twarz w jej włosach, a ona mimowolnie zadrżała od jego oddechu na szyi.
- Nie.
- Co: nie?
- To nie jestem ja.
- Bogowie ci nie uwierzą. Przecież to przez nich znaleźliśmy się tu w pierwszej kolejności.
- Nie obchodzi mnie, co pomyślą bogowie. Nie wracam, żeby być ich pokazowym bohaterem. Chcę pomóc moim przyjaciołom.
Wiedziała, że to powie.
- Minęło prawie dziesięć lat - zauważyła. - Nie sądzisz, że uznają, że uciekłeś od walki, gdy dowiedzą się, gdzie jesteś? Nie będą mieli ci za złe?
Zatrzymał się, a ona znieruchomiała.
Powoli odsunął się od niej i zdjął dłonie z jej ciała.
- Nie uciekłem - powiedział stanowczo. - Dałem im szansę. Gdybym wiedział, że mogę... - Głos załamał mu się. - Gdybym mógł, to bym wrócił. Alaska... jest jak więzienie. Chcę wrócić. A teraz w końcu mogę, Naya. Mogę wrócić do domu.
W oczach znowu pojawiło mu się to coś. To zmęczone, zrezygnowane spojrzenie, które napotykała, kiedy wpatrywał się w kufel. Nie mógł się go pozbyć, a ona nie mogła nigdy go zrozumieć. Do teraz.
Chcę wrócić do domu.
Nie wiedziała, czy ta myśl sama pojawiła jej się w głowie, czy może mężczyzna wypowiedział ją tak cicho, że uznała ją za swoją własną, ale to nie miało znaczenia.
Dom.
Ludzie dookoła niej ciągle o nim mówili. Przynieś coś domu! Chodź do domu! Gdzie jest twój dom? A co on znowu siedzi w domu?
Tylko Percy nigdy tak nie mówił. Ani razu nie nazwał tego miejsca domem. A ona, jak na złość, właśnie za takim zaczęła go uważać.
- Nie chcę żebyś odchodził - powiedziała cicho.
Spojrzał na nią zdziwiony, i po chwili na twarzy pojawił mu się wyraz przerażenia.
- Nie, Naya! Bogowie, nie o to mi chodziło!
Chwycił jej dłonie i przysunął sobie do twarzy, ściskając kurczowo.
- Przepraszam. Nie chciałem.
Spuściła głowę.
- A ja nie chciałam, żebyś czuł się winny. Przepraszam. Jeśli chcesz, to idź. Wracaj do swojego domu, rodziny i przyjaciół. Powinieneś.
Uniósł kciukiem jej podbródek i zaśmiał się cicho.
- Bez ciebie się nie ruszam.
Uniosła brew.
- Nie?
- Nie. Jesteś moją przyjaciółką, Naya. Na tę chwilę być może nawet jedyną bliską osoba jaką mam. Jesteśmy w tym razem.
W środku miała ochotę krzyczeć z radości, ale zaraz przed oczami mignęła jej twarz rozwścieczonego Zeusa.
- Percy, ja... Nie chcę walczyć u boku Gai, ale... nie uśmiecha mi się też służba bogom. Więc najlepiej chyba będzie, jeśli po prostu zostanę tutaj.
Pokręcił głową.
- Ja też nie chcę służyć bogom. Muszę ich ostrzec, i to jak najszybciej, ale nie wiem, czy będę walczył.
Zmarszczyła brwi.
- Staniesz... Po stronie Gai?
- Nie - zaprzeczył szybko.- Nie, Gaja jest zła. Nie może wygrać. Będę starał się do tego nie dopuścić. Ale nie będę nadstawiał karku dla Olimpijczyków.
Zastanowiła się przez chwilę.
- Czyli... Przeciw Gai, ale nie z bogami?
Uśmiechnął się.
- Tak, właśnie tak.
Westchnęła, pokonana.
- W takim razie dobrze. Jestem z tobą.
W odpowiedzi uścisnął ją mocno, tak, że zabrakło jej tchu. Zaśmiał się w jej czarne włosy, a ona wzdrygnęła się od podmuchu powietrza na karku.
- Bogowie, Naya, nawet nie wiesz, jak się cieszę!
Uśmiechnęła się mimowolnie.
- To gdzie zmierzamy?
- Jeszcze nie wiem. Albo do Obozu Półkrwi... Albo do San Francisco.
Zaskoczył ją.
- Do Rzymian?
- Do Rzymian.
I w tym momencie na niebie rozbłysły fajerwerki. Unieśli wzrok w górę, by zobaczyć kaskadę kolorów. Za oknem ludzie zaczęli krzyczeć szaleńczo, a szampan poleciał strumieniami.
- Szczęśliwego Nowego Roku - powiedział.
Tym razem już wiedziała, co ma na myśli, ale i tak powtórzyła swoją starą formułkę. Bała się tylko, że jej prośby i tak się nie spełnią.
- To już ósmy rok - mruknęła.
Dłoń Percy'ego zacisnęła się wokół jej własnej i Naya ukryła grymas.
- Opowiedz mi wszystko - poprosiła szybko, chcąc skupić go na czymś innym. - Jaki mamy plan? Powiedziałeś, że Tartar się z tobą skontaktował. Co powiedział?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nic nie powiedział. Tylko dał mi znać. Że to już teraz. Musimy się dostać do Nowego Jorku i ich ostrzec. Tylko...
Uniosła dłoń.
- Chwila. Ale przed czym chcesz ich ostrzec? Myślałam, że po prostu już masz wracać.
Pokręcił głową.
- Nie. Muszę... Muszę powiedzieć im, czego się dowiedziałem. W końcu mi się udało, Naya. W końcu to zrobiłem.
- ...to znaczy?
- Rozgryzłem ją. Rozgryzłem przepowiednię.