piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział XI

I Love You (For Sentimental Reasons) by Nat King Cole

NAYA

NAYA MOGŁA WYPIERAĆ SIĘ ILE WLEZIE, ale prawda była taka: od samego początku wiedziała, na co się godzi. Teraz miała tylko problem z wypełnieniem swojej części umowy. Co więcej, z wypełnieniem jej według dokładnych instrukcji. Ale, szczerze mówiąc, uważała, że pomimo tego wszystkiego ma absolutne prawo, by krzyczeć, wyrywać się i protestować, gdy będzie to od niej wymagane.
Bo od kiedy to nieśmiertelni pierwotni zawracali sobie głowy zwykłymi herosami? Od kiedy to wychodzili ze swoich przytulnych, małych schowków (choćby i na dnie świata) i po tylu latach śmiali żądać zapłaty? Naya może i miała staroświeckie poglądy, trudno żeby było inaczej, skoro żyła w czasach początku świata, ale trzymała się konkretnych zasad. Bogowie nie mieli prawa się tak zachowywać, nawet jeśli rzeczywiście była mowa o jakimś danym słowie, obietnicy i zagładzie świata.
A w każdym razie to próbowała sobie wmawiać.
Wszystko zaczęło się od wyroku.
W sądzie, tym śmiesznym miejscu, w którym ludzcy sędziowie skazywali ludzkich niegodziwców na wyroki zamknięcia, więzienia, wszystko było tak nieznośnie jasne, proste i sprawiedliwe. Oczywiście Naya nie rozumiała ani jednego słowa z bełkotu tych dziwnie ubranych ludzi, ani dlaczego ktoś ciągle kogoś wzywał, czy dlaczego było tam tyle niepotrzebnych ludzi, którzy cały czas tylko gapili się przed siebie i byli... No widownią, nic więcej. Ale Sah'li powoli i cierpliwie wszystko jej tłumaczył i stopniowo docierało do niej co i jak, pojawiło się ta jasność, granicząca z uwielbieniem.
Bo na środku stał oskarżony. Z boku ten, kto go oskarżał, naprzeciw ten, kto orzekał czy winny i jeszcze tabun pozostałych, którzy tylko się patrzyli. Ale Naya wpadała w zachwyt nie z powodu ich wszystkich, ale kogoś jeszcze, kogoś kto zawsze był obecny i nie mogło go nigdy zabraknąć.
Drzewczyca nie mogła uwierzyć, gdy tajemniczy mężczyzna powodował, że czasami oskarżeni wychodzi z sali z uśmiechami na twarzy, ściskali mu dłonie i krzyczeli w zwycięstwie. To wszystko było takie nierealnie, tak śmiesznie nierealne, że aż cudownie prawdziwe.
I nie czuła wyrzutów sumienia, gdy pierwotny pojawił się w ciemnościach i powiedział, że kara się skończyła. Zgodziła się natychmiast, bo tylko zgoda była akceptowalna. Miała prawo odzyskać życie. Nie było w tym nic samolubnego. Ale na Ziemi wszystko zdążyło już się zmienić i ludzie i zwierzęta i natura nie były już czymś, co znała.
Więc negocjowała. Nalegała. Kłóciła się, prosiła, argumentowała i w końcu zabrał ją z powrotem i miała już kogoś za przewodnika. Najdziwniejsza para na świecie, ostatnia drzewczyca i heros, lojalny idiota, wydostali się z piekła, prosto do innego więzienia.
Jej nie przeszkadzał ląd, którego progu nie mogła przekroczyć. Ale chłopak... Chyba był jeszcze bardziej nieszczęśliwy niż przedtem, gdy dowiedział się o wiążących ich ograniczeniach. Ale wiedziała, że nie złamie obietnicy danej bóstwu, chociażby z tego względu, że nie chciał być przyczyną ponownego wybudzenia się Gai.
Też coś.
Nie mogła przestać się zastanawiać, jak to się stało, że ten chłopak był tak ważny? Z każdym rokiem przypatrywała mu się coraz to bardziej uważniej, ale ciągle nie dostawała odpowiedni. Dlaczego jego ponowne pojawienie się w świecie miało obudzić Gaję? Dlaczego mieli ukrywać się aż do nadejścia przepowiedni? Dlaczego musieli tkwić na tej przeklętej Alasce tylko po to, by nie wydała się prawda o jego ucieczce?
No i w końcu przestało ją to obchodzić. Teraz chciała tylko trochę spokoju.
Ale oczywiście, jej spokój nigdy nie był niczyim priorytetem, prawda? Bo gdy w końcu się przyzwyczaiła, zaakceptowała swoje nowe życie, ten chłopak, ten durny chłopak, mówił jej, że to koniec. Że obiecał Tartarowi i teraz musi wracać do swojego starego życia, pomóc bogom, wedle obietnicy.
I co z tego, że od początku wiedziała, na co się zgodzi. Co z tego, że wiedziała, że chłopak i tak w końcu odejdzie? Zamierzała się wykłócać.
Ale wystarczyło jedno spojrzenie i opadły ją wszystkie siły.
- Naya?
Jego głos był zbyt zmęczony, zbyt słaby, by można było się kłócić.
I choć nie chciała się obracać, to wiedziała, że w końcu i tak to zrobi. W końcu musiała to sobie przyznać: nie umiała już walczyć, a co ważniejsze - nawet i nie chciała.
Ubrany był w jeden z tych okropnych, długich płaszczy, które kazał jej nosić, gdy tylko gdzieś wychodziła, choć one jedynie ją drażniły. Na stopach miał ciężkie buty, ubłocone i usmarowane. Sznurówki, których zawiązywaniem nigdy się nie kłopotał, znikały w śniegu, postrzępione i na skraju wytrzymałości. Ciężkie, workowate spodnie, które strzępiła wieczorami, by nie mógł ich założyć następnego dnia, wciąż jakimś cudem trzymały się na nim, a ona mimowolnie zastanawiała się, jakiego narzędzia użyje dzisiaj.
Na dłoniach miał tą drugą skórę, rękawiczki, tak się nazywały. Będą chronić palce przed mrozem, tak jej powiedział, a potem ten sam materiał obciął. Żeby lepiej się pracowało, wyjaśnił.
Nie rozumiała go wtedy, nie rozumiała go w Tartarze, i nie rozumiała go dzisiaj, choć spędzili ze sobą już tyle czasu. Jedyne co rozumiała to to, że nawet jeśli zostałby z nią następną dekadę, i następną, i entą po następnej, to nigdy do końca go nie przejrzy.
Usłyszała wycie w oddali, i choć zupełnie nie obchodziło ją, czy to śpiewanie godowe czy może ryk zapowiadający atak, wiedziała, że to był ktoś z jej świata, ich świata.
Bo to był ich świat, nie tylko jej; próbowała zmusić go, by zrozumiał.
Więc dlaczego doszło to do niego teraz, gdy już nie powinno?
Westchnęła i machnęła dłonią w stronę hałasu.
- Idź. Ratuj świat. Cześć.
Odwróciła się i zaczęła iść w stronę lasu, wyznaczając brudne ślady na ośnieżonej drodze. Ale w powietrzu słychać było tylko jej kroki.
Zatrzymała się i spojrzała na niego przez ramię.
Ta knajpka, gdzie mieli się spotkać, zawsze przyprawiała ją o dziwne uczucia. Nie była tak obskurna i szara, jak wszystkie inne budynki, ale bardziej żywa.
Malutka, maluteńka, składała się z jednego pokoju na parterze i toalety, do której, na szczęście, nie musiała nigdy zaglądać. Gdy wchodziło się do środka, natychmiast dochodził cię zapach staroci i alkoholu - jakiegoś rodzaju płynu, którego nie wolno jej było pić, ale po który Percy i tak sięgał, gdy miał ten wyraz zrezygnowania w oczach. Mężczyzna twierdził, że to nieodpowiedzialność w butelce, ale nieodpowiedzialność, na jaką sobie pozwala. Taka, która tylko robi z niego idiotę, a nie zmienia losów świata.
Początkowo nie rozumiała; chodziło o te papierowe świstki, za które ludzie wyłamywali sobie zęby?
Ale nie, mówił, nie chodziło o pieniądze. Alkohol zmienia ludzi, powtarzał jej, wyciąga innego człowieka ze środka.
To, oczywiście, było absurdalne. Ale i tak nie sięgała po trunek, gdy on popijał piwo, bo zwyczajnie nie pachniał, tak jak trzeba.
Dopiero później, kiedy robiło się ciemno, a z radia została puszczana nastrojowa muzyka, jeden czy dwóch bębniło kuflami o stół i krzyczało:
- Więcej! Więcej, pan da!
Staruszek za ladą kręcił głową z uśmiechem i wysyłał delikwentów do kąta ze szklanką wody i sierpowym wymierzonym przez żonę na otrzeźwienie. Percy uśmiechał się wtedy pod nosem do własnej nieodpowiedzialności, a w knajpce znowu rozbrzmiewały gawędy i tubalne śmiechy.
Tylko ten jeden, młodzieniec z diabelnym spojrzeniem, podkradał się do pijących i dolewał im ukradkiem.
A potem, rzeczywiście, Naya rozumiała. Dwaj mili, choć głupi, przestali się szczerzyć jak kot do sera, i darli się na całe gardło, domagając się używki.
Drzewczyca potem zerkała z niepokojem na swojego Wojownika, a gdy znikał, by pracować, podchodziła do lady.
Ale staruszka, żona staruszka, kręciła głową i zaprzeczała.
- Nie, ten nie pija! Tylo gapi się w ten swój kufel i gapi, a dopiro jak ma wychodzić, to wszysto a! Za jednym zamachem pochłania.
- I nigdy, nigdy nie prosi o dolewkę? - Stara się upewnić Naya.
- Nu... - Starucha zastanawia się. - Czasem. Jak wypija pierwszy, to i o drugie piwsko poprosi, ale tego drugigo, to nawet nie skosztuja!
Więc była i spokojniejsza, bo i wiedziała, że tak często do knajpy to Percy nie wpada.
Choć ją uwielbiał.
Zresztą ona może trochę... też.
Lubiła rozmawiać z właścicielami, staruszką i staruszkiem. Lubiła patrzeć na bar, przy którym leciała muzyka. Lubiła siedzieć przy stoliku pod oknem, gdy pojedyncze pary tańczyły wolno w niektóre wieczory.
Lubiła patrzeć, jak Percy pochłania gołąbki - jedynie danie, jakie serwowało miejsce, próbując wmówić, że jest knajpą, a nie tylko barem.
Teraz je znienawidziła.
Tego wieczora mieli się tam spotkać, po tym, jak on skończy pracę.
I rzeczywiście, czekał tam na nią, gdy wynurzała się z lasu. Ale zanim weszli do środka, już wiedziała, że coś jest nie tak.
Na oknach rozwieszono kolorowe lampki, ze środka leciała głośno muzyka, a ludzie śmiali się i pili.
A on zrujnował jej ten wieczór, wmawiając jej, że podjął właściwą decyzję.
Nie miała zamiaru słuchać, bo był, był głupi, i tyle.
Ale gdy obejrzała się na niego, ponownie, on wciąż stał w miejscu i wpatrywał się w nią zmęczony, jakby to ona wymyśliła sobie, że chce iść wojować z boginią zła.
- Co, nie idziesz? - zapytała kpiąco. - W lesie jest jakiś potwór, wiesz?
Wyraz na jego twarzy nie zmienił się.
- Wiem.
- Więc? Czemu nie wyjmujesz Orkana i nie biegniesz?
Wyciągnął dłonie z kieszeni i chwytając ją za ręce, powoli poprowadził ją z powrotem na ganek, przed wejściem. Pozwoliła mu się pociągnąć, ani razu nie spuszczając wzroku z jego twarzy.
W końcu zatrzymał się, a muzyka dochodząca z baru zmieniła się na powolną, smutnawą melodię.
- Zatańczysz?
- A co z potworem?
- Nie dzisiaj. Dzisiaj mamy wolne.
Westchnęła, ale pozwoliła mu się objąć, i położyła głowę na jego ramieniu. Poczuła dłoń na swojej tali, a drugą w jej własnej.
Nie znała kroków, więc pozwoliła mu się poprowadzić, gdy razem powoli kołysali się na śniegu.
Wpatrywała się w las, i nieco zadowolona, że nie widzi jego twarzy, zaczęła mówić.
- Skąd wiesz, że to już teraz?
Minęła chwila, nim odpowiedział.
- Miałem sen.
Jęknęła w duchu.
- Niedługo minie dziesięć lat. Gaja przebudzi się.
- A jeśli to ty wracając, przebudzisz ją właśnie?
Odsunął się i spojrzał w jej oczy. A potem, zanim mogła powiedzieć coś jeszcze, okręcił ją wokół własnej osi dwa razy i znów przyciągnął do siebie. Zanurzył twarz w jej włosach, a ona mimowolnie zadrżała od jego oddechu na szyi.
- Nie.
- Co: nie?
- To nie jestem ja.
- Bogowie ci nie uwierzą. Przecież to przez nich znaleźliśmy się tu w pierwszej kolejności.
- Nie obchodzi mnie, co pomyślą bogowie. Nie wracam, żeby być ich pokazowym bohaterem. Chcę pomóc moim przyjaciołom.
Wiedziała, że to powie.
- Minęło prawie dziesięć lat - zauważyła. - Nie sądzisz, że uznają, że uciekłeś od walki, gdy dowiedzą się, gdzie jesteś? Nie będą mieli ci za złe?
Zatrzymał się, a ona znieruchomiała.
Powoli odsunął się od niej i zdjął dłonie z jej ciała.
- Nie uciekłem - powiedział stanowczo. - Dałem im szansę. Gdybym wiedział, że mogę... - Głos załamał mu się. - Gdybym mógł, to bym wrócił. Alaska... jest jak więzienie. Chcę wrócić. A teraz w końcu mogę, Naya. Mogę wrócić do domu.
W oczach znowu pojawiło mu się to coś. To zmęczone, zrezygnowane spojrzenie, które napotykała, kiedy wpatrywał się w kufel. Nie mógł się go pozbyć, a ona nie mogła nigdy go zrozumieć. Do teraz.
Chcę wrócić do domu.
Nie wiedziała, czy ta myśl sama pojawiła jej się w głowie, czy może mężczyzna wypowiedział ją tak cicho, że uznała ją za swoją własną, ale to nie miało znaczenia.
Dom.
Ludzie dookoła niej ciągle o nim mówili. Przynieś coś domu! Chodź do domu! Gdzie jest twój dom? A co on znowu siedzi w domu?
Tylko Percy nigdy tak nie mówił. Ani razu nie nazwał tego miejsca domem. A ona, jak na złość, właśnie za takim zaczęła go uważać.
- Nie chcę żebyś odchodził - powiedziała cicho.
Spojrzał na nią zdziwiony, i po chwili na twarzy pojawił mu się wyraz przerażenia.
- Nie, Naya! Bogowie, nie o to mi chodziło!
Chwycił jej dłonie i przysunął sobie do twarzy, ściskając kurczowo.
- Przepraszam. Nie chciałem.
Spuściła głowę.
- A ja nie chciałam, żebyś czuł się winny. Przepraszam. Jeśli chcesz, to idź. Wracaj do swojego domu, rodziny i przyjaciół. Powinieneś.
Uniósł kciukiem jej podbródek i zaśmiał się cicho.
- Bez ciebie się nie ruszam.
Uniosła brew.
- Nie?
- Nie. Jesteś moją przyjaciółką, Naya. Na tę chwilę być może nawet jedyną bliską osoba jaką mam. Jesteśmy w tym razem.
W środku miała ochotę krzyczeć z radości, ale zaraz przed oczami mignęła jej twarz rozwścieczonego Zeusa.
- Percy, ja... Nie chcę walczyć u boku Gai, ale... nie uśmiecha mi się też służba bogom. Więc najlepiej chyba będzie, jeśli po prostu zostanę tutaj.
Pokręcił głową.
- Ja też nie chcę służyć bogom. Muszę ich ostrzec, i to jak najszybciej, ale nie wiem, czy będę walczył.
Zmarszczyła brwi.
- Staniesz... Po stronie Gai?
- Nie - zaprzeczył szybko.- Nie, Gaja jest zła. Nie może wygrać. Będę starał się do tego nie dopuścić. Ale nie będę nadstawiał karku dla Olimpijczyków.
Zastanowiła się przez chwilę.
- Czyli... Przeciw Gai, ale nie z bogami?
Uśmiechnął się.
- Tak, właśnie tak.
Westchnęła, pokonana.
- W takim razie dobrze. Jestem z tobą.
W odpowiedzi uścisnął ją mocno, tak, że zabrakło jej tchu. Zaśmiał się w jej czarne włosy, a ona wzdrygnęła się od podmuchu powietrza na karku.
- Bogowie, Naya, nawet nie wiesz, jak się cieszę!
Uśmiechnęła się mimowolnie.
- To gdzie zmierzamy?
- Jeszcze nie wiem. Albo do Obozu Półkrwi... Albo do San Francisco.
Zaskoczył ją.
- Do Rzymian?
- Do Rzymian.
I w tym momencie na niebie rozbłysły fajerwerki. Unieśli wzrok w górę, by zobaczyć kaskadę kolorów. Za oknem ludzie zaczęli krzyczeć szaleńczo, a szampan poleciał strumieniami.
- Szczęśliwego Nowego Roku - powiedział.
Tym razem już wiedziała, co ma na myśli, ale i tak powtórzyła swoją starą formułkę. Bała się tylko, że jej prośby i tak się nie spełnią.
- To już ósmy rok - mruknęła.
Dłoń Percy'ego zacisnęła się wokół jej własnej i Naya ukryła grymas.
- Opowiedz mi wszystko - poprosiła szybko, chcąc skupić go na czymś innym. - Jaki mamy plan? Powiedziałeś, że Tartar się z tobą skontaktował. Co powiedział?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nic nie powiedział. Tylko dał mi znać. Że to już teraz. Musimy się dostać do Nowego Jorku i ich ostrzec. Tylko...
Uniosła dłoń.
- Chwila. Ale przed czym chcesz ich ostrzec? Myślałam, że po prostu już masz wracać.
Pokręcił głową.
- Nie. Muszę... Muszę powiedzieć im, czego się dowiedziałem. W końcu mi się udało, Naya. W końcu to zrobiłem.
- ...to znaczy?
- Rozgryzłem ją. Rozgryzłem przepowiednię.

1 komentarz:

  1. Genialne opowiadanie, tak jak i AiO. Kiedy kolejne części?
    Pozdrawiam i Wena życzę, Wisienka :3

    OdpowiedzUsuń