czwartek, 2 lutego 2017

Rozdział XV

Rozdział XV
ANNABETH
MIAŁA ZAMIAR UDUSIĆ CONNORA STOLLA, i to tylko i wyłącznie na jego własne życzenie.
Mężczyzna wyraził je w chwili, w której uznał, że ma prawo (Annabeth nie miała zielonego pojęcia, skąd taka absurdalna myśl wykluła się w jego głowie) zebrać wszystkich swoich podopiecznych z Obozu Herosów, którzy mieli tam pozostać, i zamiast tego zabrać ich ze sobą na Ceremonię Pokoju.
- Czyś ty kompletnie postradał resztki rozumu?! - syknęła mu prosto w ucho, chwytając za kołnierz i przyciągając do siebie nieco zbyt mocno.
Connor zbladł. Oczywiście.
- Annabeth, kobieto, nie... ma co się tak unosić - wybełkotał szybko, jego dłonie natychmiast sięgnęły do kołnierza, starając się uwolnić go z uchwytu blondynki.
Annabeth zaświeciły się oczy i mężczyzna natychmiast ucichł, choć nie zaprzestał swoich działań wyzwoleńczych.
Bez pożądanego skutku.
- Connor...
- Annabeth...
Bez słowa odciągnęła na bok, z dala od rozentuzjazmowanych obozowiczów, którzy właśnie zaczynali zerkać na swoich "opiekunów" z zaciekawieniem.
Nie powinno ich tu być. W San Francisco, przed tunelem prowadzącym do Obozu Jupiter, gdzie dwójka Rzymian spoglądała na nich wszystkich z odległości dwudziestu metrów, nie wiedząc do końca co począć z niezapowiedzianym towarzystwem.
Oczywiście, Annabeth nie należała do tego grona. Ona posiadała ręcznie zdobione zaproszenie w złotej kopercie (kto by pomyślał, że Rzymianom tak bardo zależy na estetyce) z wykaligrafowanym jej imieniem i nazwiskiem i prośbą, by pojawiła się na jutrzejszej Ceremonii. Było to poniekąd zbędne (była absolutnie pewna, że gospodarze wieczoru nie marnowaliby czasu na zaproszenia dla każdego z osobna), bo strażnicy dokładnie wiedzieli, kto ma przyjść, a kto nie, i to te osoby zabierały ze sobą swoich towarzyszy czy podopiecznych "na własną odpowiedzialność".
Connor Stoll jednakowoż nie należał do żadnej z powyższych grup, a już tym bardziej rodzeństwo, które ze sobą zabrał.
- Connor, nie możesz robić takich rzeczy, na litość boską!
W końcu puściła jego koszulę, co przyjął z ulgą, ale złość na jej twarzy nie ustąpiła ani trochę.
- Annabeth, dajże spokój, co niby takiego się stanie?
Dziewczynie drgnęła powieka, a Connor szybko zaczął mówić dalej.
- To trochę niesprawiedliwe, żeby akurat oni zostali w tyle. To niesprawiedliwe! - powtórzył z uporem.
Annabeth uniosła brew.
- Niesprawiedliwe? Dla nich?
Connor pokiwał głową z zapałem.
- No tak! Rok w rok prawie cały obóz idzie na tę przeklętą Ceremonię i mam już... - Annabeth chrząknęła znacząco, a chłopak szybko poprawił się. -... my mamy już tego dosyć! Dlaczego akurat to my mamy zostać w obozie?
Annabeth poczuła, jak złość zaczyna ustępować miejsca irytacji. Wiedziała doskonale, że nic do rzeczy nie ma tu los biednych obozowiczów, który utknęli w obozie, a tylko los biednego Connora, którego obowiązkiem było ich pilnować, podczas, gdy jego brat będzie balował z Katie na tańcach (o ile oczywiście Katie zamierzała się pojawić).
Syn Hermesa nie chciał najwidoczniej przyznać tego jednak na głos, a i Annabeth uznała, że nie ma co robić tego za niego. Będzie musiał się domyśleć.
- O to chodzi, Connor... - zaczęła, ton jej głos niebezpiecznie opadł w dół - że głupotą, czystą głupotą - spojrzała na niego znacząco, nie pozostawiając cienie wątpliwości, o kogo jej chodzi - jest zostawienie obozu całkowicie opustoszałego, bez kogokolwiek, kto mógłby w razie czego, go bronić lub zaalarmować innych o niebezpieczeństwie...
Connor otworzył usta w proteście.
- ... ale przecież w obozie wciąż są tony ludzi, Annabeth!
- ... a pomijając to - kontynuowała dalej, całkowicie ignorując jego wypowiedź - jeszcze większą głupotą, idiotyzmem, należałoby wręcz rzec, jest zabieranie bandy niewyszkolonych herosów na obce, cudze, nieprzyjazne terytorium...
Connorowi drgnęła powieka, a na ustach pojawił się zbłąkany uśmiech. Annabeth skarciła się w myślach. No oczywiście.
- Albo raczej aż nazbyt dobrze wyszkolonych...
Niewinna mina Connora potwierdziła jej przypuszczenia.
- O co chodzi, Annabeth? - zapytał, jawnie sobie z niej pokpiwając. Gdzie się też podział ten jego strach? - Już się o nas nie martwisz?
- Nie możecie wykorzystywać tego jako wymówkę, żeby kogoś okraść, idioto! - syknęła. - Wiesz, co się stanie, jak kogoś przyłapią?
- Rzymianie są naszymi... - zaczął Connor, ale dziewczyna natychmiast mu przerwała.
- Rzymianie są naszymi sojusznikami, ale jak któryś przyłapie cię z twoją rękę w jego kieszeni, to dopilnuje, żeby tam pozostała, jasne?
Wlepiła w Connora ostre spojrzenie, ale chłopak ani drgnął.
- Przesadzasz - oświadczył.
Westchnęła ciężko, z poirytowaniem. Jego towarzysze zaczynali się już niecierpliwić i wiercić, przyciągając uwagę Rzymian, którzy ewidentne nie wiedzieli, co się dzieje. Na domiar złego, słońce zaczynało znikać już za horyzontem, a Annabeth już dawno temu miała być w obozie, najlepiej na uczcie. To wszystko zajmowało stanowczo już zbyt dużo czasu.
I w sumie, to kogo chciała oszukać? Nie było szansy, żeby powstrzymała Connora i tę jego niepotrzebną, wiercącą się bandę...
- Może - zgodziła się, odsuwając się w końcu od chłopaka. - Ale im się to nie spodoba, a odpowiedzialność spływa na nie mnie. Więc jeśli choćby was usłyszę, to przysięgam ci Connor...
Ale nie zdążyła mu przysiąc, co takiego zrobi, bo chłopak chwycił ją w żelaznym uścisku (skutecznie odcinając jej dopływ powietrza), a grupka za nimi zawiwatowała.
- Annabeth, jesteś wielka!
Poklepała Connora po ramieniu, starając się wyzwolić z uścisku chłopaka.
- Tak, tak - mruknęła. - Jestem wielka...
Kiedy dziesięć minut później znajdywali się już w tunelach, a rozentuzjazmowana grupka pędziła już do przodu, zostawiając Annabeth w tyle, dziewczyna zdecydowała się zadać synowi Hermesa ostatnie pytanie.
- Connor? - zawołała, a blondyn obrócił się.
- No?
- Jak zamierzaliście się dostać do środka? Przecież gdybyście mnie nie spotkali...? Och... - umilkła gwałtownie, po spojrzeniu, jakie przesłał jej Connor. No oczywiście.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Wiedzieliśmy, że się pojawisz.
Uniosła brwi.
- Niby skąd? Ja sama tego nie wiedziałam.
Connor uśmiechnął się lekko i po raz pierwszy Annabeth pomyślała, że być może pomyliła się co do swoich przypuszczeń.
- Wszyscy jesteśmy tu z tego samego powodu, Annabeth.
Posłał jej po raz ostatni porozumiewawcze spojrzenie, a potem zniknął w ciemnościach, by dołączyć do swojej rodziny.
Miała nadzieję, że wkrótce zrobi to samo.

W Nowym Rzymie czas stawał w miejscu. Annabeth zastanawiała się, czy to dlatego, że była to jedyna bezpieczna ostoja dla herosów, czy też dlatego, że dosłownie nic się tam nie zmieniało.
Nie mniej jednak, czas w Nowym Rzymie stawał w miejscu. Kiedyś zastanawiała się, czy to powód do radości czy raczej do smutku. Z jednej strony, skłaniała się raczej do tego drugiego - wyglądało na to, że poświęcenie Percy'ego nie odbiło żadnego śladu na tym miejscu. Ale z drugiej... Kto wie, może przez Rzymianie przemawiał po prostu sentymentalizm? Być może nie chcieli ruszyć do przodu bez swojego lidera, przyjaciela.
Nie wiedziała, co gorsze.
Ale teraz nie miało to już znaczenia. Dziesięć lat minęło i jeżeli ta przeklęta przepowiednia w końcu miała się na coś nadać, to właśnie to był odpowiedni moment.
- Hej, Annabeth!
Odwróciła się gwałtownie, wpadając na wysoką postać. Uniosła oczy do góry i natychmiast rozpoznała właściciela głosu.
- Jason. - Uśmiechnęła się z ulgą. - Dobrze cię widzieć.
Blondyn uścisnął ją w odpowiedzi, a ona, nieco zaskoczona, z opóźnieniem poklepała go po plecach, Kiedy w końcu ją puścił, odchrząknęła i zapytała się o coś, co cały czas mimowolnie nasuwało jej się na myśl.
- Gdzie jest Reyna?
Jason cofnął się do tyłu, jakby zmieszany. Założył rękę za głowę i podrapał się w kark.
- E... Nie wiem - powiedział powoli, jakby nie chcąc się do tego przyznać.
Uniosła brwi.
- A nie powinieneś przypadkiem? - Uniosła brwi. - Wiem, że jesteś już na pretorskiej emeryturze, ale myślałam, że tradycja nakazuje wszystkim przywódcom, obecnie panującym i dawnym - dodała natychmiast, widząc, że mężczyzna już otwiera usta do odpowiedzi - przyjęcie roli organizatora we wszystkich ważnych uroczystościach. Nie powiesz mi chyba, że przy czymś tak wielkim jak Ceremonia Pokoju wymigałeś się od pomagania Reynie, co?
- Eee...
- Przypominam sobie coś, że to miała być aktywna rola, Jason.
Blondyn zamknął na sekundę oczy i wypuścił z siebie powietrze. Uniósł ręce do góry i pokręcił głową poddańczo.
- Winny - przyznał się ze wstydem.
Mimo woli zaśmiała się i przywaliła mu czule pięścią w pierś. Oczywiście, siła uderzenia nie cofnęła go nawet o milimetr.
Cholera, wyszła z praktyki.
- Jason! - skarciła go, ale bez przekonania. - Dlaczego wymigujesz się ze swoich obowiązków? - zapytała go, z przyjemnością oddając się prozie zwykłej przyjacielskiej rozmowy z dawno nie widzianym herosem. - Czyżbyś unikał Reyny?
Ku jej całkowitemu zdumieniu, Jason zarumienił się. Mimowolnie otworzyła usta.
- Na Zeusa... Jupitera - poprawiła się szybko przez wzgląd na jego syna. - Ty naprawdę jej unikasz!
Chłopak jęknął, zakrywając oczy dłonią.
- Proszę, Annabeth, nie mieszaj w to przypadkiem jeszcze mojego ojca.
Nie wiedziała, czy ma się śmiać czy płakać.
- Gdybym nie wiedziała, jak świetnie do siebie pasujecie z Piper, to zaraz bym pomyślała, że...
Zmuszona była urwać w połowie zdania, zobaczywszy wyraz twarzy, jaki przyjął Jason.
- Nie wierzę! Przecież... Przecież wy... I potem ty z Reyną? - Jason kiwał głową na każde jej słowo, jednocześnie z miną, jakby sprawiało mu to dużo bólu. - Ale przecież... - powtórzyła po raz trzeci.
- No właśnie, przecież - westchnął głęboko Jason, pogrążając się w zadumie i mówiąc w sumie chyba tylko do siebie.
- Czekaj, ale ty chyba żadnej z nich nie...
Jason nie dał jej dokończyć.
- Annabeth! - wykrzyknął z oburzeniem. - Myślałem, że masz o mnie nieco wyższe mniemanie.
Zarumieniła się.
- No bo mam. Normalnie. Ale zachowujesz się nienormalnie, więc... - Uniosła ręce do góry w geście bezradności. - Ale nie wierzę, że z tobą i Piper już wszystko skończone...
Blondyn odchrząknął, zakłopotany.
- No bo rzecz w tym, że jednak nie jest. Już nie jest - dodał szybko, żeby dziewczyna opacznie go nie zrozumiała. - Ale Reyna o tym nie wie.
Annabeth uniosła brew do góry.
- A powinna wiedzieć?
- Nie wiem... Znaczy nie! - dodał szybko, spostrzegając jej wyraz twarzy. - Nie w tym sensie. To nie było nic zobowiązującego, tylko po prostu zostawiliśmy sprawy...
- Otwarte? - podsunęła mu słowo Annabeth, widząc jak chłopak się plącze w zeznaniach.
- Właśnie. Otwarte. Ale to było pół roku temu. No i nie widziałem jej od tej pory. A Piper w sumie nie wie, że ja i Reyna... Więc... No. - Jason nieporadnie zakończył wypowiedź.
Annaeth pokręciła głową, z niedowierzaniem.
- No proszę - wymamrotała cicho, bardziej do siebie. - Chyba rzeczywiście dużo mnie ominęło.
Jason uśmiechnął się, z radością podejmując nowy temat.
- Rzadko do nas wpadasz - zauważył Jason. - W sumie widujemy się tylko co rok na tej kretyńskiej Ceremonii.
Uśmiechnęła się mimowolnie, widząc, że podziela jej zdanie o uroczystości, a jednocześnie zasmuciła się, wiedząc, że chłopak miał rację.
Ale ona też miała powód dla którego pozostawała tak nieobecna przez te dziesięć lat. I Jason o tym wiedział.
- Nie mogę się tu odnaleźć - zaczęła mówić sama z siebie, nie wiedząc, dlaczego nagle się tak przed nim otwiera. - Nigdzie nie mogę się teraz odnaleźć, jeżeli miejsce w jakikolwiek sposób przypomina mi...
- Percy'ego - dokończył Jason ze smutkiem.
- I jednocześnie jestem taka zła! - mówiła dalej, nie potrafiąc się uciszyć, raz zacząwszy. - Bo powinnam myśleć na odwrót, prawda? Właśnie powinnam chcieć go sobie przypominać. Tak zrobiłaby dobra dziewczyna i przyjaciółka. A nie...
- Annabeth - przerwał jej Jason, kładąc dłoń na ramieniu. - Percy przecież chce żebyś była szczęśliwa. Żebyś dalej żyła, z nim lub bez niego.
Nie mogła nie zauważyć formy czasu, jakiej użył.
- Chyba jesteś pierwszą osobą od dłuższego czasu, która dalej mówi o Percy'm jakby tu był, cały i zdrowy i żywy - zauważyła, siląc się na opanowanie głosu.
Jason wzruszył ramionami.
- Nie wiem, czy jest już teraz tutaj. I czy na pewno jest zdrowy i absolutnie w jednym kawałku. Ale nie wierzę, żeby Tartar był w stanie zgnieść kogoś takiego, jak Percy. Zwłaszcza jeśli ma o kogo walczyć i do kogo wrócić - dodał, patrząc się na nią wymownie. - I nawet jeżeli ty już ruszyłaś do przodu, to myślę, że twoja przyjaźń sama w sobie też będzie dla niego...
Przerwała mu natychmiast, wiedząc, do czego zmierza.
- Nie, nie, nie! Wcale nie ruszyłam do przodu. Co najwyżej pokręciłam się trochę w kółku.
Jason uniósł brew do góry.
- Nic? Przez dziesięć lat?
Poczuła, że zalewa się rumieńcem. Nie wierzyła, że prowadziła właśnie tą konwersację, I to z nikim innym jak Jasonem.
- Nic poważnego - uściśliła. - Ale nie znaczy to też, że jestem bez winy, w porównaniu do ciebie i twoich ekscesów - dodała z ciężkim sercem, nie mogąc się jednak nie uśmiechnąć, widząc zbolały wyraz twarzy Jasona, kiedy przypomniała mu o ich wcześniej rozmowie. - Dwanaście godzin temu kogoś rzuciłam, A jego rodzice przyjechali z drugiego końca Stanów, żeby mnie poznać.
- Przykro mi.
Pokręciła głową.
- Mi nie. Nie powinnam się w to wdawać w pierwszej kolejności. Chyba po prostu... - urwała, nie wiedząc w ogóle czy powinna kończyć to zdanie, zwłaszcza dzisiaj, zwłaszcza kiedy była tak blisko.
Ale Jason chciał wiedzieć.
- Po prostu co? - zapytał, jakby wyczuwając, że kryje się za tym wyznanie.
Annabeth nie była blisko z Jasonem. Ani wtedy, ani przez te dziesięć lat, ani teraz. Ale może właśnie dlatego, że nie byli blisko, a jednak wiedziała, że może mu ufać, w końcu powiedziała mu coś, do czego nigdy wcześniej przed nikim nie chciała się otwarcie przyznać.
- Chyba po prostu... Jakaś część mnie nie wierzy w to, że Percy wróci ot tak, po prostu, kiedy zabije zegar po jakimś czasie. I gdyby tak miało być... Nie chciałam, żeby moje serce się zatrzymało. Lub co gorsza - przerwała na sekundę, przygotowując się mentalnie na najgorsze. - Gdyby się okazało, że się zmienił i ... i już nie będzie mnie chciał.
- Annabeth...
- A ja nie chciałabym jego - wyszeptała ostatnie słowa tak cicho, że nie była pewna czy Jason je usłyszał. Zaraz jednak się przekonała, bo blondyn nie pytając się jej o zdanie, przyciągnął ją do siebie, już drugi raz tego dnia, i mocno przytulił.
Wbrew sobie, przywarła do chłopaka, wdzięczna za gest i za to, że zdecydował się nic więcej nie mówić.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Ceremonia Pokoju właśnie miała się zacząć. Po niej miały się zacząć obrady, już nieco w mniejszym gronie, które miały zaważyć na losie syna Posejdona.
Annabeth nie zamierzała czekać. Musiała znaleźć Reynę. Teraz.

Rozdział XIV

Okej.
Żyje jeszcze ktoś...? Bo ja, hop, hop, wciąż jeszcze oddycham (też się sobie dziwię). Czuję, że teraz jest ten moment, w którym powinnam się zacząć tłumaczyć, ale nie chce mi się, bo co to by była za wytłumaczenia? Nędzne.
Może lepiej przejść w stronę tego, dlaczego w ogóle piszę teraz te słowa? Też nie będzie łatwo.
Z jakiegoś dziwnego, niepojętego dla mnie powodu, nagle Inferno Interny zaczęło mnie przyciągać. Teraz, w najgorszym momencie ze wszystkich, ale jednak. I pewnie bym sobie normalnie odpuściła, gdyby nie dwa powody.
Po pierwsze, dawno, dawno temu obiecałam sobie, że nigdy nie porzucę tego, co zaczęłam. Choćby mi to miało zająć większość, skończę, co miałam skończyć. I jest to dość irytująca i uwierająca obietnica, ale jak widać, skuteczna. Po drugie, Inferno Interny jest naprawdę blisko końca. Który to koniec mam już cały wymyślony. I częściowo napisany. Od bardzo długiego czasu. Więc pomyślałam sobie: dlaczego do licha, skoro jestem tak blisko, skoro już prawie to napisałam, ma to nigdy nie ujrzeć światła dziennego? Choćby dla jednej osoby?
Nie znalazłam żadnego powodu, który by mnie przekonał, dlatego czytacie to teraz (o ile to w ogóle czytacie). Wiem, że dwa lata to długo, wystarczająco długo, by całkowicie zapomnieć fabułę i bohaterów i utracić zainteresowanie, więc nie spodziewam się niczego po Was, ale dalej to wstawiam, dla własnego spokoju ducha. Jeżeli ktoś ma ochotę, to proszę. Proszę czytać.
Nie wiem, kiedy skończę, ale jak widać, lepiej późno, niż wcale. Więc kiedyś na pewno to zrobię. Możecie mieć tego pewność.
Póki co... Zapraszam. Ali.
K.Fly - Blood in The Cut
Rozdział XIV
PERCY
PERCY ZOSTAŁ JUŻ KIEDYŚ POGRĄŻONY W KILKUMIESIĘCZNYM ŚNIE, więc pobudka po takowym nie była dla niego niczym nowym. Nie mniej jednak, definitywnie nie było to dla niego przyjemne doświadczenie i w momencie, w którym spojrzał na gazetę i zobaczył na niej przerażającą sierpniową datę, obiecał sobie w myślach, że co jak co, ale w tym przypadku nie będzie do trzech razy sztuka.
Drzewczyca, która to, nie miała wcześniej takich doświadczeń, przyjęła to znacznie mniej spokojnie i przez to znaczenie bardziej zdrowo na umyśle.
- ARHG! – Jej krzyk wypełnił mały ciasny pokoik, w którym się znajdowali. – ARGH!
- Naya – Chłopak szybko zsunął się z łóżka, na którym obydwoje się obudzili, i złapawszy nimfę za dłonie, zmusił ją do popatrzenia mu w oczy. – Spokojnie. Nie krzycz. Jeszcze ktoś nas znajdzie, przyjdzie i zacznie zadawać pytania.
Naya wybałuszyła na niego oczy. Szczerze mówiąc, nie mógł jej się za bardzo dziwić. Sam nie wiedział, skąd u niego tyle spokoju.
Ktoś przyjdzie?! – powtórzyła krzykliwie, a Percy się skrzywił mimowolnie.
- Mogłabyś, proszę, trochę ciszej? I niżej? – poprosił błagalnie.
Oczywiście nie wywołało to pożądanego efektu. Więcej, nie wywołało to żadnego efektu.
- Jaki ktoś przyjdzie?! Czy ty w ogóle wiesz co się dzieje? Bo ja nie wiem! Nie mam pojęcia, na Bhora, co się dzieje! W jednej chwili jesteśmy o dzień od tego twojego ukochanego obozu, a w drugiej budzę się tutaj, nie wiadomo gdzie, głodna, otępiała, a ty mi mówisz, że nagle minęło pół roku?! Jak możesz teraz być spokojny?
Otworzył usta, ale nie padło z nich żadne słowa. No właśnie, jak mógł być tak spokojny? Na twarzy wciąż miał odciśnięty ślad poduszki, na której najwidoczniej przeleżał dobrą połowę roku, przed oczami datę na gazecie, zakreśloną przez kogoś na czerwono (mógł mieć tylko nadzieję, że jest to dzisiejsza albo przynajmniej wczorajsza gazeta), a w myślach obraz nieznanej dziewczyny. Jej twarz, która nagle wyrosła z ziemi przed nim, i malujące się na niej rozpoznanie, były ostatnimi rzeczami, jakie zobaczył przed nagłym wybudzeniem teraz.
- Myślę, że ktoś nie chciał, żebyśmy ostrzegli moich przyjaciół – powiedział szybko. – Pamiętam dziewczynę. Nie wiem dlaczego, ale ona nam to zrobiła. Musiała nas uśpić i ulokować tutaj. Wyłączyła nas z gry.
Naya przed nim zmarszczyła brwi i wiedział już, że stara się sobie coś przypomnieć. Czekał cierpliwie.
- Chłopak – stwierdziła w końcu.
- Jaki chłopak?
- Nie wiem. Ale wydaje mi się, że widziałam jakiegoś chłopaka. Mężczyznę. Tyle pamiętam.
Pokręcił głową, starając się wyzbyć z narastającej w nim frustracji. Nic im to nie dawało. Chłopak i dziewczyna. Mogli być kimkolwiek. Służyć komukolwiek i czemukolwiek. Pomimo faktu, że wydawało mu się, że zapamiętał całkiem dobrze twarz swojej przeciwniczki, to w żaden sposób nie mogło mu to pomóc, o ile nie zobaczyłby się z nią twarzą w twarz.
Tylko dlaczego ona patrzyła się na niego jakby go znała?
Potrząsnął głową, puszczając dłonie Nayi i wstając z podłogi, na którą w pewnej chwili się zsunęli.
- To już dłużej nieistotne.
Drzewczyca podniosła się od razu za nim, kręcąc głową.
- Nieistotne? Sah'li, mamy jakiegoś wroga, to…
- Mamy mnóstwo wrogów, Naya – przerwał jej szybko. – Takie jest życie herosa.
Uniosła brew do góry.
- Ja nie jestem herosem.
- Ale utknęłaś z jednym – wytknął jej. – Powinnaś się już była przyzwyczaić, nie sądzisz?
Prychnęła.
- Nie. Nie sądzę.
Zdecydował się tego nie komentować. Rozejrzał się po pomieszczeniu, które podejrzewał za jakieś jednoosobowe mieszkanie, szukając czegoś, co mogłoby mu się do czegokolwiek przydać. Ku swojej radości, w kącie znalazł swój plecak, nienaruszony, z całą zawartością w środku. Nawet nasiona Bohra tam były. A kiedy sięgnął do kieszeni spodni, jego dłoń natrafiła na przemieniony w długopis Orkan. Odetchnął z ulgą.
- To co teraz? – zapytała Naya. – Jaki jest plan?
To było dobre pytanie.
- Cóż… Sądząc po tym, że świat się jeszcze nie skończył i obydwoje żyjemy… Zakładam, że Gaja jeszcze nie wróciła i cała katastrofa nie poszła w ruch. Może da się to jeszcze odkręcić. Może nasi porywacze nie byli wystarczająco ostrożni i wybudziliśmy się przedwcześnie, bez ich wiedzy – zasugerował, pozwalając sobie na cień nadziei.
- O ile w ogóle mieliśmy się wybudzić.
Podniósł wzrok i spojrzał na przyjaciółkę. Wyglądała tak bardzo na miejscu, stojąc obok niego, w zwykłym amerykańskim ubraniu i bojowym wyrazem twarzy, jakby chciała komuś pociąć korzenie. Nie wiedział, co by bez z niej zrobił i był jej niesamowicie wdzięczny za jej obecność. Ale jednocześnie... Jednocześnie tkwiło w nim silne przeczucie, że nie powinna była tu być, że już wystarczająco jej zabrał i na zbyt wiele rzeczy ją naraził, a to przecież nie była jej wojna.
Nagle zdał sobie sprawę, że nimfa coś mówi, a on nie usłyszał z tego ani słowa.
- …eee, co? – zapytał szybko, potrząsając głową – Mogłabyś powtórzyć?
Naya wzniosła oczy do nieba.
- To co? Z powrotem do Obozu Herosów?
Pokręcił głową.
- Nie, nie ma już czasu. Zresztą – dodał, nagle wyszczerzając zęby w uśmiechu, kiedy dostrzegł nazwę gazety, na którą wcześniej nie zwrócił uwagi: „San Francisco Chronicle"- Reyna wyjątkowo będzie bliżej.
- A nasi porywacze?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, jak ty, ale ja nie zamierzam czekać, żeby ich poznać.
Szybko podszedł do drzwi wejściowych i nacisnął na klamkę. Zamknięte. Oczywiście. I to ode zewnątrz.
- To co teraz?
Percy obejrzał się przez ramię na nimfę i spojrzał na nią krytycznie. Już trzeci raz dzisiaj słyszał to pytanie.
- Trochę więcej wiary we mnie, co?
Zmarszczyła brwi.
- Co ty chcesz...
Ale nie dał jej dokończyć, zamiast tego wymierzając w drzwi jedno, porządne kopnięcie. Niestety, nie na tyle porządne, żeby się otworzyły.
Naya bez słowa podeszła do niego i ustawiła się identycznej pozycji co on.
- Na trzy?
Pokiwał głową.
- Raz...
- Dwa...
- TRZY!
Wolność hukiem stanęła dla nich otworem. Percy spojrzał na Nayę, która nie wydawała się już być ani odrobinę zmęczona. Chwycił ją za dłoń i wyciągnął z ich więzienia.
- Spadajmy stąd.