piątek, 27 grudnia 2013

Rozdział IX

SOUNDTRACK: Jeff Buckley - Hallelujah

PERCY

CHŁOPAK PRZEKONAŁ SIĘ TRUDNĄ DROGĄ, że Tartar nie był miejscem dla samotnego.
Ani dla naiwnych, głupich herosów, którzy dawali się wyrolować, przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Wędrowali zbyt długo, by mógł powiedzieć, ile czasu im to zajęło. Zmęczyli się zbyt wiele razy, by choć raz być w pełni sił. Niebo pozostawało czarne już zbyt długo, by móc mówić o dniu.
O każdej porze, kiedy nie spali, szli na przód, trzymając się za dłonie, by przypadkiem się nie zgubić. A gdy chłopak zaczynał już potykać się o własne stopy lub nie mógł dłużej zrobić kroku bez czegoś w ustach, padali na ziemię, bez żadnych zabezpieczeń, błagając, by nie znalazł ich żaden wróg.
Nie mógł zobaczyć twarzy nimfy, ale gdy sunęli naprzód w ciemność, czuł na sobie jej spojrzenie, oskarżające go, w każdy znany mu sposób. A gdy skończyły się już owoce, i zmuszona była zasadzać nowe nasiona, wiedział, że kopniaki wymierzone w ziemię, przeznaczone były przede wszystkim dla niego. I gdy w końcu Bhar wyrastał, a Percy z powrotem nabierał sił i zmuszał ją do wznowienia wędrówki, uścisk na jego dłoni, nie bez powodu, był taki mocny.
Nie powinien być więcej chyba zaskoczony, kiedy o pewnej jasnej porze, tuż przed tym, zanim się obudził, zniknęła.
Gdy ostatnim razem był przytomny, i runął na ziemię w zamiarze zaśnięcia, było ciemno. I to przez całą ich wędrówkę od ostatniego zasadzenia. Zanim więc otworzył do końca oczy, musiał przyzwyczaić się, do oślepiającej je jasności. A gdy w końcu mu się to udało, i mógł przyjrzeć się otoczeniu, nie było jej już w zasięgu wzroku.
Serce niemal podskoczyło mu do gardła, kiedy zorientował się, że spał niemalże na krawędzi przepaści. U jego stóp roztaczał się klif, a gdy spojrzał dół, widział jedynie ciemność. Natychmiast odskoczył do tyłu, nie będąc do końca pewien, czy to z obawy przed runięciem w dół na śmierć, czy z powodu samego strachu przed otchłanią.
Próbował rozejrzeć się, ale wszystko co było dookoła zdawało się sprowadzać do tejże właśnie dziury. Długie strąki, otaczające ją zewsząd, dając mu jako takie pojęcia na temat jej wielkości, niemalże wpadały do środka, cudem jeszcze trzymając się na powierzchni. Dopiero po chwili Percy zorientował się, że to przerażająca imitacja drzew, szkielety, bez ciała.
Dookoła otchłani, mającej może średnicę dwudziestu metrów, rozciągała się pusta przestrzeń i nic więcej. Jakby to było miejsce, w którym nicość pękła, stwarzając portal do innego wymiaru.
Obrócił się, by podzielić się swoim zdaniem z Nayą, i to właśnie wtedy odkrył jej zniknięcie.
Początkowo, myślał, że po prostu się zgubiła. Potem, że poszła czegoś szukać. Chciał ją odnaleźć, ale nie ważne jak długo szedł, i w jakim kierunku, zawsze koniec końców lądował przy tej samej piekielnej dziurze. Uznawszy, że stchórzyła, i po prostu go opuściła, najpewniej powróciwszy do oryginalnego Bhara, ułożył się na ziemi, i po prostu zamknął oczy, nie chcąc myśleć nad tym, ani sekundę dłużej.
To był jego największy błąd.
Spojrzawszy na to z perspektywy czasu, pluł sobie w brodę, i przyznawał rację dawnym słowom przyjaciół, że ma wodę zamiast mózgu, albo jeszcze lepiej wodorosty. Bo może, może, gdyby tego nie zrobił, to zastanowił by się choć przez chwilę, czym owa piekielna dziura jest, do czego prowadzi, i co ważniejsze, co z niej prowadzi.
Więc w sumie, to nie, widok Minotaura nad jego głową, nie powinien być dla niego najmniejszym zaskoczeniem.
Najpierw poczuł, a dopiero potem zobaczył potwora. Czując cień na ciele, otworzył oczy, w ostatniej chwili, by uniknąć zmiażdżenia przez potężną stopę.
Instynktownie przetoczył się na bok, i całkowicie zapominając o poprzednich troskach, skoczył na nogi.
Wielki byk, czarny, jak dziura z której wypełzł, stał na dwóch nogach, może dwa metry od niego i dyszał zawzięcie, zaciskając łapy na wielkim kamieniu, który, jak Percy podejrzewał, zapewne miał spotkać się z jego głową.
Oczywiście, w takiej sytuacji były różne wyjścia. Wątpił, żeby jednym z nich były odzywki, ale znów zadziałał instynkt.
- Kopę lat, co?
Byk zaryczał w odpowiedzi i zaszarżował.
Percy cofnął się, o mało co nie wpadając do otchłani. Wystarczyło mu jedno spojrzenie w jej kierunku i w końcu zdał sobie sprawę, dokąd trafił.
Znając jego szczęście, nie mogło to być inne miejsce, jak najgorsza czeluść Tartaru, miejsce, w którym potwory powracają do życia na nowo i na nowo. \
Zaklął i wyjął Orkana.
- Hej! - krzyknął i w ostatniej chwili znów odskoczył, zbijając byka z tropu.
Zamierzał zabić potwora trzeci raz i tym razem, wejście do piekła było bliżej, niż kiedykolwiek.
Przez chwilę bawił się z Minotaurem w kotkę i myszkę, zwodząc go i rozpraszając, ale w końcu potwór chwycił go w swoje łapy i przejechał pazurami po piersi.
Percy zadrżał, myśląc o tym, że centymetr w prawo, i byłoby po nim. Ale wtedy potwór, o ile to możliwe, uśmiechnął się i chłopak przypomniał sobie skąd pamięta ten wyraz twarzy. Dokładnie to samo zrobił wtedy, a sekundę później jego matka rozpłynęła się w powietrzu.
Poczuł gniew w piersi i z całej siły kopnął byka nogami. Potwór zatoczył się, tracąc równowagę i jego uścisk poluźnił się, umożliwiając Percy'emu ucieczkę. Chłopak spadł na podłogę i chwycił miecz. Jego spojrzenie padło na dziurę wiejącą obok i nagle do głowy wpadł mu szalony pomysł.
Nie dając sobie czasu do namysłu, wziął duży rozbieg i skoczył na potwora, niemal tak samo, jak te wszystkie lata temu.
Różnica polegała na tym, że teraz nie był już przestraszonym chłopcem, a mężczyzną, któremu nie zostało już nic do stracenia.
Potwór pod nim zaryczał, ale Percy nie puszczał jego wielkiego łba. I zanim mógłby się powstrzymać, wyciągnął długopis z kieszenie i jednym, mocnym uderzeniem uczynił byka bezrogim.
Potwór zaryczał z bólu, i to było wszystko czego Percy potrzebował. Przechylił się do przodu, i jako, że swoje ważył, ten pierwszy zatoczył się do przodu i nagle zabalansował na krawędzie otchłani. Chłopak, nie zatrzymując się sekundę dłużej, skoczył w bok i przez chwilę znajdował się tuż na wejściem do piekła.
Ale wtedy złapał się szkieletu drzewa, zwisającego przy krawędzi, i zaciskając na nim mocno dłonie, słuchał rozwścieczonego ryku Minotaura, spadającego z powrotem w czeluście.
Nie patrząc w dół, chłopak zaczął powoli wspinać się po pnączy w górę, starając się przewalczyć przyciąganie z dołu. Czuł się, zupełnie, jak wtedy, gdy po raz pierwszy zawisł nad Tartarem, ale tym razem, nie miał dla kogo skoczyć. Więc zaciskając zęby, wytężył wszystkie siły i w końcu, po mozolnej wspinaczce padł na ziemię i odsunął się, jak najdalej mógł, od przepaści.
Na jego nieszczęście, zapomniał, że Minotaur nie był jego jedynym wrogiem.
Usłyszał syk, a serce w nim zamarło.
Mógł nosić klątwę Achillesa, ale nie był nieśmiertelny. A w tej chwili, jedyne co był w stanie zrobić, to zasnąć.
Mantikora, w pełnej postaci, syczała przy przepaści, a Percy poczuł, że chce mu się wymiotować, w chwili, gdy ujrzał ogon z kolcami.
- Sssyn Posejdona. No, no, cssiebie się tu nie ssspodziewałem...
Ze wszystkich potworów, najgorsze były te, które potrafiły mówić, zadecydował chłopak. Podniósł się drżąco, ale wiedział, że nawet gdyby dobył miecza, to nie byłby w stanie utrzymać go w dłoni.
Zanim jednak mógł wykonać jakikolwiek ruch, ogon mignął mu przed oczami, i w następnej chwili poczuł, jak ogień przepływa mu przez usta.
Ww jednej chwili znieruchomiał i poczuł, jak pożar przepływa mu przez całe ciało. Upadł na ziemię, a zadowolony syk rozbrzmiał z góry.
- Rzadko ssstosuje ten chwwyt, ale przy przypadku, taki jak twóóój... Jad jakośśś musi się dossstać do śśśrodka...Bolesssne, prawda? Bardziej, niż wtedy.
Nie mógł myśleć, więc po prostu odczołgał się na bok, desperacko próbując nie stracić przytomności.
- Nie odchodzić, sssynu Posssejdona... Jeszzzcze zostało duuuużo do omówienia, ssskarbie...
Po czym mantikora wydała z siebie coś na kształt mruknięcia, i nagle poczuł falę bólu. Zawył bezsilnie, i siłą rozwierając sobie powieki, obejrzał się przez ramię. Potwór położył mu łapę nad łydce, i przesunął na nią cały ciężar swojego lwiego ciała, doszczętnie miażdżąc chłopakowi kończynę.
Percy zacisnął zęby, walcząc ze łzami w oczach. Gdzie był Orkan...Włożył dłoń do kieszeni spodni i zaczął rozpaczliwie się modlić, próbując jednocześnie zignorować ogień w nodze, z której mantikora wciąż jeszcze nie raczyła zejść.
- Wybacz, synku. Ale taka okazja... Więcej się nie nadarzy. - I o ile to możliwe docisnął łapę do łydki jeszcze mocniej, i Percy nie mógł już dłużej powstrzymywać krzyku.
- Och, melodia dla moich uszu. Krzycz dalej, synu Posejdona. Niech twój ojciec usłyszy cię z samego Olimpu.
Ból zabierał mu zdolność myślenia, a dodatek czuł, jak jad mantikory rozlewał mu się po całym ciele. To było gorsze, niż trzymanie świata. Gorsze, niż kąpiel w Styksie. Do diabła, gorsze niż dwie kąpiele w Styksie.
- Nie no, nie powiesz mi chyba, że ta głupia poczwara cię złamała, co Glonomóżdżku? Cholera, nie!
Tylko jedna osoba miała prawo nazywać do Glonomóżdżkiem i z pewnością, to nie był jej głos. Przekręcił głowę w lewo, i ze zdumienia niemal zapomniał o bólu.
Czarnowłosa nastolatka, cała w srebrnych ciuchach, wpatrywała się w niego, jak w idiotę, i wskazywała obydwiema rękami na potwora, wznoszącego się na nim, jakby chciała powiedzieć: No na co czekasz?
- Thalia? - wysapał, i niemal poczuł, jak mantikora zatrzęsła się nad nim ze śmiechu.
- Tak szzzybko? Chłopczzze, okazałeśśś się sssłabszzzy, niż miałem nadzieję. Ale to nic, to nic, i tak już czasss na mnie. Zabawa była doprawdy urocza, urocza, szzzkoda, że tak szzzybko mija. Ale w tej chwili nie jesteś herosssem, dla którego warrto pośśświęcić mój się przessszłością...
Syk potwora niósł się za nim przez cały czas, gdy Percy'ego powoli, ale konsekwentnie opuszczał ból. Na jego oczach łydka powracała do swojego pierwotnego kształtu, a otumanienie na ciele i umyśle cofało się. Ale Łowczyni wciąż stała tam, gdzie przedtem, wpatrując się w niego nieprzerywanie.
- Niedobrze - jęknął i zamknął oczy, rozpościerając się na twardym podłożu.
Jeżeli Percy był pewien jednego, to był nim fakt, że kolejna halucynacja nie wróżyła niczego dobrego.
- Odejdź, odejdź, odejdź - mamrotał cicho, jak modlitwę, nie śmiąc otworzyć oczu. Ale, gdy w końcu to zrobił, kuzynka wciąż wpatrywała się w niego badawczo.
- Percy...?
Jęknął i nagle ogarnęło go gorąco, wzdłuż całego ciała. Głowa, którą unosił, by móc patrzeć na dziewczynę, opadła z powrotem na twardy grunt, i poczuł ostry ból. Cholera.
Thalia natychmiast pospieszyła w jego stronę, i chwytając go za ramiona, podniosła i podczołgała do najbliższego drzewa.
Chwila.
Skąd tu się wzięło drzewo?
Spojrzał na nią zdawkowo, a ona patrzyła się na niego, i w końcu postanowił przerwać ciszę.
-?
Przez sekundę wpatrywała się w niego tępo, a zaraz później dostał po łbie.
- Idiota.
- Au... - mruknął, masując sobie głową. Spojrzał na nią krzywo. - Nie wiedziałem, że zjawy mogą dawać po głowie. Ani, że ich ofiary będą to czuć.
Niepotrzebnie to mówił. Zasłużył na kolejne uderzenie.
- Jezu, kobieto... Można by pomyśleć, że pierwszy raz w życiu kogoś uderzyłaś i musisz się wyżyć... Coś ty robiła te ostatnie trzy lata z Łowczyniami, podziwiała widoki?
Dziewczyna uniosła rękę trzeci raz, ale tym razem był już przygotowany. Milisekundę przed tym, jak miała go dotknąć, odchylił się do tyłu, powodując, u dziewczyny utratę równowagi. Poleciała do przodu, a on przez sekundę zastanawiał się, czy uczciwie byłoby jej nie złapać. Ale odruchy zadziałały za niego. Chwycił dziewczynę za ramiona, i wyrównał go pionu. Ale choć siedziała już bezpiecznie na ziemi, to wciąż nie zwalniał jej rąk ze swojego uścisku.
- Wow... - szepnął, a Thalia rzuciła mu kolejne spojrzenie z serii : Czy cię już do reszty zwodorościło?
- Percy, co ty wyprawiasz? Czy ta mantikora coś ci pomieszała z głową?
Podniósł brwi.
- No, duh... Widzę zjawy. To chyba definicja "pomieszania".
Nastolatka rozejrzała się szybko, po czym zmrużyła oczy, zaniepokojona.
- Jakie zjawy? Gdzie?
No to zaczynało być niepokojące, pomyślał Percy, zwalniając ręce dziewczyny z uścisku.
- Ciebie.
Cofnęła się do tyłu, zaskoczona.
- Słucham? - zapytała, najwidoczniej oburzona.
- No ciebie. Ty jesteś zjawą. Co w tym takiego trudnego do pojęcia?
- Ja nie jestem zjawą, matołku.
Parsknął śmiechem.
O ile ostatni raz, wtedy z Annabeth w roli głównej, mógł przeżyć, bo był w ciężkim stanie i bardzo tęsknił za domem i tak dalej, to teraz nie miał na to najmniejszej ochoty. Czuł, że wariuje, tak właściwie, to czuł, że cały świat wariuje, i złamane serce, gdy kolejne z jego przyjaciół zniknie w ciemnościach, było ostatnim czego potrzebował.
- W takim razie powiedz mi, o Thalia, córko Zeusa, nie zjawo, skąd się nagle wzięłaś w Tartarze?
Dziewczyna zachłysnęła się mocno powietrzem, a chłopak pomyślał, że jeśli jest ona wyobrażeniem części jego podświadomości, to ta część podświadomości, była wyjątkowo kiepsko poinformowana.
- Ja jestem w Tartarze. Najprawdopodobniej w najgorszej jego części, bo w miejscu, przy którym odbudowują się na nowo potwory. Chyba. Tak myślę. Nie da się stąd pójść, więc raczej nie da się też tu przyjść.
- Ty jakoś się tu znalazłeś - zauważyła, ale postanowił ją zignorować. Oczywiście, mogła mieć rację, ale najwidoczniej p prostu jego pech mógł zmieniać reguły wszechświata.
- Ty z kolei jesteś na Ziemi, na powierzchni, wśród Łowczyń i zapewne w środku jakiegoś polowania. I wiem, że być może nie jestem najlepszy z matmy, ale w tym równaniu nie ma szansy, byś rzeczywiście tu była. Więc jeśli nie jesteś wytworem mojej świadomości, to czym?
Wpatrywał się w kuzynkę, i choć nie mógł tego przyznać, to tak naprawdę, w tej chwili nie marzył o niczym innym, jak o tym, żeby była prawdziwa, i żeby choć przez chwilę przestał być całkowicie sam. Natychmiast jednak odgonił od siebie tę myśl. Nie mógł marzyć o tym, żeby jego bliscy znaleźli się w Tartarze. To by było po prostu okrutne.
Thalia milczała jakiś czas, aż w końcu wyciągnęła rękę i przejechała mu palcami po włosach. Potem po linii szczęki, a na końcu, chwyciła jego dłoń. Pozwolił jej ją unieść go góry, i przyłożyć do jej własnego policzka.
- Jeśli mnie tu nie ma, - szepnęła - i jeśli jestem tylko wytworem twojej wyobraźni, to dlaczego mogę cię dotknąć? Dlaczego czujesz, że tu jestem?
Chciał pokręcić głową, wzruszyć ramionami, ale nie mógł zaprzeczyć ciepłu jej policzka pod własnym palcami. Ktoś siedział koło niego, żywy, z mięsa i kości, i mógł tego kogoś dotknąć. Nie był w stanie temu zaprzeczyć.
- Może to nie ty? Może jednak jesteś Nayą, i znowu was pomyliłem? Już mi się to zdarzyło, pamiętasz?
Pokręciła głową.
- Nie, nie pamiętam, bo to nie byłam ja. Jestem Thalia, Percy. Mówię ci prawdę. W jakiś sposób znalazłam się tutaj z tobą, w Tar...
- Nie! - Szybko zakrył jej usta dłonią. - Nie tutaj. Nie wymawiaj jego imienia.
Dała mu znać oczami, że rozumie, i powoli odsunęła od siebie jego dłoń i położyła na ziemi.
- Rozgryziemy wszystko co i jak, okej? Tylko... Trzeba się będzie skupić.
Pokiwał głową.
- Okej. Okej. - Oparł się o drzewo i zamknął oczy. - Więc...? - Podniósł do góry dłonie. - Powinnaś zacząć? Co ostatnie pamiętasz?
Cisza.
- Hej? - Otworzył oczy, zastając widok Thalii, pogrążonej w głębokim skupieniu. - Czemu nic nie mówisz?
Uniosła do góry jeden palec, uciszając go, a potem otworzyła oczy i wlepiła w niego zdziwione spojrzenie.
- Nie pamiętam.
Zdenerwował się.
- Jak to : nie pamiętasz? - powtórzył. - Czego nie pamiętasz? Kto wygrał wojnę?
Przez chwilę miał ochotę zapytać, który jest rok, ale w porę zdał sobie sprawę, jak idiotyczne dla niego byłoby to pytanie.
- Ja... - Po raz pierwszy w życiu widział Thalia zmieszaną. - Pamiętam, że wygraliśmy... A potem parę miesięcy później ty zniknąłeś... - Widział skupienie na jej twarzy. - A potem pojawił się Jason i spadliście do Tartaru...
Oczy dziewczyny nagle rozszerzyły się.
- Gdzie jest Annabeth?
Zacisnął pięść.
- Annabeth wydostała się.
- W takim razie... Och. - Najwyraźniej coś sobie przypomniała. - Pamiętam. Zamknąłeś wrota.
Pokiwał głową, a przez twarz dziewczyny przebiegł cień. Jednak już chwilę później twkiła w jego ramionach.
- Bogowie, Percy! Wszyscy tak za tobą tęsknią! - Odsunęła się od niego na parę centymetrów i chwyciła jego twarz w dłonie. - Nie mogę uwierzyć! Ty wciąż żyjesz! Myśleliśmy... Nico był przekonany, że... Ale to nie ważne, wszystko jest z tobą w porządku.
Powstrzymał chęć prychnięcia, i przyciągnął kuzynkę z powrotem do siebie. Prawdziwa, czy nie - w tej chwili nie mogło go to bardziej nie obchodzić.
- Musisz mi powiedzieć, co się dzieje na Ziemi. Co się ze wszystkimi dzieje. Czy Grecy i Rzymianie pogodzili się? Hazel, Frank, Piper, Nico...? Wszystko w porządku? I ty? A co z... co z Annabeth?
Otworzyła usta, najwyraźniej chcąc mu odpowiedzieć, ale żadne słowa nie wypłynęły.
- Nie wiem - przyznała po chwili.
- To znaczy?
- To trochę, jak... Film sprzed lat, którego do końca nie pamiętam, ale wiem mniej więcej o czym był. Nie pamiętam co się ze wszystkim dzieje, ani nawet co robiłam, zanim cię zobaczyłam, czy poprzedniego dnia. Tylko tyle, że... na razie mamy pokój. Obozy zawarły sojusz. Przepraszam. Tylko tego jestem pewna.
Zachmurzył się.
Jeśli wymyślił sobie Thalię, to ta odpowiedź była bardzo wygodna. Nic nie pamiętać, tylko bardziej ogólną sytuacje... Którą przecież wiedział mniej więcej, jak miała wyglądać. A to, że obydwa obozy się pogodziły. To po prostu było coś, czego bardzo chciał.
Thalia zauważyła, że wyraz jego twarzy się zmienił.
- Nie wierzysz mi, prawda? Myślisz, że jestem nieprawdziwa.
Nie zaprzeczył.
- Okej. Okej. Przypomnę sobie coś, coś co mogłam wiedzieć tylko jak, i coś co to uwodni. Zobaczysz. Uwierzysz, że to ja. W końcu.
Wzruszył ramionami, nagle czując wszechogarniającą go senność.
- Thalia, ja...
I zanim się zorientował, leżał już półśnie, z Thalią powtarzającą, jak mantrę : Jestem prawdziwa, jestem prawdziwa.
I nawet nie wiedział, że w jakieś części, rzeczywiście była.
Gdy się obudził, o mało co nie dostał ataku serca.
Po pierwsze, Thalia zniknęła.
Nie żeby był jakoś strasznie zdziwiony. Nie do końca wierzył, że jest prawdziwa, tak czy siak, ale mimo wszystko zakuło go trochę to, że jej już nie było. Prawdziwa czy nie, towarzystwo było miłe. Ale z drugiej strony, był wdzięczny, ze to wszystko okazało się być tylko halucynacjami, bo gdyby w jakiś sposób przyciągnął swoją przyjaciółkę do żywego piekła, to nigdy by sobie tego nie wybaczył.
I mówiąc o piekle, Percy właśnie go doświadczał.
Miał szczęście, że to drzewo, to felerne drzewo, które pojawiło się znikąd, wciąż tam było, i zasłaniało go przed oczami potworów.
A Gajo, Potworów ich było, i było ich dużo.
Jeden po drugim, wynaturzały się z otchłani. Ale nie wyskakując z niej, jak to sobie początkowo wyobrażał, ale formując się na jej skraju, z prochu, w który wcześniej zamieniono jej na Ziemi. Niektóre, tak jak harpie, bądź drakainy, czy też ogary, znikały, gdy tylko uzyskały pełny kształt. Pozostałe zbierały się w grupę (!) i wspólnie oddalały się od otchłani, i ku zaskoczeniu Percy'ego, rzeczywiście udawało im się oddalić.
Nie wiedział do końca, dlaczego nikt go nie atakuje, ani nie reaguje na jedyne drzewo, ale nie przeszkadzało mu to. Przywarł do pnia, starając się wtopić w ciemność, bo najwyraźniej znów zapadło coś na kształt nocy, i starał się pozostawać niezauważonym.
Ale czas mijał, a potwory wciąż formowały i formowały, a potem część z nich odchodziła. Miał ochotę wyjść z ukrycia i ściąć je wszystkie w pół, ale na szczęście, umiał się powstrzymać. Po za tym, wiedział, że i tak byłoby to bezsensowne, i całkowicie, całkowicie, bezmyślne z jego strony. Nie dałby rady takiemu fali potworów, a nawet gdyby, to zaraz i tak by wróciło, najprawdopodobniej dobrze pamiętając, kto powstrzymał je od szybszego powrotu na Ziemię.
W końcu, po paru godzinach, niebo zaczęło znów się rozjaśniać, i gdy ostatnia drakaina zniknęła sprzed jego oczu, wynurzył się spod drzewo i podszedł do krawędzi.
Patrzył przez chwilę w dziurę, próbując rozgryźć, to co właśnie zobaczył, ale nie był w stanie normalnie myśleć. Był zbyt głodny.
Odwrócił się, myśląc poważnie o tym, by zjeść liście z drzewa i zamarł.
Pod koroną rośliny tkwił koszyk i jego plecak. Percy taszczył je przez cały czas, gdy wędrowali z Nayą, i pamiętał, że gdy nimfa w końcu dała nogę, nie zabrała ich ze sobą. Ale też wiedział, że rzucił rzeczy na ziemię, tuż przed tym, gdy sam się położył i został zaatakowany przez Minotaura. To był cud sam w sobie,, że podczas walki ich nie rozgnietli, ale chłopak dobrze pamiętał, że potem ich nie dotykał, a przecież jakimś cudem znalazły się pod tym drzewem.
Podszedł z powrotem do rośliny i przykucnął przed koszykiem. W środku znajdowało się siedem, soczystych owoców, zupełnie tak jak pamiętał.
Cholera, może to jednak nie były omamy?
Usiadł zrezygnowany, i dopiero teraz dotarło do niego, że jego drzewo zdawało się być... Gdzie indziej. Oparł się o pień, ale czuł się, jakby opierał się o galaretkę. Było tam, ale nie do końca. Odsunął się, i zaczął oglądać je zażarcie, aż drzewo raz po raz stawało się niewyraźne, i w końcu całkowicie zniknęło. Wpatrywał się w puste miejsce po nim, oniemiały i w końcu wyciągnął rękę do przodu.
Nic. Jakby nigdy niczego tam nie było.
Pokręcił głową.
- Okej - wyszeptał. - Co się będę kłócić? Nie ma, nie ma.
Wyciągnął Orkana i ostry kamień z kieszeni bluzy, po czym rozpoczął mozolną pracę zaznaczania kolejnego dnia na ostrzu. Kresek był już tak wiele, że musiał zacząć się zastanawiać nad nową metodą. Może powinien robić z nich krzyżyki? A potem gwiazdy. A potem...
- Nie - mruknął do siebie. - Nie będzie żadnego potem. Wydostaniesz się stąd szybciej, niż będzie musiał ponownie się nad tym zastanawiać.
W końcu urzeźbił idealną półprostą i spojrzał częściowo z dumą, częściową z goryczą na ostrze. Właśnie zapełnił ostatnie miejsce na jednej stronie. Obrócił miecz, ukazując jego gołą część, ale szybko pokręcił głową. Nie. Tej strony nie będzie oznaczał. Nie potrzebował podwójnego przypomnienia piekła. Jedno było całkowicie wystarczające.
Zasnął, nim znów się ściemniło.
Najwyraźniej miał poprzestawiany rytm dnia, bo znów obudził się, gdy zapadła ciemność.
Potwory raz jeszcze stały przy krawędzi, formując się, znikając i odchodząc. I tym razem, żadne z nich nie zdawało się go dojrzeć, choć nie siedział pod okryciem liści. W końcu zobaczył znów Minotaura i poczuł, jak przelewa się w nim gniew.
Ale tym razem był mądrzejszy, i nie rzucił się do walki. Czuł jednak nie małą satysfakcję, gdy patrzył na łeb byka i był pewien, że nawet inne potwory wiedziały, że syn Pazyfae miał powód do wstydu.
Ale w końcu, patrzenie całą noc na potwory, dały jakiś efekt. Doszedł do paru prawidłowości.
Po pierwsze, potwory zawsze wracały, w porze nocnej. Prawdopodobnie dlatego, że w nocy były silniejsze, albo może nie były przyzwyczajone jeszcze do światła, po odbudowywaniu się w czeluściach piekła.
Po drugie, potwory dzieliły się na dwie kategorie. Te słabsze, takie jak drakainy, ogary, czy inne, wracały na Ziemię od razu. Te potężne, tak jak Minotaur, albo mantikora, musiały najwyraźniej wracać, jakkolwiek głupio to brzmiało, pieszo. Percy podejrzewał, że skoro tak trudno było je zabicie, to jedynym sprawiedliwym wyjściem było utrudnienie im powrót.
Niepokojące było jednak to, że gdy część potworów znikała, a część odchodziła, to Minotaur wciąż stał przy krawędzi i ryczał na każdego. Percy nie był pewien, czy potwory mają jakąś społeczność, albo wysoko zaawansowaną hierarchię, ale jeśli tak, to bykołak był na górze.
W końcu, gdy znów zaczynało się rozwidniać, a parę potworów, zbyt potężnych by zniknąć, wciąż stało przy krawędzi, Percy zaczął czuć się nerwowo. Jedna rzecz ukrywać się w nocy, przed tłumem, który sam sobie szkkodził, a druga walczyć w świetle dnia z pięcioma, sześcioma potężnymi. Zwłaszcza, że nie był pewien, czy teraz węch im się już nie polepszył, jeśli to to, sprawiało, ze zdawali się nie zauważać jego obecności.
Ale w końcu, Minotaur, hydra, dwie drakiny z największym ogarem, jakiego kiedykolwiek widział, większym nawet od Pani O'Leary, zaczęli się oddalać i minęli go, całkowicie ignorując fakt, że pod nosem mają soczyste śniadanie.
- Co do...? - mruknął i zmrużył oczy. Wstał i tak dla pewności, wbił Orkana w ziemię, tworząc szczelinę w podłoże, ciągnącą się prawie do oddalającej się grupy.
Zero reakcji.
I nagle go trafiło.
Chociaż ignorancja ze strony potworów martwiła go, to nagle zdał sobie sprawę z jej korzyści. Jeśli go nie zauważyły, to też nie atakowały, a to znaczyło, że...
Chwycił plecak i koszyk, i oglądając się po raz ostatni na otchłań, zaczął iść.
Nigdy, nigdy nie sądził, a podejrzewał, że im też nie przyszło to przez myśl, że jego ucieczka z Tartaru będzie z potworami za przewodników.
Alleluja.

Rozdział VIII



Young The Giant - My body

PERCY

OKEJ. TERAZ TO PRZESTAŁO JUŻ BYĆ ZABAWNE.
- Naya, proszę cię. Dajże mi już spokój.
Drzewczyca rzuciła mu spojrzenie spod rzęs.
- Proszę...
- Nie, Naya. Dosyć.
Podniosła z ziemi ostro zakończony kamień.
- Proszę. To będzie już ostatni raz.
Pokręcił głową.
- Nie. To nie będzie twoje nowe hobby.
Zmarszczyła nos.
- Co to znaczy "hobby"?
Zapomniał, że nie rozumiała wszystkich słów. Westchnął.
- To zajęcie, które robimy dla rozrywki, dla zabawy. Mniej, więcej. W każdym razie, rzecz w tym, że nie będziesz robiła z tego hobby. Koniec dyskusji.
Uśmiechnęła się.
- Ale Percy... Proszę cię. Proszę, proszę, proszę.
Odkąd zaczął ją uczyć różnych słów po angielsku, ekscytowała się każdym, a następnie nabierała irytującego zwyczaju powtarzania i przez najbliższą septymę. Teraz jej ulubionym słowem było "proszę", a podejrzewał, że "hobby" również zaraz dołączy do tego szerokiego grona.
- To będzie ostatni raz. Proszę.
Uniósł brew.
- Ostatni raz?
Energicznie pokiwała głową.
- Tak! Ostatni raz. Słowo nimfy.
- No dobrze. - Podał jej kamyk.
Cofnęła się od niego na parę kroków, a potem cisnęła ostrą krawędzią kamienia prosto w jego serce.
Naturalnie, kamień odbił się od chłopaka i poleciał prosto do rzeki płynącej obok. Percy patrzył, jak kamień nie tonie, lecz unosi się na powierzchni i żarzy, kawałek po kawałku. Nie minęła minuta, a Styks spaliła przedmiot.
Kiedy myślał o tym, że jego skórze działo się to samo, i to nie raz, a dwa razy, to zaczynał wręcz czuć ogień na plecach.
Naturalnie, musiałaby nastać nowa era, zanim chociażby wspomniał o tym Drzewczyce. Nie żeby był w stanie zauważyć, gdyby rzeczywiście tak się stało.
Tartar był inny. Naginał rzeczywistość. Naginał ją do granic, i Percy czasami aż widział jej rozciągnięte do białości końce, które lada chwili miały pęknąć i zaprezentować dziury wielkości małego miasteczka.
Czasami wydawało mu się, że widzi zagubione dusze, wędrujące po suchym polu. Innym razem próbował dojść do migoczącego przed nim w oddali jeziora, ale nie mógł. Wrócił po tercji, tylko po to by Naya zapytała go co robi w jaskini, skoro wyszedł chwilę temu.
Bo Tartar nie był piekłem, nie w tym sensie. Nie walały się tu wszędzie potwory, w każdym razie nie tam, gdzie Percy przebywał. Nie było tu upalnie, świat nie mienił się na czerwono i czarno. Rogate diabły nie podpalały dusz na prawo i lewo, nad kotłem ognia.
Nie, gdyby chłopak miał strzelać, to raczej powiedziałby, że to czyściec. I w chwilach takich jak wtedy przy jeziorze, zaczynał powątpiewać, czy to, że trafił do tej części Tartaru, a nie do drugiej, było takim szczęściem, jak na początku myślał.
A on akurat wiedział, jak to jest w tej piekielnej części. I chociaż fakt, to nie były jego najlepsze wspomnienia, to chociaż były jego.
Tutaj nie wiedział, co ma myśleć. Raz czas przyspieszał, raz zwalniał. Kiedyś następnego dnia po zerwaniu owoców, Drzewo zakwitło ponownie, a kiedy podzielił się tym ewenementem z Nayą, Drzewczyca spojrzała na niego zaniepokojona i powiedziała, że przecież minęła septyma ( zaczęła używać tych samych nazw co on, po niekończącej się frustracji, spowodowanej tym, że nie wie, co chłopak do niej mówi).
Innym razem, stracił słuch. Dookoła niego zapanowała głusza na dość długi okres, i minęło sporo czasu, zanim przestał panikować.
Tartar urabiał go sobie z każdej strony, powoli, ale efektywnie.
Chłopak zaczął się już obawiać nie o swoje życie, ale o swoją świadomość. Przyszło mu do głowy, ze te halucynacje z Annabeth w roli głównej, nie były skutkiem walki z potworem, ale efektem zgubności Tartaru. Przedstawił nawet te rozważania Nayi, a Drzewczyca nie rozmawiała z nim potem przez następne parę prym, głęboko zamyślona.
Nie chcąc w pewnym momencie obudzić się i zdać sobie sprawę, że minął rok, zmusił ją by zdawali sobie sprawozdanie z prymy i plany na następną. Malowali kreski na ścianach, by zaznaczyć upływający czas, ale gdy później nie mogli ich już odnaleźć, ryli, a raczej on rył, krechy w Orkanu. Żal mu było, a nawet i Naya początkowo odmawiała go od tego, ale uparł się. Miecz był jedyną rzeczą, jakiej był pewnej, że nie zgubi i zawsze będzie przy sobie miał. I zamierzał to wykorzystać. Później godzinę spędzał na moczeniu ostrza w wodzie, a gdy jakimś cudem wgłębienia znikały, choć ciemny ślad pozostawał, kolejną poświęcał na modlitwy do Posejdona.
- Nacieszyłaś się już atakowaniem mnie? - zapytał, uśmiechając się do Drzewczycy.
Zmrużyła oczy w odpowiedzi.
- Chyba...?
- Lepiej niech to będzie "chyba tak", bo więcej szans nie dostaniesz. Powinniśmy się już zbierać, chodź. - Odwrócił się i niemal natychmiast poczuł uderzenie w plecy. - Hej! - krzyknął, zwracając twarz na dziewczynę, która teraz uśmiechała się diabelsko, do złudzenia przypominając mu Thalię. - To miał być ostatni raz! Dałaś słowo!
Pokazała mu, że ma puste dłonie i uśmiechnęła się złośliwie.
- Dałam słowo nimfy, a przecież mówiłam ci bardzo jasno i wyraźnie, że nie jestem nimfą.
Patrzył się na nią, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa.
- No co? - zapytała.
- Ty mała, wredna, podstępna... Nimfo, ty!
Wykrzywiła twarz w udawanym oburzeniu.
- Nie powiedziałeś tego!
Uniósł dłonie w górę, w wyrazie bezradności.
- Powiedziałem. - Westchnął. - Co zrobisz?
- Zrobię... to!
I rzuciła się na niego.
Wskoczyła mu na plecy, obejmując nogami w pasie i zaczęła okładać pięściami jego głowę.
Oczywiście nie mogła go zranić, nie teraz kiedy dzierżył klątwę Achillesa. Ale uderzenia wciąż bolały, zwłaszcza, że Drzewczyca potrafiła być bardzo silna, gdy tego chciała.
On nie chciał.
Zaczął wykręcać ręce do tyłu, próbując ją z siebie zdjąć, ale nic z tego. Naya tak się wiła i kręciła, że nie był wstanie jej dosięgnąć. W pewnej chwili był już całkiem pewien, że wlazła mu na ramiona, i najwyraźniej próbowała przejść na głowę.
- O co to, to nie - mruknął i rozpoczął szaleńczy bieg, w nadziei, że nimfa po prostu spadnie na ziemię. Ku jego zdziwieniu, ona najzwyczajniej w świecie zsunęła się z powrotem na jego plecy, objęła nogami w pasie i trzymała się dalej.
- Coś ty robiła te dwa tysiące lat temu... - wysapał, a ona zaśmiała się.
- Mówiłam ci Sah'li, że nie jestem jak te nimfy.
- Z pewnością - burknął, nie przestając biec. Przed nimi płynęła mała rzeczka (kolejna!), a mu świtał w głowie plan.
Naya zdjęła ręce z jego szyi i odchyliła się do tyłu, teraz trzymając się go jedynie nogami. Imponujące. Wydała z siebie okrzyk zachwytu.
- Przyznaj to, Percy! Nie jestem zwykłą nimfą!
- Myślałem, że w ogóle nie jesteś nimfą - zauważył.
- Przyznaj!
Może i by przyznał, ale Naya nie przewidziała jednej rzeczy, i nagle jego plan przestał być już potrzebny. Odchyliła się teraz na całego, i prawa fizyki w końcu wymogły na niej swoje racje. Chłopak stracił równowagę, a ona spadła na ziemię, pociągając go za sobą, bo naturalnie nie chciała go puścić.
Uderzyli mocno o kamienie i trochę jęcząc, wybuchnęli śmiechem.
W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że praktycznie na niej leży, więc z zarumienionymi policzkami podniósł się.
- Hej! - krzyknęła w proteście. - Wracaj tu!
Pokręcił głową z uśmiechem, na co ona jednym sprawnym ruchem nóg podcięła mu jego własne. Runął na ziemię, na szczęście tym razem koło niej, a nie na.
- A to za co? - jęknął.
- Oj, nie marudź.
Patrzyła w niebo, więc skopiował jej pozę i zaczął przypatrywać się schodzącej czerwieni.
Nie wiedział, ile czasu tak spędzili, po prostu patrząc się w górę, ale to Drzewczyca pierwsza przerwała ciszę.
- Dwa tysiące lat?
- Co? - Spojrzał na nią, wyrwany z zadumy.
Nie odwzajemniła spojrzenia, wciąć trzymając wzrok zwrócony w tę samą stronę.
- Tak powiedziałeś. Dwa tysiące lat temu.
- Ano tak.
- Czy tyle właśnie czasu minęło? Tyle jestem w Tartarze? Dwa tysiące lat?
Z zakłopotaniem zdał sobie sprawę, że Drzewczyca żyła jeszcze przed bogami. Musiała być naprawdę stara. A skoro to bogowie ją wrzucili do Tartaru... To mogła spędzić tu tyle lat, ile Zeus miał urodzin.
- Ja... Nie wiem. Chyba więcej. Trzy tysiące, albo... albo cztery. Nie wiem, kiedy tu trafiłaś.
Odmruknęła coś, tak cicho, że jej nie usłyszał.
- Opowiedz mi o tym.
Gwałtownie przekręciła głowę.
- Co?
- Opowiedz mi o tym. Dlaczego Zeus cię tu strącił?
Wyglądała niewyraźnie.
- Ja... Nie lubię o tym mówić.
Widział smutek w jej oczach, ale czuł, że musi wiedzieć więcej. Więc naciskał dalej.
- Proszę cię. Powiedz mi. Jeśli nie to, to przynajmniej...
- To przynajmniej co?
- Powiedziałaś mi wcześniej, że służyłaś Gai, kiedy to ona była u władzy. Ale w mitologii nic nie ma o tym, żeby Matka Ziemia była królową świata. Tylko jej mąż, albo syn, albo...
- Okej, łapię - przerwała mu, ale nic więcej nie powiedziała.
Usiadł prosto i spojrzał na nią.
- Słuchaj, Naya. Jest wojna. - Zmieszał się. - Albo wojna we wstrzymaniu. Rzecz w tym, że gdy już stąd wyjdę, to będę musiał się zmierzyć z Gają. Więc jeśli jesteś w stanie mi jakoś pomóc... To proszę cię, pomóż.
Uniosła palce do góry i zaczęła rysować w powietrzu jakiś kształt. I zanim się zorientował nie byli już w Tartarze, a na jakiejś polanie.
Dookoła niego paliły się ogniska, a wokół nich odprawiane były jakieś rytualne tańce. Stworzenia oplecione liśćmi, albo czasami wręcz nagie, krzyczały, śpiewały, a ogień unosił się i opadał, liście szalały na wietrze. Trawa szumiała przywodząc Percy'emu na myśl karpoi, a Drzewa wyginały się, jakby też uczestniczyły w obchodach.
Chłopak spojrzał ze zdumieniem na Drzewczycę, która stała prosto i oglądała wszystko, niewzruszona.
- Czy to są... Czy to jest...?
- Tak. To mój lud, z czasów kiedy jeszcze byłam na ziemi.
Jedna z postaci przebiegła przez ogień i wskoczyła na drzewo na środku Polany. Zaczęła wspinać się coraz wyżej i wyżej, krzycząc przy tym szaleńczo, a chłopak poczuł ukłucie w środku.
- Hej, czy to jesteś ty?
Na jej twarz wpłynął smutny uśmiech.
- Yhmy... Kiedyś byłam przywódczynią plemienia. Byłam dla nich wszystkich - wskazała ręką na postacie - matką.
Spojrzał na nią dziwnie.
- Nie dosłownie, oczywiście. W przenośni.
Patrzył, jak ta druga Naya w końcu dopina swego i znajduje się na czubku drzewa. Ono, jakby na jej rozkaz, zaczęło rosnąć w górę, jego pień wydłużał się, a gałęzie, niczym ramiona, sięgały po Drzewców i sadzały koło niej.
- To jest ... niezwykłe.
Pokiwała głową.
- Tak, Bhar był niesamowity. I na dodatek uwielbiał się popisywać, zwłaszcza przed moimi pobratymcami.
- Bhar?
- Tak, moje Drzewo.
Wytrzeszczył oczy.
- To drzewo? To drzewo, które teraz rośnie do nieba, było twoim Drzewem?
Zaśmiała się.
- Mówiłam ci, że byłam przywódczynią. Moje Drzewo musiało być... no cóż, wspaniałe. A Bhar był wspaniały. Niezwykle potężny, dumny i silny. Ale uwielbiał się popisywać. Był... trochę taki, jak ja. Był moim odzwierciedleniem. To Drzewo, które rośnie teraz w Tartarze... no oczywiście, to jest Bhar, w jakiejś tam części, ale nie może w pełni rozwinąć swoich możliwości. Jest niekompletny. Nie mogę się z nim skontaktować, nie w pełni.
Zamilkła i ruszyła przed siebie. Szybko ocknął się i dogonił ją.
- Gdzie idziemy?
- Na Othrys.
Przed nimi widniała góra, na którą Percy definitywnie nie chciał wchodzić.
- Eee... Jesteś pewna, że to dobry pomysł? Bo wiesz, ta góra wydaje się być całkiem spora...
Machnęła niecierpliwie ręką, nie przerywając wspinaczki.
- Nie martw się, tu odległości nie są rzeczywiste.
- Tu? - uniósł brwi.
- To nie jest rzeczywistość, Percy. To bardziej, jakby...wspomnienie. Wizja.
- A czy... Wszyscy Drzewce potrafią stworzyć takie wizje?
Pokręciła głową.
- To nie ma nic wspólnego z byciem Drzewcem.
Zatrzymał się, spoglądając na nią pytająco.
- Później samo się wyjaśni, nie ma sensu, żebym tłumaczyła ci to teraz.
Zgodził się, ale i tak był niezadowolony.
- Wiesz, teraz drzewa nie są takie jak kiedyś.
- To znaczy? - zmarszczyła brwi.
- To znaczy, że one nie są... żywe. Nie ruszają się, nie mają imion. Nie mówią.
Jej twarz pozostała beznamiętna, ale wiedział, że to co powiedział, dotknęło ją. Ale miała prawo wiedzieć.
Ale zanim mógłby dodać coś jeszcze rozpoczęła swoją opowieść.
- Wiesz, jak powstał świat?
Zaprzeczył.
- Chaos był pierwszy. To z niego powstali inni, między innymi Gaja. Bogini stworzyła Uranosa, a ten został jej małżonkiem. Razem mieli rządzić światem, ale Gaja była kobietą, więc oczywiście Uranos odtrącił ją i sam dzierżył władzę. Wiedział, że któreś z jego dzieci ma pozbawić go władzy, więc wszystkie strącał do Tartaru. - Westchnęła. - Kiedy mi o tym opowiadano, mówiono o tym, że Gaja nie chciała by i tytanów spotkał ten los, więc pomogła Kronosowi zgładzić męża. Ale prawda jest taka, że nie chciała dłużej stać w cieniu.
Nimfa przerwała na chwilę, bo weszli na trudny do przejścia moment, ale po parunastu minutach, wznowiła opowieść.
- Miała nadzieje rządzić synem i synową, i przez jakiś czas udawało jej się. Można by powiedzieć, ż rzeczywiście to ona była u władzy, oni byli jej pionkami...
Chłopak skrzywił się na to słowo.
- Ale Kronos nie był znowu taki głupi. Chciał pokazać matce, kto tu rządzi. Więc upokorzył ją...
W tym momencie doszli na szczyt góry, i nagle znaleźli się w jakimś hallu, który niebezpiecznie skojarzył się chłopakowi z tymi, które widział na Olimpie...
- To jest pałac na Othrysie. Na nim wzorował się Olimp, choć wątpię, by Olimpijczycy to przyznali.
I gdy jedna Naya skończyła mówić, druga przebiegła im przed oczami, zaraz znikając za marmurowymi drzwiami. Miała na sobie typowo grecki strój, a w ręku dzierżyła dzban wody.
Percy spojrzał pytająco na obecną Nayę.
- Co robisz na Othrysie?
- To nauczka.
- Czego?
Prychnęła.
- Pokory - niemal warknęła. - Kronos wiedział, że my, Drzewce, jesteśmy ukochanym narodem Gai. Chciał pokazać, gdzie jest jej miejsce, więc jego przywódca, a wtedy byłam to ja, został powołany do roli służki jego żony.
Nie wiedział, jak ma na to odpowiedź, więc nic nie mówił. Stali na korytarzu, a on przyglądał się wszystkiemu dookoła w milczeniu, aż w końcu po jakimś czasie, znowu ujrzeli drugą Nayę, lecz tym razem miała na rękach niemowlę.
Tym razem nie biegła, lecz szła bardzo powoli, jakby z trudem stawiała kroki. Wzrok utkwiony miała z zawiniątku na rękach, a chłopak wiedział, że gdyby mogła, to Drzeczwyca zapłakałaby.
- Które to? - zapytał cicho, zastanawiając się, czy właśnie nie zobaczył swojego ojca.
Pokręciła głową, jakby czytając jego myśli.
- Twój ojciec był najstarszy. On i Hades już zostali zjedzeni, zanim przybyłam do pałacu.
Naya Służka wciąż kontynuowała swoją mozolną wędrówkę. Ale gdy minęła dziedziniec, wypełniony najpiękniejszymi roślinami świata, gwałtownie zmieniła kierunek i wyszła na zewnątrz.
- Co robisz?
Ale zanim Naya odpowiedziała, ta druga znów się pojawiła, tym razem biegnąc i to ze sporej wielkości kamieniem. Zniknęła za korytarzem.
Percy nienawidził tej bezczynności, ale Drzewczyca niczego nie chciała mu wyjaśnić. Kiedy w końcu jej przeszły odpowiednik się pojawił, znowu wpadł na dziedziniec, a gdy wrócił, puścił się biegiem z dzieckiem na rękach.
Scena się zmieniła i nagle znaleźli się na Olimpie, w sali tronowej. Przed nimi znajdowali się Zeus, Hades i Posejdon, z siostrami Demeter i Herą. Bogowie wyglądali na młodych, żywych, silnych... i przede wszystkim wściekłych.
Na podłodze, przed nimi, klęczała Naya, znów wyglądająca, jak Drzewczyca.
- Bracie, proszę, nie!
Dopiero teraz Percy zauważył Hestie, także na kolanach, rozpaczliwie uczepioną szaty Pana Niebios.
- Nie rób tego! Proszę, ja wiem, że tak być nie powinno! To się na nas odbiję, mówię ci!
Ale Zeus jednym gestem podniósł siostrę z klęczek i gwałtownie odsunął ją na bok.
- Zadecydowałem - zagrzmiał. - Ty, Nayo z rodu Drzewców, zostajesz skazana na wygnanie, a skoro tak kochasz naszego ojca, to razem z nim.
Drzewczyca podniosła się z ziemi i zaczęła rozpaczliwie kręcić głową.
- Nie miałam wyboru! Nie miałam wyboru, proszę!
- A żebyś nigdy nie zapomniała - ciągnął dalej Zeus - krzywdy, jaka nas przez ciebie dotknęła, widma przeszłości nigdy cię nie opuszczą, jednocześnie nie pozwalając ci wrócić. A byś wiedziała, co straciłaś, wiedza świata cię nie ominie, to po byś nigdy nie miała jej wykorzystać.
Wiatr zaczął wypychać Drzewczycę do tyłu, chociaż ona wyrywała się i pchała do przodu, rozpaczliwie krzycząc.
- Ja nie miałam wyboru! NIE MIAŁAM WYBORU!
Percy zamknął oczy, a gdy z powrotem je otworzył, znowu leżeli na ziemi, przed nimi widniało czerwone niebo, a ręka Nayi unosiła się w górze. Podniósł się gwałtownie.
- Co to, do cholery, - warknął. - Miało być?!

Kiedy powiedziała, że nie chce o tym mówić, nie naciskał. Przez całą drogę do jaskini trzymał gębę na kłódkę i tylko od czasu do czasu zerkał na Drzewczycę, by sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.
Ale kiedy w końcu znaleźli się już w jaskini, podbiegła do swojego Drzewa i wtopiła się w nie, nie dając mu się odezwać.
Okej, pomyślał. W porządku. Powie mu jutro.
Ale następnego dnia jej nie widział, ani kolejnego. Czasami tylko, kątem okiem, dostrzegł jej przebłyski, kiedy piła wodę, kiedy on powinien spać, albo przypatrywała mu się, gdy myślała, że nie widzi.
Ale widział, i nie rozumiał.
Dlaczego chowała się przed nim, skoro był po jej stronie? Uratowała Zeusa, a on czepiał się jej, i niesłusznie ( jak zawsze, zresztą) ją osądził. Wiedział, że nie zawiniała. Więc dlaczego tak bardzo nie chciała mu niczego wyjaśnić, że musiała się przed nim chować?
I kiedy w końcu woda oblała dwudziesty już znak na jego mieczu, odkąd ostatni raz widział Drzewczycę, wstał i krzyknął:
- Okej, albo natychmiast się tu pojawisz i powiesz mi, o co do cholery tu chodzi, albo przysięgam, przetnę to twoje drzewo na pół!
Przez dłuższy czas nie odpowiadała, i kiedy w końcu stracił już nadzieję, wynurzyła się z rośliny i utkwiła w nim czarne oczy.
- Pokażesz mi resztę? - zapytał już bardziej łagodnie i położył miecz na ziemi.
Pokręciła głową.
- Więc opowiedz. Uratowałaś Zeusa, a on cię tu strącił. Dlaczego?
Zacisnęła usta i utkwiła wzrok w ziemi.
- Nie uratowałam go.
Prychnął.
- Oczywiście, że uratowałaś. Dałaś Kronosowi kamień do zjedzenia, zamiast jego dziecka, tak?
Zawahała się, nim kiwnęła głową.
- Więc...?
Wzięła głęboki oddech.
- Hestia.
- Co?
- To była Hestia. Wtedy, w tej scenie. To ją wtedy trzymałam.
Zmarszczył brwi.
- W takim razie, dlaczego...
- To było pierwsze dziecko, które Rea kazała mi oddać Kronosowi - przerwała, nie patrząc mu w oczy. - Wiedziałam, że zjada dzieci, zanim pojawiłam się w pałacu, ale niezbyt mnie tu ruszało. Ale gdy ją trzymałam... Po prostu nie mogłam. Może dlatego, że to Hestia...
- Najłagodniejsza z Olimpijczyków.
Pokiwała głową.
- Może dlatego, że była dziewczynką, nie chłopcem. Ale cokolwiek to było, schowałam ją na tym dziedzińcu, a zamiast niej dałam Kronosowi kamień. Nawet na niego nie spojrzał. - Dodała z obrzydzeniem. - Wszystkie dzieci można by uratować, tak myślę. Wątpię, by spojrzał na którekolwiek.
Poczuł złość. Percy nie lubił Olimpijczyków, ale...
- Porwałam malutką Hestię i próbowałam zanieść ją do mojego plemienia. Ale nie byłam w stanie. Przede mną tworzyły się rozpadliny, drzewa torowały mi drogę, a zwierzęta próbowały ją ode mnie zabrać. Zrozumiałam.
- Co zrozumiałaś?
Unikała jego wzroku.
- Gaja nie chciała, bym ratowała boginię.
Zrozumiał.
- Więc ją odniosłaś. Co powiedziałaś Kronosowi?
Uśmiechnęła się krzywo.
- Że urodziły się bliźniaki.
Wstał i zaczął przechadzać się po jaskini.
- Okej, więc jednak jej nie uratowałaś. No, ale co z tego? Przecież Rea kazała ci ją odnieść. Jej Zeus nigdzie nie strącił, prawda?
Pokręciła głową.
- Jest więcej.
Jęknął.
- Co więcej?
- Później już nie asystowałam przy porodach Rei. Kronos zwolnił mnie i mogłam wrócić do lasu. Tyle, że... - Urwała. - No cóż. Rea zaszła w ciążę po raz szósty. Z Zeusem. I urodziła na naszej polanie. Gaja kazała usunąć Bhar'a, a w jego miejsce powstała fontanna - powiedziała z obrzydzeniem. - Nikt nie zabierał dziecka, a pamiętałam co się stało z Hestią. Więc wykradłam małego Zeusa i chciałam go zanieść na Othrys, do Kronosa. Myślałam, że tego chce Gaja.
- A nie chciała - dokończył za nią chłopak.
- Nie. - Pokręciła głową. - Nie chciała. Zeus miał być jej wybawieniem, wnukiem, którym miała rządzić. Wygnała mnie, a mój lud nie chciał mieć ze mną więcej nic do czynienia.
Drzewczyca prychnęła.
- Nie mówią o mnie w mitach, ani o moich pobratymcach, bo nas nie znają. Zeus wszystkich wybił, przeze mnie. A gdybym uratowała Hestię, to może ona byłaby królową, ja bym tu nie gniła, a ty... Ty pewnie też nie.
Głowę wypełniły mu wizję zupełnie innego Olimpu, i poczuł tęsknotę. Naya mogła mieć rację...
Szybko jednak ocknął się i pokręcił głową.
- Znam Hestię. Ona ... - urwał, nie wiedząc, jak określić boginię. - Jest dobra. Chroni ognisko. Nie jest taka jak Zeus, czy mój ojciec, a nawet Hera. Ona nie jest okrutna.
- Wiem - odparła krótko Naya. - Próbowała mnie chronić. Wtedy, na Olimpie. Ale ja mogłam być przyczyną jego zguby. Zeus nie mógł mi darować.
- Jak się dowiedział?
- Gaja mu powiedziała. Bo widzisz, wiedziała, jak to się dla mnie skończy, i dla moich braci. Ale mimo to zrobiła to. Skazała jej niby ukochany lud na śmierć. – Oczy Nayi zalśniły w nienawiści. - Jest zła. Zła, jak nikt inny. I ja jej pomogłam, rozumiesz? I przez to jestem tak zła, jak ona.
Wstała, i chyba miała zamiar znów zatopić się w drzewie, ale przytrzymał ją za rękę.
- Nie jesteś zła.
- Jestem.
Pokręcił głową.
- Nie, nie jesteś. Chciałaś ją uratować. Zaryzykowałaś, a to, że koniec, końców ci się nie udało... Czego od ciebie chcieli? Żebyś walczyła z Gają? Nie będąc nawet bogiem? To przecież szaleństwo!
Zaśmiała się.
- Co?
- Ty walczysz, - zauważyła - a jesteś nim tylko w połowie.
Zamarł. To kompletnie zbiło go z tropu. Nigdy nad się nie zastanawiał, a jednak…
- To co innego - zaczął. - Bo widzisz przepowiednia...
Spojrzała na niego błyszczącymi się oczami.
- Chrzanić przepowiednie! To ty wybrałeś przepowiednie, nie ona ciebie! Mógłbyś być zwykłym herosem, Percy Jacksonie, gdybyś chciał. Ale walczysz, a ja? - Zaśmiała się kpiąco. - Nie byłam zwykłą nimfą. Byłam potężna. Byłam Matką mojego ludu. A nie potrafiłam, nie potrafiłam ocalić jednej, małej bezbronnej boginki. Nie potrafiłam ocalić dziecka. Ale to naprawię.
Puściła jego dłoń i podeszła do swojego Drzewa.
- Naya...
- Nie, Percy. Naprawię. Nie wiem kiedy, ale jestem nieśmiertelna. Mam dużo czasu.

Jakiś czas po wycieczce w przeszłość, doszła do niego jedna rzecz.
Potwory nie atakowały ich zbyt długo. Już pięć razy Drzewo kwitło i dawało owoce, i przez te pięć razy chłopak nie musiał z nikim walczyć.
Naya także była zaniepokojona. W przeciwieństwie do driad, odczuwała zmiany czasu, jak normalny człowiek i pięć tygodni znaczyło dla niej ni mniej, ni więcej, jak pięć tygodni.
- Niedobrze - powiedział, kiedy wspólnie próbowali zerwać trochę suchej trawy, by użyć jej jako poduszki. - Naprawdę niedobrze.
Podniosła się z klęczek i otarła pot z czoła.
- Podaj mi koszyk, co?
Wspólnymi siłami udało im się stworzyć coś w rodzaju wiklinowego kosza, z gałęzi, które znaleźli nieopodal Styksu.
- Nie wydaje ci się dziwne, że nagle znikąd pojawiły się tu gałęzie? - zapytał ją wtedy.
- Może Tartar chce nas zjeść - zasugerowała.
- Co? - Spojrzał na nią, jak na wariatkę.
- No wiesz. - Jej oczy zabłysły. - Jak tuczenie świń. Dał nam te gałęzie, żebyśmy przeżyli, bo chce nas zjeść, gdy w końcu utuczy.
Wyłapał z tego jedno.
- W Starożytnej Grecji tuczyliście świnie?
Ale teraz, gdy patrzył na ten koszyk, niechętnie zmienił podejście.
- Chyba miałaś rację - powiedział, podając go jej.
Włożyła do środka garść trawy i spojrzała na niego.
- Oczywiście.
Pokiwał głową.
- A z czym? - dodała, śmiejąc się.
- Hej! - krzyknął. - Ja tu na poważnie!
Uniosła go góry dłonie, w geście poddania.
- Okeeej... Wyluzuj, herosie. W czym miałam rację?
Zrobił krok do przodu i potknął się o kamień. Poleciał na twarz w górę trawy.
- Ałł.. - jęknął w ziemię.
Przed nim rozległ się śmiech i zaraz pomocna dłoń podciągnęła go w górę. Usiadł na ziemi, a naprzeciwko niego Naya, krzyżując nogi.
- W sprawie tuczenia świń.
Wybuchnęła śmiechem.
- Co? - zapytał oburzony.
Zasłoniła usta dłonią, i choć w końcu się uspokoiła, jej oczy wciąż błyszczały radośnie.
- Wybacz, ale miałeś taki zbolały głos... - Umilkła, pod wpływem jego ostrego spojrzenia. - Przepraszam. Proszę, kontynuuj.
W takich chwilach przypominała mu jego kuzynkę, Thalię, córkę Zeusa.
Obydwie nie były zbyt radosne, zawsze baczne, silne i czujne, ale gdy puszczała im palma, to daktylowa.
Naya zauważyła jego minę.
- Hej. Co jest?
- Przypominasz mi kogoś.
Napięła się.
- Kogo?
- Skopującą tyłki córkę Zeusa, Thalię.
Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
- Och. To jakaś bogini?
Pokręcił głową.
- Nie, to heros. Tak właściwie, to teraz jest porucznikiem Artemidy, ale rzecz w tym, że to moja przyjaciółka.
Dzrewczyca zachmurzyła się.
- Hej - trącił ją w ramię - to pochwała. I to spora. Tylko nie powtarzaj tego Thalii, bo do końca miesiąca chodziłaby napuszona.
Naya uśmiechnęła się, ignorując fakt, że nawet gdyby chciała, to nie ma możliwości, by skontaktować się z dziewczyną.
- Okej. Ale wracając do świń... O jakich świniach mowa?
Rozglądnął się nerwowo, ale dookoła nich było jedynie pole. Nikogo innego. Jak zwykle.
- Wtedy żartowałaś, ale może... może miałaś rację.
- To znaczy?
- Ten Tartar jest inny. Mówiłem ci.
Pokiwała głową.
- Wiem. Ale Percy...
- Potwory zniknęły. Jak myślisz dlaczego?
Wzruszyła ramionami.
- A bo ja wiem...
Zniecierpliwił się.
- Nieprawda. Dobrze wiesz.
Zdenerwowała się.
- Okej, wiem. Potwory uciekają, bo zbliża się niebezpieczeństwo. No i co z tego? - Próbowała zachować się nonszalancko. Thalia. - To potwory. Są głupie.
- A i właśnie - powiedział, jakby tłumaczył coś małemu dziecku. - Są głupie. Samolubne. Zapatrzone w siebie. Jeśli zwiewają, przed powiedzmy, no nie wiem, czymś złym - Dodał, jego głos ociekał sarkazmem - To jest źle, okej? ŹLE.
- No i co chcesz zrobić? - Nachyliła się do niego i syknęła. - Nie możemy stąd pójść, bo tu jest Drzewo, a ty w przeciwieństwie do mnie nie jesteś nieśmiertelny, więc nie wiem, jak wytrwasz bez jedzenia i wody... - nakręcała się coraz bardziej - i jesteś strasznie wrażliwy, bo musisz robić sobie poduszki. – Na dowód uniosła koszyk, wypełniony prawie po brzegi. - Więc jeśli tam gdzie chcesz iść, nie czeka na ciebie Pomona, to ja się stąd nie ruszam!
Włożył rękę do kieszeni dżinsów, a kiedy ją wyciągnął, na jego dłoni spoczywało dziewięć idealnych nasion.
Wciągnęła głośno powietrze.
- Nie śmiałeś... Nie mogłeś... Obiecałeś mi, że nie będziesz zabierał nasion z Bhara! - sapnęła z oburzeniem.
Ku jej poirytowaniu, miał czelność jeszcze się uśmiechnąć.
- Wszystko wymyśliłem...
- Nie.
- Zasadzimy Bhara gdzie indziej...
- Nie.
- A wodę zapewnie ja, jeśli tam jej nie będzie.
Założyła ręce na piersi i spojrzała na niego wyzywająco.
- Jak?
Zamknął oczy i mocno się skupił. Wciągnął do nosa powietrze, i całym sobą próbował wyczuć w nim coś jeszcze. Myślał o morzu, o Posejdonie, o Mrocznym, o Tysonie...
Zduszony okrzyk Nayi dał mu znać, że dał radę.
Otworzył oczy, a przed znajdowała się kula wody, wielkości dojrzałego jabłka.
Naya wpatrywała się w niego, z szeroko otwartymi oczyma.
-...jak...?
- W powietrzu znajduje się woda. Ja tylko ją wydobyłem.
Nachylił się nad dziewczyną, podekscytowany.
- To może się udać. Naprawdę. Czekam tylko na ciebie.
Coś ją tknęło. Uniosła wzrok.
- Czekasz na mnie? - powtórzyła.
Pokiwał głową.
- Bez ciebie się nie ruszę. Nawet jeśli miałbym cię dźwigać.
Może chodziło o to, że był herosem. Może o to, że była samotna. A może o to, że nie była, nie była już w stanie go zostawić.
- Okej.
Uśmiechnął się zawadiacko.
- Okej.
Wstał, ciągnąc ją za sobą.
- To chodźmy.
- Co, już?! - Przytrzymała go.
- Wszystko mamy tutaj. Drzewo zakwitło wczoraj, wodę wlałem do butelki, wszystko jest w plecaku. Jeśli pod Bharem nie chowasz stosu złota, to nie ma po co się wracać.
Wciąż wyglądała na wstrząśniętą, ale zdołała pokiwać głową.
- No dobrze.
- Ale Nayo... - powstrzymał ją jeszcze przez chwilę. - Wiem, że wczoraj liczyłaś dni na moim mieczu, kiedy myślałaś, że śpię.
Uśmiechnęła się kpiąco.
- Dni, nie prymy?
Machnął ręką.
- Nie, wracamy do normalności. Ale...- dodał. - Wygląda na to, że się doliczyłaś. Więc... Ile tu już jestem?
Wpatrywał się w nią oczekująco.
- Rok - wyszeptała w końcu. - Jesteś w Tartarze już rok.

Rozdział VII

Soundtrack : Darling I Do - Landon Pigg & Lucy Schwartz

ANNABETH

TWARZ NIEZNANEGO WROGA ŚMIAŁA SIĘ DO NIEJ.
To nie była śmiertelniczka, Annabeth wiedziała to od razu. To był ktoś z jej świata, świata bogów.
Miała piękną twarz. Tak piękną, że dziewczyna poczuła w środku ukłucie zazdrości. Czarne włosy opadały wokół równie czarnych oczu, a jasne usta wyginały się w uśmiechu.
Dziewczyna trwała tak przez chwilę, w stanie radosnego uniesienia, ale nagle jej oczy zalśniły i Annabeth rozpoznała czającą się w nich emocje. Strach.
Jej usta poruszyły się, ale blondynka nic nie mogła usłyszeć. Sięgnęła rozpaczliwie dłonią, ale obraz postaci już zaczął się oddalać. I zanim się zorientowała, już siedziała na łóżku, a drzemiąca obok niej na podłodze przyjaciółka, otwierała oczy.
- Annabeth?
Thalia przetarła oczy i potrząsnęła głową, starając się wybudzić z półsnu.
Blondynka zrzuciła z siebie kołdrę, czując niespodziewane gorąco i rozejrzała się nerwowo dookoła.
Ani śladu po tajemniczej brunetce.
- Annabeth? - Thalia powtórzyła pytanie, teraz już znaczenie przytomniejsza.
- Hmm? - Wyrwała się z zadumy, spoglądając na przyjaciółkę.
- Co jest? Masz dziwną minę.
Zawahała się przez sekundę, nim odpowiedziała.
- To nic. Po prostu się nie wyspałam. - Machnęła ręką, po czym spojrzała przez okno. - Chodź. Niedługo będzie świt, trzeba się zbierać.
Thalia pokiwała głową i podniosła się z podłogi, ale Annabeth wiedziała, że nie udało jej się ją przekonać. Na szczęście, nie miały już czasu na rozmowę.
Szybko zerwała się z łóżka, i ciągnąc za sobą dziewczynę, wyszła z domku. Pożegnały się przed jedynką, Annabeth zapewniając kuzynkę, że nie ma czym się martwić, po czym rozeszły się, by się ubrać.
Dziewczyna raz po raz przecierając oczy, przebiegła po trawie, uważając, by aby nikt jej nie zauważył, po czym wbiegła na ganek. Ale zamiast wejść do środka, usiadła na schodkach i schowała twarz w dłoniach.
Wiedziała, wiedziała, że ten sen miał coś wspólnego z Percy'm. Właściwie, to nie był nawet do końca sen. Tylko twarz dziewczyny, wpatrująca się w nią przez całą noc. I to już drugi raz.
Poprzednio była znudzona, może wręcz trochę poirytowana. Tym razem szczęśliwa, i to to szczęście niepokoiło Annabeth. Instynkt mówił jej, że to wróg. Ktoś kto jej zagraża.
Może i powiedziałaby nawet o tym Thalii albo komukolwiek innemu, gdyby tylko nie miała tego przeczucia, że to zaszkodzi Percy'emu.
Tylko gdzie tu był sens, skoro wiedziała, że to twarz wroga?
- Annabeth?
Podniosła się gwałtownie, by zmierzyć się z wysokim blondynem, stojącym w drzwiach jej domku.
- Malcolm. - Odetchnęła z ulgą. - Przestraszyłeś mnie.
- Co tu robisz? - zapytał, mierząc ją uważnie wzrokiem.
W środku cała się trzęsła, ale na twarzy pozostawiła chłodny spokój. Malcolm, jako jedyny z jej rodzeństwa, zawsze był w stanie ją przejrzeć. Dopiero przy nim mogła w pełni doświadczyć uczucia, o jakie sama innych przyprawiała.
- Chciałam chwilę pomyśleć. Przed wyprawą.
Jej brat pokiwał głową, ale nie wyglądał na przekonanego. Nikt nigdy nie wyglądał.
- Powinnaś się ubrać. Niedługo wzejdzie świt.
Mruknęła coś cicho w odpowiedzi i szybko weszła do domku, omijając brata wzrokiem.
Opierał się o wciąż otwarte drzwi i bacznie jej się przyglądał, podczas gdy szybko wrzucała rzeczy do plecaka. Cały czas trzęsły się jej dłonie i wiele razy musiała kilkakrotnie sięgać po ten sam przedmiot, bo ciągle jej wypadał.
- A ty czemu nie śpisz? - zapytała, próbując zatuszować zdenerwowanie. - Nie idziesz z nami.
Założył ręce na piersi.
- Chciałem się z tobą pożegnać. Przed waszą... misją.
Czyżby dostrzegła z cień pogardy w jego głosie?
- To miło z twojej strony. - Odwróciła się tyłem do niego, by nie dostrzegł wyrazu jej twarzy. - Ale jestem pewna, że wszystko pójdzie dobrze.
- Na pewno.
Znowu.
Spojrzała na niego przez ramię i uniosła brwi.
- O co chodzi?
- O nic nie chodzi.
Prychnęła.
- Malcom, dobrze cię znam. Jeśli chcesz coś ukryć, to to ukryjesz. Teraz ewidentnie nosisz się z powiedzeniem czegoś i tylko czekasz na mój sygnał. Więc mów.
Chłopak wyprostował się i oderwał od drzwi. Następnie podszedł do szafki nocnej i po jakiejś chwili Annabeth trzymała już w dłoni dwa batoniki.
- Ambrozja?
Pokiwał głową.
- Okej, dzięki. A co ci chodzi, tak naprawdę?
Rzucił jej uważne spojrzenie, jakby upewniając się, że może wysłuchać tego, co ma jej do powiedzenia.
- Myślę, że nie powinniście iść do Rzymian.
Zrobiło jej się ciężej na sercu. A więc o to chodziło...
- Malcolm, dobrze wiesz, że...
- Nie będziesz tam bezpieczna - nalegał.
Jakaś jej część wzruszyła się braterską troską, ale druga, ta większa, poczuła irytacje.
- Umiem o siebie zadbać, dziękuję bardzo.
Pokręcił głową.
- To nie o to chodzi. Nie tylko ty nie jesteś bezpieczna. Wszyscy nie jesteście. To znaczy... - Urwał, a na jego twarz znów wpłynął ten grymas. - Prawie wszyscy.
- Chcesz powiedzieć, że Jason nas oszukuje? - Założyła ręce na biodra. - Przerabialiśmy to już. Jason, Hazel i Frank są godni zaufania, i wiem, że dlatego, że jesteśmy dziećmi Ateny, może być to dla ciebie trudne do zaakceptowania, ale...
Machnął niecierpliwie ręką.
- Dla mnie? Annabeth, może i ta trójka jest w porządku, ale cały rzymski obóz? Idziecie na stryczek, rozumiesz? Nawet jeśli ta Reyna jest wam przechylna, jak mówisz, to wciąż mamy Oktawiana, który, jak nic, wywinie jakiś numer. Albo podstawi tą pretorkę pod ścianą, i każe jej wybierać pomiędzy swoim obozem, a naszym. Zgadnij, co będzie dalej?
Nie bardzo wiedziała, jak ma na to za kontrargumentować.
- Po za tym Annabeth, nawet jeśli tego nie przyznajesz, dobrze wiem, że Rzymianie teraz są ci szczególnie w niesmak. Zwłaszcza Jason.
Mogła się kłócić, i wiedziała, że nawet pewnie i by wygrała, ale w tej chwili nie miała już na to siły. Opadła na łóżko i wlepiła spojrzenie w batonik.
Malcolm miał rację. Odkąd wrócili z pod Wrót Śmierci, unikała towarzystwa Jason, choć wiedziała, ze ten chciał porozmawiać. Ale nie potrafiła, po prostu nie potrafiła, wymazać sprzed oczu chłopaka zamykającego wrota, więżąc jej najlepszego przyjaciele w Piekle.
Każdy inny pewnie zrobiłby to samo. Wrota trzeba było zamknąć, a Percy i tak nie pozwoliłby nikomu innemu na podjęcie takiego ryzyka. Ale wciąż, musiało minąć sporo czasu, zanim będzie mogła znów patrzeć blondynowi w oczy, bez cienia goryczy we własnych.
Nie podobało jej się tylko, że jej brat musiał tak szybko to zauważyć.
- Uważaj. Zrób co w twojej mocy, by porozumieć się z Rzymianami, ale nie ufaj im nawet przez minutę, dopóki nie będziesz całkowicie bezpieczna.
Pokiwała głową, wciąż nie podnosząc wzroku.
- Pójdę sobie. Żebyś mogła się przebrać.
Usłyszała trzaśnięcie drzwi i spojrzała na własne dłonie.
Trzęsły się.

Przebiegała przez błonia w pośpiechu, porzucając już sprawdzanie czasu na zegarku. Spóźniała się, a nie miała prawa.
- Uważaj!
Zanim mogłaby się zatrzymać, poleciała na całą długość na burzę rudych włosów.
Na jej szczęście zdołała szybko zachować równowagę, i gdy już upewniła się, że nie ma żadnych poważnych szkód, w końcu przyjrzała się twarzy swojej ofiary.
- Rachel? - zapytała niepewnie.
Bo wyrocznia, wyjątkowo, wyglądała tak, jak na wyrocznię przystało. Włosy dziewczyny były rozwichrzone, a gałki oczne krążyły, jak szalone, jak gdyby dziewczyna śledziła wzrokiem jakąś wyjątkowo szybką muszkę.
Całe dłonie były porysowane czymś szarym, prawdopodobnie grafitem, a palce trzymały jakiś pogięty kawałek papieru i bliżej nieokreślony przedmiot.
- Wszystko gra?
Oczy dziewczyny nagle powróciły do normalności i skierowały na blondynkę przestraszone spojrzenie.
- Annabeth.
Zaraz schowała ręce za plecy, ale blondynka była szybsza. Wyciągnęła rękę do przodu i wyszarpnęła śmiertelniczce coś, co okazało się być szkicem.
Annabeth wpatrywała się w twarz dziewczyny na rysunku przez dłuższa chwilę, nie mogąc załapać połączenia, ale wtedy jej oczy przykuł wyraz ust postaci.
Wciągnęła głośno powietrze, a przyjaciółka wyszarpnęła jej z powrotem kartkę, ale było już za późno.
- Ta dziewczyna... To dziewczyna z mojego snu! Ona jest niebezpieczna! Rachel, czemu ją narysowałaś?!
Ale wyrocznia nie wyglądała na skorą do opowieści. Szybko podarła kartkę i, zamiast niej, podała blondynce mały przedmiot. Dopiero teraz zobaczyła, że był to kamień, mieniący się na fioletowo, i na którego nie było się w stanie do końca patrzeć.
- Skąd to wzięłaś? Czy to jest ...
- Będzie ci potrzebny. Schowaj go dobrze, tak by nie dało się go wykryć, i pod żadnym, żadnym pozorem go nie oddawaj.
Annabeth nie wiedziała o co dokładnie chodzi, ale nauczyła się, by nie wykłócać się z wyrocznią.
- Rachel, ta dziewczyna...
Ruda pokręciła rozpaczliwie głową.
- Nie wiem kto to jest. Po prostu miałam jej twarz w głowie.
Była dobra. Ale Annabeth była lepsza.
Chwyciła mocno ramię przyjaciółki i odezwała się stanowczo.
- Wiesz więcej. Ona jest jakoś powiązana z Percy'm, tak?
Rachel niechętnie skinęła głową.
- Kto to jest?
- Annabeth, ja...
- Kto. To. Jest.
- Jakaś nimfa! Nie wiem, proszę, Annabeth, to wszystko!
Dziewczyna uwolniła się z jej uścisku i pobiegła, zostawiając blondynkę osłupiałą.
Nimfa? Wielkim wrogiem Percy'ego i jej była nimfa? Zwykła nimfa?
- Annabeth!
Uniosła głowę.
Przy Sośnie Thalii grupka herosów stała i machała na nią ręką.
Puściła się biegiem.

- Powtarzam wam po raz ostatni, - powtórzyła Annabeth, starając się powstrzymać od uderzenia najbliżej stojącej jej osoby, którą był w tym wypadku Leo - wcale się nie pomyliłam. Rzymski obóz jest w tę stronę.
Wskazała ręką na zagłębienie w lesie, które wyglądało na (nie)szczególnie zachęcająco i fuknęła, poirytowana.
Starała się ich przekonać, i to od bitej godziny, że Atena zawsze, zawsze ma plan, co równało się temu, że jej dzieci, a zwłaszcza córki, także ten plan miały. Nie mogła więc, w żaden sposób, postąpić tak irracjonalnie i nie sporządzić planu drogi, wiodącej do "Rzymu". Dziwnym trafem, im bardziej zagłębiali się w las, tym bardziej grupa zaczęła w nią powątpiewać. A Annabeth Chase nie była kimś, kto puszczał to płazem.
- Ruszcie się! - warknęła.
Leo, poczuwszy się do obowiązku, najpewniej z powodu swojej dość niefortunnej pozycji, uniósł ręce w górę i starał się wyglądać na jak najmniej przerażonego.
- Słuchaj, Annabeth. Nie żebym wątpił w twoje umiejętności i inteligencję...
- Ja wątpię - burknęła pod nosem Clarrise.
- Bo nie wątpię, - dokończył Leo, rzuciwszy ganiące spojrzenie córce Aresa, - ale jesteś absolutnie pewna? Bo ten las robi się ciemniejszy i ciaśniejszy, i naprawdę nie wiem, gdzie Rzymianie mieliby się niby rozłożyć. Na koronie drzew?
- Leo ma rację, Annabeth - wtrącił się Jason, ostrożnie robiąc krok do przodu, jakby dziewczyna zaraz miała go zaatakować. Co, po prawdzie, krążyło bezwolnie po jej umyślę. - Znam Rzymian. Jestem Rzymianinem. Nie rozbiliby obozu w takim miejscu, gdzie nie ma żadnych warunków. Idąc dalej, tylko narażamy się na jakieś niepotrzebne niebezpieczeństwa.
Annabeth obróciła się tyłem do nich wszystkich i stanęła naprzeciw zagęszczającej się części lasu.
Miała kompas, miała mapę oraz latarkę, miała rozeznanie i miała zwiadowcę. Las nie powinien taki być. Nikt nic nie mówił, że Rzymianie osiedlili się w prawdziwej dziczy, i że zrobienie dwóch kroków bez hałasu było praktycznie niemożliwe. Mimo wszystko jednak, Annabeth nie mogła się pozbyć uczucia i świadomości, że idzie w dobrym kierunku. Tylko po prostu... Coś umykało jej wzrokowi.
Wciągnęła głośno powietrze, uświadomiwszy sobie rozwiązanie i cofnęła się szybko do Jasona.
- Hej, - zapytała chłopaka, nie spuszczając wzroku z gęstwiny drzew, krzewów i cierni przed nią, - Macie w obozie jakieś dzieci Hekate? Albo może legatariuszy?
Jason zastanowił się chwilę, przed odpowiedzią. Annabeth wiedziała, że Hera obiecała Jasonowi na Olimpie, że już niedługo całkowicie odzyska swoje wspomnienia, ale chłopak i tak wciąż jeszcze musiał mocno wytężyć umysł, by przypomnieć sobie wiele spraw. W końcu pokiwał głowa, a Annabeth poczuła, jak przez jej ciało przepływa fala samozadowolenia i jednocześnie niepokoju.
- Chyba, chyba tak. Na pewno jest Tony, syn Hekate, ale zdaje się, że także jest gdzieś grupka legatariuszy. I wiem na pewno, że w Nowym Rzymie osiedlona jest weteranka, może trzydziestoletnia, córka Hekate.
- A czy, - zapytała Annabeth, przełykając gulę w gardle, - ci legatariusze potrafią czarować? Rzucać uroki, zaklęcia... Bariery?
Jason w końcu zrozumiał o co jej chodzi i oczy mu się rozszerzyły.
- Och. Tony coś robił, pamiętam, no i ta weteranka, Kaspine, umiała całkiem sporo. Ale, o ile nic się nie zmieniło, to tylko bezpośredni potomkowie mogą... czarować.
Annabeth pokiwała głową.
A więc dwójka osób, może więcej. Zaklęcie nie mogło być potężne, zwłaszcza jeśli miało ukryć cały legion. Po za tym, Annabeth przypomniała sobie, plując w brodę, że zwiadowca sam był dzieckiem Hekate. Zdarzało się, że część z nich, zwłaszcza synowie, nie odziedziczała mocy, ale była na nią częściowo odporna, tym samym, mogąc jej nawet nie zauważać.
Dziewczyna wyjęła kamień, który podarowała jej Rachel, i uważając by nikt nie patrzył, przesunęła nim po powietrzu, malując kształt, który dopiero co pojawił się w jej głowie. Kiedy tylko skończyła, chowała narzędzie, teraz emanujące energią i wlepiła wzrok przed siebie.
W końcu, drzewa pomału zaczęły się rozwidlać, a przed jej oczami pojawiły się niewyraźne kształty. W pewnym momencie, iluzja całkowicie pękła, ukazując Grekom bandę Rzymian z włóczniami, wymierzonymi wprost na nich.
- Brać ich! - krzyknął Oktawian.
Do Hadesa.

Rozdział VI

Fall out boy _ light em up

THALIA
WYROCZNIA BYŁA PO PROSTU WREDNĄ JĘDZĄ, stwierdziła Thalia.
- Słucham? - zapytała oburzona Rachel, jej rude rude zawijasy niebezpiecznie dygotały przy twarzy. - Coś ty powiedziała?
Córka Zeusa spojrzała na dziewczynę, z wyrazem politowania.
- Och, śmiertelniczka nie usłyszała? Więc powiem ci to jeszcze raz, tak, żebyś zrozumiała. - Thalia nachyliła się nad dziewczyną i wycedziła. - Wyrocznia...to wredna...jędza!
Rudowłosa warknęła i odepchnęła od siebie dziewczynę.
- JA jestem wyrocznią!
Thalia złapała równowagę, ale zamiast oddać, tak jak pewnie Ruda się spodziewała, przywołała na twarz słodki uśmiech i odparła głosem, jakim mówi się do małego dziecka.
- Więc widzisz do czego zmierzam, prawda?
Rachel aż się zachłysnęła.
- Ty...!
No dalej, myślała. Rzuć się na mnie. Pokaż co potrafisz.
Niefortunnie dla niej, a lepiej dla tej drugiej, pomiędzy nie wskoczyła Annabeth.
- Dziewczyny, proszę! Nie możecie się kłócić, nie teraz, gdy trzeba wszystko ustalić!
Rachel odwróciła się od niej, akurat gdy Thalia sięgała ręką do jej twarzy i spojrzała z bezsilnością na Annabeth.
- Ale tu nie ma niczego do ustalania, Annabeth! Już wam to powiedziałam!
Fakt, powiedziała. Całkiem dobitnie. I to kilka razy. Tyle, że Thalia nie miała ochoty jej słuchać. Nie teraz, nie kiedy postawiła wszystko na jednej szali
Wszystko zaczęło się od narady na Olimpie, w momencie, którym Zeus wypowiedział łamiące serca "nie". Nie, nie pójdziemy ratować Percy'ego. Nie, nie wyślemy nikogo z bogów do Tartaru. Nie, nie uczynimy go nieśmiertelnym, żeby nie zginął. Nie, nie pokażemy wam innego wejścia do Tartaru. Nie, nie wolno wam go ratować. Nie, nie, nie, nie i nie. Nie.
Annabeth przyjęła to dość dobrze, o ile za "dobrze" można uznać stanie w bezruchu i okazywanie zero emocji. Thalia, z drugiej strony, zachowała się całkowicie na odwrót. Zaczęła się drzeć i wygrażać bogom, co doprowadziło do tego, że została praktycznie wywleczona z Sali Tronowej, przy akompaniamencie swoich wrzasków.
Później, kiedy odnalazła Artemidę i resztę łowczyń, bogini delikatnie zasugerowała jej, że powinna wziąć sobie urlop od łowów. I choć nie powiedziała tego na głos, to Thalia wyczuła w jej głosie, że być może będzie on dłuższy... i trwalszy.
Bogini nie wiedziała już gdzie leży serce dziewczyny, ale jak Thalia miała jej wytłumaczyć, że nie jest zakochana w kuzynie, tylko po prostu boi się o tego idiotę? Nie mogła, po prostu nie mogła tak łatwo się poddać, jeśli nie z powodu przyjaźni, to z własnego honoru. Miała dług u syna Posejdona, o którym nie wiedział nikt, poza ich dwojgiem, i zamierzała ten dług spłacić.
Dlatego nie protestowała i po prostu przyjechała do obozu. Odszukała Annabeth i razem udały się do Wyroczni, by mieć jakiś punkt zaczepienia.
Ale Rachel szybko ostudziła ich zapał.
- Nie powinnyście były przychodzić - powiedziała tylko na ich widok, i powróciła do szkicowania.
Thalia musiała przyznać, że Ruda wyglądała okropnie, nawet gorzej, niż ona i Annabeth razem wzięte.
Miała na sobie pomarańczową koszulkę obozu, a do tego długą do kostek, kwiecistą spódnicę, która w żaden sposób nie pasowała do tego pierwszego. Długie, kręcone włosy dziewczyny napuszyły się jeszcze bardziej, niż zwykle, tworząc obraz stracha na wróble. A wory pod oczami i zmęczone spojrzenie mówiło tylko, że dziewczyna nie zaznała więcej snu, aniżeli one.
- Co to ma znaczyć?
Rachel tylko pokręciła głową.
- Proszę was, to nie jest dobry pomysł. Idźcie sobie.
Annabeth zrobiła krok naprzód.
- Ale Rachel, o co chodzi? Przyszłyśmy cię prosić o przepowiednię, albo może jakieś informacje. Nie zamierzamy się tachać na kolejną misję, naprawdę.
Ale nie o to chodziło.
Rachel zamknęła swój szkicownik i odłożyła go tak, żeby był poza ich zasięgiem, czego Thalia nie omieszkała się nie zauważyć.
- Annabeth, nie dam ci żadnej przepowiedni. Żadnej nie ma, nie odnośnie Percy'ego. Więc równie dobrze możesz już wyjść.
Ale córka Ateny nie dawała się tak łatwo zbyć.
- W takim razie pomóż nam w czym innym. Nie dawaj kolejnej przepowiedni, tylko pomóż rozwiązać tamtą.
Rachel wyglądała na przybitą.
- Nie ma innej przepowiedni. Nie ma żadnej przepowiedni.
- Co to ma niby znaczyć? - warknęła Thalia. - Na Olimpie wyrecytowałaś przepowiednię. Przy nas. - dodała, cedząc słowa.
Ruda tylko pokręciła głową.
- Nie, to nie była przepowiednia. Nie wiem co, ale... Przyszło do mnie, zanim Annabeth nas wezwała, więc ją wyrecytowałam. Ale to nie to samo. Nie należy jej ufać.
Annabeth osunęła się na krzesło, a w Thalię wstąpiła fala gniewu.
Nigdy nie przepadała za rudowłosą wyrocznią, ani za wyrocznią samą w sobie, jeśli o to chodzi. Przepowiednie przyprawiały ją o ból głowy, zwłaszcza ta jedna, szczególna przepowiednia. A jeśli chodziło o samą Rachel... Dziewczyna słyszała o niej z opowieści Annabeth i od razu wiedziała, co tak pociąga śmiertelniczkę w świecie bogów. I nie chodziło jej tu o pegazy ani o zdrowość umysłu. Ponadto Thalia zawsze gdzieś głęboko czuła, że Rachel ich wykorzystuje, będąc w świecie herosów, ale nie doznając ich tragizmu.
No więc nie, nie lubiła Rachel, i czy chodziło tu o jej charakter, o ten wściekle pomarańczowy kolor włosów, czy o cokolwiek innego, cała jej niechęć teraz spotęgowała się i znalazła ujście w słowach.
- Czyś ty zwariowała?! - krzyknęła, a jej głos odbił się echem po jaskini. - Zdajesz sobie sprawę, co właśnie zrobiłaś?! Zdajesz?!
Trzeba było przyznać Rachel, że spojrzała w jej oczy i nie spuszczała wzroku.
- To twoja "przepowiednia" sprawiła, że bogowie nie wyciągnęli Percy'ego z Tartaru! To twoja przepowiednia sprawiła, że zaczęli myśleć, że jest dla nich jakimś zagrożeniem! To twoja przepowiednia pogrążyła szansę uratowania go i skazała na życie w Tartarze! A ty ... nam mówisz... - dziewczyna praktycznie wypluwała z siebie słowa - że nie jest do końca przepowiednią i NIE NALEŻY JEJ UFAĆ?!
Jej głos brzmiał pod koniec może odrobinę zbyt histerycznie, ale nic nie mogła poradzić. Była wściekła.
Rachel cofnęła się pod ścianę, wyraźnie przerażona, ale uniosła brodę, i chociaż cała się trzęsła, odparła hardo.
- Duch Delf...
- Czy wiedziałaś? - przerwała jej. - Czy kiedy stałaś przed Olimpijczykami i mówiłaś, że Percy im zagraża, wiedziałaś?
Cisza była wystarczająco odpowiedzią.
Thalia jęknęła i uderzyła plecami w ścianę.
- Nie no, ja nie mogę... Argh...! - Walnęła pięścią w jaskinię, aż pojawiło się pęknięcie.
- Tak chciała wyrocznia.
No i wtedy Thalii już całkowicie puściły nerwy i wydała swoje oświadczenie na temat wyroczni, ale nie użyła po prostu słowa "jędza". Gdyby Annabeth była bardziej przytomniejsza, to dałaby jej półgodzinny wykład na temat złego słownictwa, ale nie była, więc Thalia rozkoszowała się swoim wulgaryzmem w pełni.
Podwójnie.
- Rachel, nie możesz się tak wymigać! - zapłakała Annabeth. - Mów, co wiesz, bo przysięgam, że jeżeli nie Thalia, to ja sama zaciągnę cię przed bogów. A ty nie masz wśród nich rodzica!
Thalia spojrzała z podziwem na teraz już starszą przyjaciółkę. Ona i Ruda miały być w dobrych stosunkach, ale jak szło co do czego, to Annabeth miała priorytety poukładane w głowie we właściwej kolejności.
- Okej! - Rachel uniosła do góry dłonie. - Powiem wam co wiem, ale jest tego mało.
Thalia odsunęła się od Annabeth, by dać jej znać, że nie zamierza zaatakować wyroczni i oparła się o ścianę.
- Mów.
Rachel spiorunowała ją wzrokiem.
- Proszę - dodała Annabeth.
Ruda wciąż nie wyglądała na zadowoloną, ale Thalia nie zamierzała jej prosić, nie po tym co zrobiła. Więc dziewczyna po prostu westchnęła i usiadła na jednym z licznych krzeseł.
- To nie tak, że ja chciałam, żeby Percy musiał tam cierpieć. Naprawdę. Po prostu te słowa do mnie przyszły, i pomimo tego, że je zapamiętałam, co rzadko się zdarza, to myślałam, że jest wszystko w porządku. Ale im dłużej słuchałam narady na Olimpie, tym dłużej wiedziałam już, że coś z nią jest nie tak.
- Ale i tak ją wyrecytowałaś - powiedziała zimno Thalia.
Spojrzała na nie błagalnie.
- Musiałam.
- Musiałaś? - prychnęła córka Zeusa. - Ktoś ci przystawił miecz do gardła, że musiałaś?
- Klątwa...
- A więc teraz to klątwa?
- Ja też tak pomyślałam - wtrąciła się Annabeth.
- Huh?
- Gdy pierwszy raz ją usłyszałam - wyjaśniła. - Pomyślałam, że to jakaś klątwa Gai. Coś w rodzaju tej, którą Hades stworzył dla ducha Wyroczni.
Rachel zaczęła kiwać głową trochę zbyt entuzjastycznie, jak na gust Thalii.
- Dokładnie! A ta klątwa bardzo jest podobna do przepowiedni, może za bardzo, więc nie musi się do końca sprawdzić, w każdym calu. Ale myślę, że... w większości będzie wierna przyszłości.
Thalie zmrużyła oczy, ale Annabeth już zaczęła główkować.
- No dobrze, ale która jej część. Bo bogowie myślą...
- Bogowie musieli ją usłyszeć - przerwała jej Rachel. - To wiem na pewno, i tego nie żałuję. Nawet jeśli to nieprawda, to oni musieli to usłyszeć. To jest ważne. To ma wpływ na ich decyzję i losy Olimpu. Bez tego przyszłość zmieniłaby swój bieg. Przepowiednia - Przepowiednia Siedmiorga - by się nie spełniła, a Gaja mogłaby zawładnąć światem.
Thalia wciąż miała mnóstwo pytań, ale Annabeth już kierowała się do wyjścia.
- Okej. Chodźmy. To by było chyba na tyle, więc jeśli...
- Czekaj - przerwała jej.
Wpatrywała się intensywnie w twarz Rudej. W jej oczach czaił się strach, tak jak gdzieś w tej grocie czaiła się tajemnica i niewypowiedziane słowa. I choć Thalia wiedziała, że wyrocznia obozu skrywa jeszcze wiele sekretów, których teraz z niej nie wyciśnie, to najwyraźniej była jeszcze jedna informacja, która, aż cisnęła się na język Rudej.
- Jest więcej.
Annabeth spojrzała pytająco na Rachel.
- Rachel?
Dziewczyna wyglądała niepewnie i słabo, a do Thalia po raz pierwszy dotarło, jak bardzo była krucha. Dzierżyła wiele tajemnic, zbyt wiele, a wiedza już zaczęła ją przygniatać.
Rachel spojrzała na własny szkic, wiszący na ścianie. Przedstawiał chłopaka, a przede wszystkim jego twarz. Ogarniętą w szale walki twarz.
Thalia dobrze ją pamiętała z poprzedniego lata.
- On jest bardzo, bardzo silny Annabeth. Nie jestem herosem, ale wiem, że on pewnie jest największym z was. - Wyrocznia posmutniała. - Ale to jeden heros. Wiem, że chcesz go uratować, wierz mi, sama mam ochotę. Ale tak długo, jak on pozostaje poza naszym zasięgiem, tak długo, jak nie jest u naszego boku, Gai nie ma także. Ona czeka na niego. Klątwa wcale nie musi mieć na myśli, że on ją przebudzi, tylko...
- Tylko co?
- Tylko, że kiedy on wróci, ona także. Więc przemyśl to, czy naprawdę wolno ci biec mu na ratunek, a jeśli tak, to ile czasu dasz ludziom na życie w spokoju. Percy wiedział na co się pisze. I nawet jeśli nas znienawidzi, to czy warto?
Ruda usiadła z powrotem przy biurku i wyjęła szkicownik.
Thalia spojrzała na otępiałą przyjaciółkę, po czym położyła jej dłoń na ramieniu i łagodnie wyprowadziła z jaskini. A kiedy już były na zewnątrz i zmierzały z powrotem do Obozu, oglądnęła się za siebie jeden raz.
Wyrocznia była wredną jędzą. A jej jędzowatość polegała na tym, że za dużo wiedziała.

Thalia w końcu dostała niezbity dowód na to, że półbogowie byli znacznie, znacznie głupsi od Łowczyń.
Najwyraźniej szykowała się bitwa z Rzymianami, o której nikt, nikt, nawet dzieci Ateny, nie raczył jej powiadomić.
Okazywało się, że Rzymianom krew uderzyła do głowy i postanowili wyruszyć na Obóz Herosów. Wyglądało na to, że jej przyjaciele wcale nie będą mogli odetchnąć, bo ponoć armię zlokalizowano dwie godziny drogi stąd, a najwyraźniej nazajutrz miał rozpocząć się atak.
Cały Obóz był niby przygotowany. Młodszych i niekompetentnych jeszcze obozowiczów wysłano do domów, o ile nie byli zbyt potężni. Reszta została i szkoliła się.
W sumie była ich sto dwadzieścia, w tym czterdziestka naprawdę wprawnych i potrafiących skopać tyłki herosów. Dziewczyna zauważyła, że jeśli ktoś przeżył bitwę o Olimp zeszłego lata, to zaliczał się już tylko do tej drugiej kategorii. Innej możliwości nie było.
I choć Thalia wierzyła w siłę ludzi, w granicę obozu i tak dalej, to naprawdę, szansę, żeby cokolwiek wyszło dobrego z tej bitwy, były znikome.
- Przecież mamy złote runo, strzegące granicy! Smoka Peleusa! I bogowie nie pozwolą dać nam się wytłuc. - Próbował uspokoić wszystkich Travis Stoll. - Dajcie spokój! Rzymianie nas nie pokonają! To idioci!
Siedzący obok niego Jason chrząknął, a chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę z jego obecności.
- Wybacz, stary. Ale wiesz...
- Myśleliście, że zniszczenie tronu odgoniło Kronosa! -wtrącił się jego brat; Thalia nigdy nie mogła zapamiętać jego imienia. - Serio?
Jason wyraźnie zamierzał się kłócić, ale Annabeth szybko zakończyła dyskusję.
- Akurat zniszczenie tronu bardzo osłabia jego właściciela, Connor. - Uniosła brwi. - Dlatego broniliśmy wejścia na Olimp w lecie.
- Och.
Obydwaj bracia osunęli się w krzesła, a zebrani zaśmiali się. Thalia jedna pozostała poważna.
- Pomimo, że bardzo doceniam waszą wiarę w nasz obóz, - Chejron uśmiechnął się do swoich podopiecznych - to jeszcze nigdy nie zaatakowali nas wrodzy półbogowie. Nie wiemy, jak zachowają się granice. To nie potwory, ale nie są też sprzymierzeńcami. Może być z tym różnie.
- A barierę można przełamać - wtrąciła się Annabeth.
Chejron pokiwał głową.
- Owszem, istnieje taka możliwość.
Stary Centaur po raz pierwszy wyglądał adekwatnie do swojego wieku. Zmarszczki na twarzy pogłębiły się, a oczy, jakby zapadły się w sobie. Najwyraźniej strata Percy'ego dotknęła go bardziej, niż sądziła.
Natychmiast poczuła wyrzuty sumienia. Oczywiście, że go to dotknęło. Przecież chłopak był jednym z jego ulubionych podopiecznych!
- Chejronie, - odezwała się łagodnie. - Łowczynie przybędą na pomoc, obiecuję.
Centaur uśmiechnął się do niej, ale w jego oczach wciąż tkwiło to zmartwienie, którego nie dało się wymazać. Wymienił pośpieszne spojrzenie z Annabeth, a Łowczyni poczuła lekką irytację. Nienawidziła, kiedy to robili.
- Nie chodzi o to, żebyśmy wygrali z nimi bitwę, - Annabeth powiedziała - tylko o to, żeby do żadnej bitwy nie doszło.
- To znaczy?
Annabeth wskazała na tę dwójkę Rzymian, co byli na Olimpie.
- Hazel i Frank najlepiej wam to wytłumaczą.
Azjata, o twarzy niemowlaka, odchrząknął i zabrał głos.
- Powinniśmy zawrzeć sojusz pomiędzy obozami. Rzymianie zostali zaatakowani i Reyna, pretor obozu, musi odpowiedzieć na atak, bo najzwyczajniej nie ma wyboru. Ale wiemy na pewno, że jej jej przeciwna.
- W takim razie w czym problem? - zapytała Thalia.
Ciemnoskóra dziewczyna przyłączyła się do rozmowy.
- W Octavianie. To legatariusz po Apollinie, ale liczy się w obozie, bo odczytuje przepowiednie, i ma koneksje. Nienawidzi was, i podjużdża ludzi, bo chce władzy dla siebie.
- Chwila - wtrąciła się Clarisse. - Kto to jest legatariusz i dlaczego się liczy?
Dziewczyna, chyba nazywała się Hazel, poruszyła się nerwowo.
- To potomek półbogów. Octawian nie ma boga za rodzica, tylko za prapradziadka, albo jeszcze dalej. Jego rodzina żyje w Nowym Rzymie od ponad stulecia, i jest bardzo wpływowa. A Octavian jest mówcą. Włada słowami w taki sposób, że jest w stanie przeciągnąć wiele osób na swoją stronę.
W pokoju zapanowała cisza, a Thalia nie mogła nie zauważyć, że większość ludzi zdaje się być... nieprzekonana.
Clarisse pochyliła się nad stołem i wlepiła wzrok w Hazel.
- Walczy?
- To znaczy?
- Czy potrafi się bić?
Hazel wymieniła spojrzenia z Frankiem.
- No... Przeszedł szkolenie, ale raczej... kiepsko. Od tego ma swoich ludzi.
Thalia zamknęła oczy. No pięknie. Teraz nikt nie weźmie Rzymian na poważnie.
Clarisse parsknęła śmiechem, a parę osób jej wtórowało.
- W takim razie to praktycznie śmiertelnik z niewyparzoną gębą! Może u was liczą się pokolenia, prawa i jakieś koneksje, ale my za wyznacznik bierzemy umiejętności.
Thalia złapała zrozpaczone spojrzenie Annabeth. Wszystko szło w złym kierunku. Przy takim nastawieniu, pojutrze rano połowa obozu będzie wybita.
- Jesteśmy Rzymianami - zabrał głos jej młodszy brat, po raz pierwszy od rozpoczęcia narady. - Trzymamy się zasad, jesteśmy surowi i podążamy za honorem i legionem. Jesteśmy zdyscyplinowani. Jeśli otrzymamy rozkaz, to wybijemy wszystkich wrogów co do jednego.
Clarisse przyjęła to za osobistą obrazę. Niedobrze.
Wstała, a za nią wstał Jason, choć jakaś dziewczyna rozpaczliwie ciągnęła go za ramię, by usiadł z powrotem. Piper.
- Jason, proszę cię, nie rób niczego...
- Myślisz, że dalibyście radę nas pokonać? Takie łatwo to nie będzie, leszczu!
Okej, miała już tego dosyć.
- Przestańcie! – krzyknęła, a zebrani spojrzeli na nią zaskoczeni. – Ktoś teraz siedzi w Tartarze, żeby dać nam czas! Być może w tej chwili walczy na śmierć i życie! A wy kłócicie się, jak jakieś dzieci!
Obeszła wszystkich ostrym spojrzeniem.
- Weźcie się w garść, ludzie! Bo ktoś się za was poświęcił, i na gniew Posejdona, uszanujcie to, i zróbcie co w waszej mocy, by wykorzystać czas, jaki wam podarował! Zmarnowanie tego… byłoby, jak wrzucanie go do Tartaru własnoręcznie.
Nie mogąc dłużej wytrzymać, wstała i wyszła, pozostawiając za sobą pełną poczucia winy ciszę.

Artemida nie byłaby zadowolona, gdyby ją teraz zobaczyła.
Nie wszystko dałoby się wyjaśnić. Bogini Łowów mogła i tolerować chłopaka, ale na pewno nie pochwaliłaby załamania dziewczyny.
Thalia spojrzała na falę, obmywającą brzeg plaży i poczuła się jeszcze gorzej.
- Thalia, po prostu spróbuj. To kwestia mniejszego zła. Wybierz mniejsze zło.
Kurczę, dwa lata temu by się tak nie rozkleiła. Ani rok temu, jeśli o to chodzi. Ale stety, albo niestety, przywiązała się do kuzyna, i nagłe jego zniknięcie, sprawiło, że cała jej praca nad sobą, stała się nieefektywna.
- Moje dziecko.
Obróciła się gwałtownie, uprzednio o mało nie dostając ataku serca.
Stary Centaur stał nad nią, rzucając wielki cień na plażę. Patrzył się na nią z pobłażliwym uśmiechem, i nie pierwszy raz przeszło jej przez myśl, że musiał mieć z nimi wszystkimi wiele kłopotów. Zbyt wiele kłopotów.
O czym myślał?
- Jesteście do siebie bardzo podobni.
Ukryła uśmiech. Centaur, jak nikt, był w stanie przejrzeć jej głowę.
- Czasami tego żałuję.
Nie odpowiedział jej na to, tylko zwiesił głowę w zadumie.
Wlepiła wzrok w piasek i nagle uświadomiła sobie powód wizyty centaura.
- Ustalili coś? - zapytała.
Pokiwał głową.
- Mają zamiar udać się do Rzymian w małej grupie i będą próbowali pertraktować.
Zerwała się z piasku.
- CO?
- Masz być jednym z członków grupy.
Wybałuszyła oczy.
- Że co? Wybacz Chejronie, ale to skrajna głupota! To jest pakowanie się w paszczę lwa! Rzymianie zapewne będą próbowali nas zabić w chwili, której przekroczymy próg ich obozu!
- Zapewne tak - zgodził się z nią mężczyzna. - Dlatego nie wysyłamy pierwszych, lepszych ludzi. Idzie Annabeth...
- Żeby przemówić im do rozumu...
- Clarisse...
- Żeby w razie czego skopać parę tyłków...
- Frank z Hazel.
Pokiwała głową.
- No i ty z Jasonem oraz Leo i Piper.
Zmarszczyła brwi.
- Przecież Leo podpalił ich obóz...
- I będzie błagał na kolanach o wybaczenie, tak.
Oczy Chejrona spochmurniały, jakby nie podobał mu się pomysł Greka na kolanach przed Rzymianinem, a Thalia nie mogła się bardziej zgadzać.
Czuła niechęć do Rzymian, tak samo, jak oni do Greków. Jedynym powodem, dla którego, odsuwała ją na bok, był fakt, że jej młodszy braciszek był z Rzymu.
Nie mogła go nienawidzić.
- A ja? Nie jestem jedną z Siedmiu, i nie reprezentuje obozu, jak Clarisse.
W oczach Chejrona czaił się blysk.
- Owszem, ale sądzę, że twoja obecność jest kluczowa. Ty i Jason, jako rodzeństwo, stanowicie znakomity przykład tego, że pomiędzy Grekami i Rzymianami nie musi żarzyć się nienawiść. Musimy pokazać się Rzymianom jako ich starsi braci, a wy... no cóż, jesteście prawdziwym urzeczywistnieniem tej metafory.
Nie była tego taka pewna, ale zgodziła się.
- Idź się przespać dziecko. Wyruszacie jutro o świcie. Musisz być w pełni sił.
Nie dyskutowała z centaurem, ale miała przeczucie, że tej nocy nie zazna w ogóle snu.

Spadała w dół.
Morze robiło się coraz większe i większe z każdą sekundą, a ona nie była w stanie zwolnić.
- Dasz radę Thalia! Po prostu się unoś!
Rozpaczliwie próbowała zwolnić, ale tempo spadania było zbyt szybkie. Zaraz miała się zderzyć z taflą wody.
- Thalia!
Biedne dziecko. Nie jest bezpieczne ani w powietrzu, ani w wodzie, ani na ziemi.
W desperacji zaczęła machać rękoma.
Zostało ci już miejsce tylko w Podziemiu.
Uderzyła w wodę i jej ciało ogarnął ból.
- Thalia...
Otworzyła oczy.
Jason, leżący na łóżku obok, właśnie zakrywał sobie głowę poduszką.
- Co jest? - szepnęła.
- Ktoś puka - jęknął.
Zerwała się z łóżka i spojrzała na zegarek. Druga nad ranem. Chwiejnie podeszła do drzwi.
W progu stała Annabeth.
- Hej. Możemy... możemy pogadać?
Obejrzała się przez ramię. Jej brat najwyraźniej znów zasnął. Poduszka spadła mu na podłogę, a na twarzy odcisnął mu się czerwony ślad.
Wyszła na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi.
Córka Ateny spoglądała na nią niepewnie. Ubrana była w krótkie szorty i długi podkoszulek, który z pewnością nie należał do niej. Thalia powstrzymała się od uniesienia brwi, dostrzegając, że dziewczyna trzęsie się z zimna.
- Nie tutaj.
- Gdzie?
Kątem oka zerknęła na domek obok.
- Chodź. Może wykradniemy ci bluzę, pasującą do tego podkoszulka.
Chwyciła dłoń przyjaciółki i na bosaka, zbiegła ze schodów. Pochylając się, przemknęły przez trawę i wbiegły na ganek domku obok.
- Myślisz, że...? - Annabeth nie dokończyła.
Prychnęła.
- Nikt nas nie przyłapie. Poza tym co, jak co, ale ty chyba masz największe prawo, do przebywania w domku swojego chłopaka.
Pchnęła drzwi i wepchnęła do środka dziewczynę.
Kiedy już znalazły się wewnątrz, pierwszą rzecz jaką zauważyła, było to, że jedno łóżku wyglądało, jakby ktoś niedawno w nim spał.
Spojrzała pytająco na dziewczynę.
- Wczoraj. Po naradzie na Olimpie.
Czyli jednak załamała się. Ale nie tak jak ona, publicznie, robiąc scenę, tylko w samotności, we wnętrzu małego domku.
Poprowadziła dziewczynę na łóżku i razem usiadły.
- Hej. - Zmarszczyła brwi. - Gdzie się podział róg byczewska?
Annabeth sięgnęła do poduszki, za którą kryły się dwie rozłupane części.
Poczuła złość.
- Kto to zrobił?
Annabeth wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia. Tak je znalazłam.
Thalia wzięła do ręki dwie części i próbowała je połączyć. Ale nie pasowały do siebie.
- Hej, skąd ta mina? Ten róg był ważny dla Percy'ego, ale...
Odłożyła kawałki z powrotem pod poduszkę.
- Nie chodzi o róg. Po prostu... To wszystko wywołało na mnie większy efekt, niż myślałam.
Uniosła wzrok i napotkała uważne spojrzenie burzowych oczu. Zalało ją poczucie winy.
- Bogowie, Annabeth, tak bardzo cię przepraszam. Urządzam jakiejś cyrki i tak dalej, a w ogóle nie pomyślałam o tym jak ty możesz się czuć.
Dziewczyna uśmiechnęła się smutno i pokręciła głową. Chwyciła ją za dłoń i uścisnęła mocno.
- Nieprawda. Martwisz się, bo Percy był twoim przyjacielem. Żal nie jest zarezerwowany tylko dla mnie. Przyszłam do ciebie, bo chciałam się wypłakać, ale... może to ty musisz się wypłakać.
Pokręciła szybko głową.
- Nie, no co ty. Jestem tu dla ciebie Annabeth, jeśli chcesz, to możesz...
Blondynka przyciągnęła ją do siebie i zamknęła w mocnym uścisku.
- A ja jestem tu dla ciebie. Innej szansy już nie dostaniesz, a mnie będą pocieszać, aż nie będę w stanie znieść ich widoku.
Cholera, dziewczyna była zbyt mądra. I choć Thalia, czuła się idiotycznie na samą myśl by płakać za chłopakiem, przy jego dziewczynie, to wiedziała, że im dłużej będzie się w sobie zamykać, tym będzie z nią jeszcze gorzej.
- Byłam na siebie zła. Z powodu przepowiedni. Zdałam sobie sprawę, że byłam zwykłym tchórzem, uciekając przed nią.
- Thalia...
- A potem był pewien incydent z Artemidą. Nic wielkiego, ale ona chciała, żebym poszła z nią na pewne polowanie, a ja nie mogłam, bo się bałam.
Annabeth uniosła brwi.
- Ty? Bałaś się czegoś?
Przełknęła ślinę.
- Mam lęk wysokości.
Annabeth cofnęła, zaskoczona.
- Co?
- Percy dowiedział się przez przypadek, ale obiecał, że nikomu nie powie. W każdym razie...Trafiłam do Nowego Jorku na parę godzin i spotkałam się z Percy'm. I on... no porozmawiał ze mną, i przekonał mnie, że przepowiednia nie była moim obowiązkiem. Że nie byłam tchórzem.
- Bo nie byłaś.
- A potem próbował mi pomóc. Wymyślił sztuczkę, która miała zwalczyć we mnie strach, no i... Przez chwilę zadziałało. Stałam się silniejsza. On ... naprawdę mi pomógł, na wiele sposób. A teraz, gdy odszedł...
- Czujesz się, jakby cała siła cię opuściła - dokończyła za nią Annabeth.
Pokiwała głową, i obie dziewczyny zamilkły.
Annabeth wyjęła kawałki rogu zza poduszki, po czym kładąc je na szafkę obok, ułożyła na niej głowę. Thalia przykryła ją kołdrą i zaraz powróciło do niej wspomnienie sprzed lat, gdy zwykła robić to co noc.
- Dlaczego ty nie płaczesz? - zapytała się niepewnie.
Ale córka Ateny nie wyglądała na pogniewaną.
- Byłam przekonana, że to tylko kwestia czasu, wiesz? Że wystarczy nawrzeszczeć na parę bogów, a oni wyciągną mojego chłopaka ... z stamtąd ... urwała na chwilę, ale zaraz kontynuowała. - A nawet jeśli nie, to miałam plan.
- Atena zawsze ma plan - wtórowała jej.
- Właśnie. Miałam zamiar wrócić tam i własnoręcznie go wywlec. Ale nigdy, nigdy nie pomyślałam, że nie będzie mi wolno.
Prychnęła.
- Byłam gotowa stawić czoła potworom, bogom, tytanom, ale nie przypuszczałam, że na drodze stanie mi świat. Że będę musiała wybrać, tak jak...
- Tak, jak Percy?
Zeszła z łózka i kucnęła przed leżącą dziewczyną. Widziała łzy w jej oczach, ale pozwoliła im płynąc.
- Zamknij oczy - szepnęła.
Annabeth posłuchała jej, ale Thalia wiedziała, że to nie jest magiczne lekarstwo na wszystkie problemy.
- To niesprawiedliwe - wyszeptała z zamkniętymi powiekami. - To miała być tylko kwestia czasu i paru potworów. Miałam być gotowa poświęcić swoje życie, a nie życie całego świata. A ostrzegały mnie. Mojry, Grajki, teraz Rachel. Myślałam, że jestem od nich wszystkich mądrzejsza.
Przestała mówić, a uścisk dłoni na poduszce zelżał.
Thalia wpatrywało się z napięciem w przyjaciółkę, nie wiedząc, jak ma ją pocieszyć.
Wyciągnęła dłoń i poprawiła, spadające na twarz dziewczyny, włosy.
- Bo to jest tylko kwestia czasu, Ann. Tylko to trochę więcej czasu, niż myślałyśmy.
Ale córka Ateny już spała.