środa, 13 sierpnia 2014

Rozdział XII

Miałam się kajać, ale nie mam ochoty się kajać we własne urodziny, więc poprzestanę na tym - przepraszam, że nie pisałam.
Przepraszam też za to, że żadnemu z was dziś nie odpiszę - jestem zwyczajnie zmęczona - ale jestem też bardzo wdzięczna tym, którzy co jakiś czas zaglądali i dawali mi znać, że ktoś czeka na nowy rozdział.
Nie jest on najlepszy, ale rozpoczynałam go pisać trzykrotnie i dopiero za ostatnim razem wiedziałam, że mam dwie inne wersje. Chciałam je wszystkie ze sobą połączyć i wyszło trochę... nie płynnie, ale nic już na to nie poradzę. Nie będę tego pisać czwarty raz, chcę iść dalej.
Jak sądzę, wszystkiego najlepszego, Ali.
Zapraszam.

Rozdział XII

ANNABETH

PRZEPROWADZANIE CEREMONII POKOJU W DNIU, W KTÓRYM GAJA POSTANOWIŁA ODEBRAĆ ŚWIATU CAŁĄ NADZIEJĘ, Annabeth uważała za niepotrzebne wywoływanie wilka z lasu.
I nie, nie doceniała ironii.
I teoretycznie wiedziała, że ten rok należy do Rzymian, ale praktycznie pluła sobie w brodę, że dziesięć lat temu Grecy natychmiast przywłaszczyli sobie pierwszą Ceremonię, a ona nie przeprowadziła prostej matematyki.
Chociaż wtedy wydawało się to być zwycięstwem. Grecy zostali pojmani, związani i czekali na doszczętne zrujnowanie ich ukochanego obozu. Fakt, że Reynie dzięki tylko jednemu ostrzu i rudowłosej wyroczni udało się dokonać niemożliwego przewrotu - zawieszenia broni, zawarcia pokoju i pokazaniu Octavianowi, gdzie jest jego miejsce, Annabeth uważała już za dostateczny sukces. Po raz pierwszy Grecy i Rzymianie świętowali razem, jedząc, pijąc i kpiąc sobie z Gai.
Dziesięć lat później Ceremonia nabrała... większego rozmachu.
- Oczywiście - mruknęła patrząc na ręcznie zdobioną kopertę.
W tym roku nie chciała nawet przyjeżdżać. Praktycznie rzecz biorąc nie była już nawet członkiem Obozu Herosów. Jasne, większość młodych półbogów znała ją albo chociaż kojarzyła z widzenia czy słyszenia, a Chejron, stary, kochany centaur nigdy nie odmówiłby wypicia z nią filiżanki herbaty na ganku (albo zmuszenia ją do oprowadzania nowych herosów), ale to już nie było to samo. Teraz stała się kimś w rodzaju weterana wojennego, przyjeżdżała raz na jakiś czas, poznawała nowe rodzeństwo i wracała do normalnego życia, do studiów, do pracy i do małego mieszkanka na Brooklynie
Ale teraz Reyna osobiście wysłała jej zaproszenie i potwierdziła własne przybycie. Annabeth nie widziała Rzymianki od przeszło trzech lat, od kiedy ta skończyła służbę i wyjechała, by dołączyć do swojej siostry Hylli, królowej Amazonek, a czuła, że czeka je rozmowa.
Ale nie chciała jechać do Rzymu. Przez pół roku nieźle sobie radziła udając i nie pamiętając, ale zegar tykał i tykał tak już od prawie ośmiu miesięcy.
I jeśli Percy miał wrócić właśnie teraz z oddechem Gai na karku, to znacznie bardziej wolała go powitać na ich terenie, a nie na nieznanej ziemi.
- Annabeth.
Podniosła wzrok znad koperty i spojrzała na mężczyznę w wózku inwalidzkim.
- Chejronie.
Przywołała na twarz wymuszony uśmiech, czego zaraz potem pożałowała.
Bo już pięć minut później w duszy klęła na Chejrona i jego pomysły.
Dwójka nowych obozowiczów przyprawiała ją o dreszcze, ale jeszcze gorzej się czuła, gdy myślała o tym, że właśnie zgodziła się ich oprowadzić. Była pokazowym herosem, kimś, kto dożył zaszczytnych dwudziestu siedmiu lat i stary centaur nie zamierzał przepuścić okazji, by się nią pochwalić.
Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy to nie dlatego pozostali tak rzadko wracali na stare śmiecie.
Spojrzała na parę i wskazała im drzwi.
- No to chodźcie.
Chłopak i dziewczyna posłusznie wyszli z pokoju, zostawiając za sobą otwarte drzwi, a Annabeth rzuciła ostatnie, długie spojrzenie Chejronowi.
- A my - dodała z naciskiem - my musimy porozmawiać.
Wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. Nie była w dobrym nastroju.
Ona miała na imię Tanya i była córką Demeter. On Ethan i, zgadując po mini wirze ciągle unoszącym się nad jego głową, jego ojcem był Eol. Chejron powiedział kobiecie, że w chwili, w której ta dwójka przekroczyła magiczne bariery Obozu, wokół nich pojawiły się boskie symbole i jak dotąd nie schodziły. Więc oczywiście stali się sensacją dnia.
Nowy system uznawania dzieci był jednocześnie znacznie lepszy i znacznie gorszy. Bogowie skupili część swojej mocy w Obozie, a gdy tylko pojawiali się nowi herosi, automatycznie tworzyły się wokół nich symbole , uznające dzieci. A w zależności od tego jak długo utrzymywał się znak, można było stwierdzić, na ile ktoś jest potężny. To i dodatkowa ochrona, którą dawało skupienie mocy bogów, powodowało, że nowy system został entuzjastycznie przyjęty.
Jedynym problemem było jednak to, że symbole uaktywniały się za każdym razem, gdy wchodziło się do obozu, co w jej przypadku było strasznie irytujące. Z czasem miało to słabnąć, ale ona do tej pory ciągle przechodziła pierwszych parę kwadransów ze złotą sową nad głową, co, dodając jej wiek, zawsze skupiało na nią uwagę obozowiczów. Ale i tak miała lepiej niż choćby taki Jason. Mężczyzna, tak rzadko odwiedzający Obóz, w te rzadkie dni, kiedy jednak się pojawił, przez cały czas był żywą błyskotką.
I choć może wszyscy byli teraz pouznawani i nie było już niechcianych herosów, to Annabeth cieszyła się, że system pojawił się dopiero po jej odejściu. Kiedyś bogowie ignorowali dzieci, to fakt. Ale jeśli już zostawałeś przydzielony, to nie był to tylko głupi symbol. Boski rodzic musiał przez chwilę skupić na tobie swoją uwagę, zauważyć cię. Uznać twoje istnienie, naznaczyć jako swoją krew.
Teraz już nawet do tego nie dało się ich zmusić.
Ta dwójka miała zostać zapamiętana, nie było co do tego wątpliwości. Annabeth wpatrywała się w skupieniu, jak Tanya starała się zdjąć wieniec z kłosów z głowy, ale jej wysiłki spełzły na niczym. Ile to już było? Dziewięć, dziesięć godzin? Chejron powiedział kobiecie, że przybyli o zmierzchu i przespali całą noc, a symbole dotąd nie zniknęły. A, co dziwniejsze, było to najwyraźniej wszystkim, czego owa dwójka chciała.
- Ile macie lat?
Dziewczyna, Tanya natychmiast opuściła ręce i posłała Annabeth rozdrażnione spojrzenie. Ethan nawet nie zareagował.
- Czy to nie jest zbytnia poufałość?
Annabeth niemal się nie roześmiała.
- Pytanie o twój wiek? - Nawet nie czekała na odpowiedź. - Nie, nie jest to zbytnia poufałość. Nie sądzę, w każdym razie.
Ethan w oprzytomniał i rzucił szybkie spojrzenie Tanyi, zanim przeniósł wzrok na Annabeth.
- Nie chodzi o pytanie o wiek, a pytanie, które następuje zaraz za nim. Jak tu trafiliśmy? Jakim cudem przeżyliśmy? Jaka jest wasza, o jakże zadziwiająca i zachwycająca historia?
Chłopak wykrzywił twarz w szyderczym grymasie, a Tanya chociaż mniej ostentacyjna, najwidoczniej również podzielała jego rozżalenie.
Z twarzy Annabeth zniknął pozór uśmiech, który przywołała chwilę temu, a zamiast tego zrobiło jej się sucho w gardle i do jej głowy zaczęła wkradać się irytacja.
Nie miała czasu na to wszystko ani miejsca na cudze problemy i delikatną skórę.
Natychmiast zmieniła kierunek wycieczki i zamiast kierować się w stronę pawilonu, jak wcześniej zamierzała, zaczęła szybkim krokiem iść w stronę domków, nie oglądając się za siebie, by sprawdzić czy przewrażliwiona para za nią podąża.
Choć oczywiście tak było.
- Większość dzieciaków trafia do ... nas - zawahała się przed ostatnim słowem, ale zaraz kontynuowała dalej - w wieku trzynastu, dwunastu lat. Chyba, że są wyjątkowo potężni. Niekiedy mają sześć lat, siedem. Ale wy...
Kątem oka spojrzała na dumnie idącą Tanyę, która nie spuszczała z niej wzroku, trochę rzucając jej wyzwanie, a trochę okazując cień zainteresowania.
Co innego Ethan, ostentacyjnie ją ignorujący, ale podążający za Tanyą trochę jak cień, a jednocześnie jak pies bojowy, gotów ją bronić i ochraniać. Sposób jednak, w jaki nieznacznie muskał czasami jej plecy swoją dłoń, wskazywał na to, że to on nią kierował lub prowadził, by nie zeszła z raz obranej ścieżki, choć dziewczyna w żaden sposób nie dawała po sobie poznać, jakoby wywierał na nią jakikolwiek wpływ.
Annabeth nie miała zielonego pojęcia jaką hierarchia panuje w tej relacji, ale teraz przynajmniej wiedziała, że ta relacja istnieje. Mogli być parą, rodzeństwem lub dwoma wojownikami, którzy zdecydowali się połączyć swoje miecze, ale jednego była pewna - znali się na długo przed byciem do obozu.
W wyrazie twarzy Tanyi pojawiła się nowa emocja - zniecierpliwienie i Annabeth przypomniała sobie, że urwała zdanie w pół.
- Wy nie macie trzynastu ani siedmiu lat.
Ethan prychnął, a usta Tanyi lekko drgnęły.
- Siedemnaście - kontynuowała dalej Annabeth. - Co najmniej. Szczerze, to gdybym miała patrzeć na wygląd, to dwadzieścia jak już, ale nie wyobrażam sobie co dwójka dorosłych, potężnych herosów miałaby szukać w obozie, skoro była w stanie przetrwać sama, bez naszej pomocy. No chyba, że...
Zatrzymała się gwałtownie i natychmiast się odwróciła, ale nie dlatego, że właśnie na to wpadła, ale dlatego, że chciała lekko potrząsnąć parą, zwłaszcza Ethanem. I sądząc po lekko zrytej trawie w miejscu, w którym właśnie z trudem się zatrzymał, udało jej się chociażby odrobinę.
- Nie jesteście bezbronnymi dzieciakami półkrwi, tylko z jakiegoś powodu czegoś od nas chcecie.
I w momencie, w którym coś na kształt cienia przeleciało przez twarz Tanyi, drzwi do domku nr 4 otworzyły się i z wnętrza wypadła Katie Gardner.
- Annabeth!
Córka Ateny odwróciła się od milczącej pary i po raz pierwszy szczerze się uśmiechnęła.
- Katie. Jak dobrze cię widzieć.
Młoda kobieta roześmiała się i rzuciła się blondynce na szyję. Annabeth pozwoliła zapomnieć sobie na chwilę o powodzie, dla którego tu stała i uścisnęła z powrotem przyjaciółkę.
O ile pozostali jej przyjaciele z biegiem lat coraz bardziej dojrzewali i tracili ten charakterystyczny wyłącznie dla nastolatków błysk w oku, tak Katie Gardner wręcz przeciwnie - z roku na rok robiła się coraz bardziej roześmiana i pogodna, i czasem Annabeth zastanawiała się, czy aby nie zamieniła się charakterem ze swoim narzeczonym, Travisem Stollem.
Minęła chwila, nim obydwie kobiety się puściły, ale Annabeth nie zamierzała pozwolić sobie na zbyt długie rozluźnienie przed wciąż stojącą tu dwójką. Nie była w stanie się do nich przekonać, nie do Ethana zwłaszcza.
- Co ty tu robisz? - Katie spytała roześmiania, ale zaraz wyraz jej twarzy zmienił się na zmartwiony. Pochyliła się nad blondynką i dodała szeptem - chodzi o Ceremonię, tak?
Tak, chodziło o Ceremonię, o której Annabeth zdążyła zapomnieć na parę chwil. Chodziło o tyle rzeczy naraz, że czuła, że jej głowa zaraz pęknie jak bańka mydlana, a nie mogła przecież jej zastąpić żadną inną.
- Tak właściwie to przyprowadziłam ci nowego rekruta.
Cofnęła się do tyłu i wskazała na Tanyę, która chyba właśnie zdała sobie sprawę, że patrzy na swoją przyrodnią siostrę. Czarnoskóra dziewczyna zrobiła parę kroków do przodu i wyciągnęła dłoń do przodu.
- Cześć, jestem Tanya.
Katie energicznie potrząsnęła ręką nowej siostry, po czym zaśmiała się.
- No, widzę, że wdałaś się w ojca.
Tanya zamarła.
- Co?
Katie chyba się przestraszyła.
- Nie chciałam cię urazić! Nie, nie, chodziło mi tylko o to że... no cóż w ogóle nie jesteśmy do siebie podobne.
- Och. Nic nie szkodzi.
Tanya machnęła dłonią i uśmiechnęła, ale Annabeth wiedziała, że wzmianka o ojcu w ogóle jej nie dotknęła, a raczej zaskoczyła, jakby córka Demeter zdążyła zapomnieć o jego istnieniu.
- Zresztą - dodała zaraz Katie - i tak żadne z nas nie jest do siebie podobne.
To akurat było łgarstwem.
- A ty Annabeth...
- Tak? - Uśmiechnęła się.
- Nie zapominaj, że ja jestem tu już tylko gościem honorowym. Poczekajcie, przyprowadzę grupowego.
I zniknęła w domku z trawnikiem na dachu.
I w momencie, w którym Annabeth przestała ją widzieć, obróciła się i posłała ostatnie ostrzegawcze spojrzenia Ethanowi.
O ile o Tanyi nie wyrobiła sobie jeszcze konkretnego zdania, to Ethana już zdążyła sklasyfikować.
- Na razie możemy zostać przy siedemnastce, ale zapamiętaj jedno. Ja już nie jestem obozowiczem. Nie ma dla mnie znaczenia, skąd przyszliście, kim jesteście i jak się potoczyła wasza historia. Tak długo jak jesteście tylko kolejnymi obozowiczami, nie ważne jest dla mnie to wszystko. Ale wasza sytuacja nie jest normalna, winni czy niewinni. Więc wypracuj sobie dobrą odpowiedź, ponieważ im bardziej ciągnęło was w dół w przeszłości, tym bardziej wasza obecność tutaj wiążę się z większą ilością nowych kłopotów dla nas. A ci, którzy przyciągają nieszczęścia są eliminowani. Uwierz mi.
I w tym momencie mówiła już o kimś innym, kimś bardzo odległym. A Ethan, któremu pogarda zdążyła już spełznąć z twarzy, zdawał się to rozumieć.
W tym samym momencie pojawił się grupowy.
Annabeth uśmiechnęła się do nieznanego jej chłopaka po czym wyjęła kluczyki z kieszeni spodni. Ktoś na nią czekał.
- Cóż, ja już muszę się zbierać. Jeżeli...
- Annabeth! - Katie wyskoczyła zza brata, przerywając blondynce wpół zdania. - Zanim pójdziesz... Spotkamy się jeszcze?
Córka Ateny pomyślała o liście schowanym w torbie i podjęła decyzję.
Pokręciła głową.
- Przykro mi, ale muszę jechać do Rzymiu. Jest pewna Ceremonia, na której muszę się pojawić.
Katie uśmiechnęła się lekko i pokiwało głową, a w tym geście było już coś więcej, niż zwykła aprobata.
Annabeth spojrzała po raz ostatni na Ethana.
- Niestety jesteś jedynym synem Eola, którego domku wciąż nie posiadamy, więc będziesz musiał zamieszkać w gościnnym. Jeżeli wyrazisz taką prośbę, możesz już od jutra zacząć budować własny dla swojego ojca. - Jej mina mówiła wyraźnie, że niczego takiego się nie spodziewa. - Oczywiście jesteś grupowym. Gratulacje.
- Super - mruknął Ethan kpiąco, ale zignorowała go.
- Póki co... Domek numer dwadzieścia pięć. Ufam, że znajdziesz drogę. Najwyżej Tanya ci pomoże.
Uniosła głowę i spojrzenia obydwu kobiet spotkały się na ułamek sekundy, zanim Tanya przerwała połączenie.
Annabeth zaczęła odchodzić.
Dziesięć lat miała czekać na powrót Percy'ego. I Dziesięć lat czekała. Teraz...? Nie zamierzała zmarnować już ani jednej minuty.
I kiedy spojrzała na zegarek, próbując przypomnieć sobie, na którą godzinę Chejron zarezerwował dla niej lot samolotem, gdyby jednak zdecydowała się dzisiaj polecieć, jednocześnie zastanawiając się co na to jej chłopak, przypomniała sobie o breloczku, który wciąż ściskała w dłoni.
- Hej, Ethan! - krzyknęła, oglądając się przez ramię. - Łap!
I w chwili, w której klucze dotknęły skóry syna Eola, wir nad jego głową okręcił się wokół niego ostatni raz i rozpłynął się w powietrzu.
Przypominam, przydałoby mi się coś na orzeźwienie, więc dajcie z siebie wszystko.

piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział XI

I Love You (For Sentimental Reasons) by Nat King Cole

NAYA

NAYA MOGŁA WYPIERAĆ SIĘ ILE WLEZIE, ale prawda była taka: od samego początku wiedziała, na co się godzi. Teraz miała tylko problem z wypełnieniem swojej części umowy. Co więcej, z wypełnieniem jej według dokładnych instrukcji. Ale, szczerze mówiąc, uważała, że pomimo tego wszystkiego ma absolutne prawo, by krzyczeć, wyrywać się i protestować, gdy będzie to od niej wymagane.
Bo od kiedy to nieśmiertelni pierwotni zawracali sobie głowy zwykłymi herosami? Od kiedy to wychodzili ze swoich przytulnych, małych schowków (choćby i na dnie świata) i po tylu latach śmiali żądać zapłaty? Naya może i miała staroświeckie poglądy, trudno żeby było inaczej, skoro żyła w czasach początku świata, ale trzymała się konkretnych zasad. Bogowie nie mieli prawa się tak zachowywać, nawet jeśli rzeczywiście była mowa o jakimś danym słowie, obietnicy i zagładzie świata.
A w każdym razie to próbowała sobie wmawiać.
Wszystko zaczęło się od wyroku.
W sądzie, tym śmiesznym miejscu, w którym ludzcy sędziowie skazywali ludzkich niegodziwców na wyroki zamknięcia, więzienia, wszystko było tak nieznośnie jasne, proste i sprawiedliwe. Oczywiście Naya nie rozumiała ani jednego słowa z bełkotu tych dziwnie ubranych ludzi, ani dlaczego ktoś ciągle kogoś wzywał, czy dlaczego było tam tyle niepotrzebnych ludzi, którzy cały czas tylko gapili się przed siebie i byli... No widownią, nic więcej. Ale Sah'li powoli i cierpliwie wszystko jej tłumaczył i stopniowo docierało do niej co i jak, pojawiło się ta jasność, granicząca z uwielbieniem.
Bo na środku stał oskarżony. Z boku ten, kto go oskarżał, naprzeciw ten, kto orzekał czy winny i jeszcze tabun pozostałych, którzy tylko się patrzyli. Ale Naya wpadała w zachwyt nie z powodu ich wszystkich, ale kogoś jeszcze, kogoś kto zawsze był obecny i nie mogło go nigdy zabraknąć.
Drzewczyca nie mogła uwierzyć, gdy tajemniczy mężczyzna powodował, że czasami oskarżeni wychodzi z sali z uśmiechami na twarzy, ściskali mu dłonie i krzyczeli w zwycięstwie. To wszystko było takie nierealnie, tak śmiesznie nierealne, że aż cudownie prawdziwe.
I nie czuła wyrzutów sumienia, gdy pierwotny pojawił się w ciemnościach i powiedział, że kara się skończyła. Zgodziła się natychmiast, bo tylko zgoda była akceptowalna. Miała prawo odzyskać życie. Nie było w tym nic samolubnego. Ale na Ziemi wszystko zdążyło już się zmienić i ludzie i zwierzęta i natura nie były już czymś, co znała.
Więc negocjowała. Nalegała. Kłóciła się, prosiła, argumentowała i w końcu zabrał ją z powrotem i miała już kogoś za przewodnika. Najdziwniejsza para na świecie, ostatnia drzewczyca i heros, lojalny idiota, wydostali się z piekła, prosto do innego więzienia.
Jej nie przeszkadzał ląd, którego progu nie mogła przekroczyć. Ale chłopak... Chyba był jeszcze bardziej nieszczęśliwy niż przedtem, gdy dowiedział się o wiążących ich ograniczeniach. Ale wiedziała, że nie złamie obietnicy danej bóstwu, chociażby z tego względu, że nie chciał być przyczyną ponownego wybudzenia się Gai.
Też coś.
Nie mogła przestać się zastanawiać, jak to się stało, że ten chłopak był tak ważny? Z każdym rokiem przypatrywała mu się coraz to bardziej uważniej, ale ciągle nie dostawała odpowiedni. Dlaczego jego ponowne pojawienie się w świecie miało obudzić Gaję? Dlaczego mieli ukrywać się aż do nadejścia przepowiedni? Dlaczego musieli tkwić na tej przeklętej Alasce tylko po to, by nie wydała się prawda o jego ucieczce?
No i w końcu przestało ją to obchodzić. Teraz chciała tylko trochę spokoju.
Ale oczywiście, jej spokój nigdy nie był niczyim priorytetem, prawda? Bo gdy w końcu się przyzwyczaiła, zaakceptowała swoje nowe życie, ten chłopak, ten durny chłopak, mówił jej, że to koniec. Że obiecał Tartarowi i teraz musi wracać do swojego starego życia, pomóc bogom, wedle obietnicy.
I co z tego, że od początku wiedziała, na co się zgodzi. Co z tego, że wiedziała, że chłopak i tak w końcu odejdzie? Zamierzała się wykłócać.
Ale wystarczyło jedno spojrzenie i opadły ją wszystkie siły.
- Naya?
Jego głos był zbyt zmęczony, zbyt słaby, by można było się kłócić.
I choć nie chciała się obracać, to wiedziała, że w końcu i tak to zrobi. W końcu musiała to sobie przyznać: nie umiała już walczyć, a co ważniejsze - nawet i nie chciała.
Ubrany był w jeden z tych okropnych, długich płaszczy, które kazał jej nosić, gdy tylko gdzieś wychodziła, choć one jedynie ją drażniły. Na stopach miał ciężkie buty, ubłocone i usmarowane. Sznurówki, których zawiązywaniem nigdy się nie kłopotał, znikały w śniegu, postrzępione i na skraju wytrzymałości. Ciężkie, workowate spodnie, które strzępiła wieczorami, by nie mógł ich założyć następnego dnia, wciąż jakimś cudem trzymały się na nim, a ona mimowolnie zastanawiała się, jakiego narzędzia użyje dzisiaj.
Na dłoniach miał tą drugą skórę, rękawiczki, tak się nazywały. Będą chronić palce przed mrozem, tak jej powiedział, a potem ten sam materiał obciął. Żeby lepiej się pracowało, wyjaśnił.
Nie rozumiała go wtedy, nie rozumiała go w Tartarze, i nie rozumiała go dzisiaj, choć spędzili ze sobą już tyle czasu. Jedyne co rozumiała to to, że nawet jeśli zostałby z nią następną dekadę, i następną, i entą po następnej, to nigdy do końca go nie przejrzy.
Usłyszała wycie w oddali, i choć zupełnie nie obchodziło ją, czy to śpiewanie godowe czy może ryk zapowiadający atak, wiedziała, że to był ktoś z jej świata, ich świata.
Bo to był ich świat, nie tylko jej; próbowała zmusić go, by zrozumiał.
Więc dlaczego doszło to do niego teraz, gdy już nie powinno?
Westchnęła i machnęła dłonią w stronę hałasu.
- Idź. Ratuj świat. Cześć.
Odwróciła się i zaczęła iść w stronę lasu, wyznaczając brudne ślady na ośnieżonej drodze. Ale w powietrzu słychać było tylko jej kroki.
Zatrzymała się i spojrzała na niego przez ramię.
Ta knajpka, gdzie mieli się spotkać, zawsze przyprawiała ją o dziwne uczucia. Nie była tak obskurna i szara, jak wszystkie inne budynki, ale bardziej żywa.
Malutka, maluteńka, składała się z jednego pokoju na parterze i toalety, do której, na szczęście, nie musiała nigdy zaglądać. Gdy wchodziło się do środka, natychmiast dochodził cię zapach staroci i alkoholu - jakiegoś rodzaju płynu, którego nie wolno jej było pić, ale po który Percy i tak sięgał, gdy miał ten wyraz zrezygnowania w oczach. Mężczyzna twierdził, że to nieodpowiedzialność w butelce, ale nieodpowiedzialność, na jaką sobie pozwala. Taka, która tylko robi z niego idiotę, a nie zmienia losów świata.
Początkowo nie rozumiała; chodziło o te papierowe świstki, za które ludzie wyłamywali sobie zęby?
Ale nie, mówił, nie chodziło o pieniądze. Alkohol zmienia ludzi, powtarzał jej, wyciąga innego człowieka ze środka.
To, oczywiście, było absurdalne. Ale i tak nie sięgała po trunek, gdy on popijał piwo, bo zwyczajnie nie pachniał, tak jak trzeba.
Dopiero później, kiedy robiło się ciemno, a z radia została puszczana nastrojowa muzyka, jeden czy dwóch bębniło kuflami o stół i krzyczało:
- Więcej! Więcej, pan da!
Staruszek za ladą kręcił głową z uśmiechem i wysyłał delikwentów do kąta ze szklanką wody i sierpowym wymierzonym przez żonę na otrzeźwienie. Percy uśmiechał się wtedy pod nosem do własnej nieodpowiedzialności, a w knajpce znowu rozbrzmiewały gawędy i tubalne śmiechy.
Tylko ten jeden, młodzieniec z diabelnym spojrzeniem, podkradał się do pijących i dolewał im ukradkiem.
A potem, rzeczywiście, Naya rozumiała. Dwaj mili, choć głupi, przestali się szczerzyć jak kot do sera, i darli się na całe gardło, domagając się używki.
Drzewczyca potem zerkała z niepokojem na swojego Wojownika, a gdy znikał, by pracować, podchodziła do lady.
Ale staruszka, żona staruszka, kręciła głową i zaprzeczała.
- Nie, ten nie pija! Tylo gapi się w ten swój kufel i gapi, a dopiro jak ma wychodzić, to wszysto a! Za jednym zamachem pochłania.
- I nigdy, nigdy nie prosi o dolewkę? - Stara się upewnić Naya.
- Nu... - Starucha zastanawia się. - Czasem. Jak wypija pierwszy, to i o drugie piwsko poprosi, ale tego drugigo, to nawet nie skosztuja!
Więc była i spokojniejsza, bo i wiedziała, że tak często do knajpy to Percy nie wpada.
Choć ją uwielbiał.
Zresztą ona może trochę... też.
Lubiła rozmawiać z właścicielami, staruszką i staruszkiem. Lubiła patrzeć na bar, przy którym leciała muzyka. Lubiła siedzieć przy stoliku pod oknem, gdy pojedyncze pary tańczyły wolno w niektóre wieczory.
Lubiła patrzeć, jak Percy pochłania gołąbki - jedynie danie, jakie serwowało miejsce, próbując wmówić, że jest knajpą, a nie tylko barem.
Teraz je znienawidziła.
Tego wieczora mieli się tam spotkać, po tym, jak on skończy pracę.
I rzeczywiście, czekał tam na nią, gdy wynurzała się z lasu. Ale zanim weszli do środka, już wiedziała, że coś jest nie tak.
Na oknach rozwieszono kolorowe lampki, ze środka leciała głośno muzyka, a ludzie śmiali się i pili.
A on zrujnował jej ten wieczór, wmawiając jej, że podjął właściwą decyzję.
Nie miała zamiaru słuchać, bo był, był głupi, i tyle.
Ale gdy obejrzała się na niego, ponownie, on wciąż stał w miejscu i wpatrywał się w nią zmęczony, jakby to ona wymyśliła sobie, że chce iść wojować z boginią zła.
- Co, nie idziesz? - zapytała kpiąco. - W lesie jest jakiś potwór, wiesz?
Wyraz na jego twarzy nie zmienił się.
- Wiem.
- Więc? Czemu nie wyjmujesz Orkana i nie biegniesz?
Wyciągnął dłonie z kieszeni i chwytając ją za ręce, powoli poprowadził ją z powrotem na ganek, przed wejściem. Pozwoliła mu się pociągnąć, ani razu nie spuszczając wzroku z jego twarzy.
W końcu zatrzymał się, a muzyka dochodząca z baru zmieniła się na powolną, smutnawą melodię.
- Zatańczysz?
- A co z potworem?
- Nie dzisiaj. Dzisiaj mamy wolne.
Westchnęła, ale pozwoliła mu się objąć, i położyła głowę na jego ramieniu. Poczuła dłoń na swojej tali, a drugą w jej własnej.
Nie znała kroków, więc pozwoliła mu się poprowadzić, gdy razem powoli kołysali się na śniegu.
Wpatrywała się w las, i nieco zadowolona, że nie widzi jego twarzy, zaczęła mówić.
- Skąd wiesz, że to już teraz?
Minęła chwila, nim odpowiedział.
- Miałem sen.
Jęknęła w duchu.
- Niedługo minie dziesięć lat. Gaja przebudzi się.
- A jeśli to ty wracając, przebudzisz ją właśnie?
Odsunął się i spojrzał w jej oczy. A potem, zanim mogła powiedzieć coś jeszcze, okręcił ją wokół własnej osi dwa razy i znów przyciągnął do siebie. Zanurzył twarz w jej włosach, a ona mimowolnie zadrżała od jego oddechu na szyi.
- Nie.
- Co: nie?
- To nie jestem ja.
- Bogowie ci nie uwierzą. Przecież to przez nich znaleźliśmy się tu w pierwszej kolejności.
- Nie obchodzi mnie, co pomyślą bogowie. Nie wracam, żeby być ich pokazowym bohaterem. Chcę pomóc moim przyjaciołom.
Wiedziała, że to powie.
- Minęło prawie dziesięć lat - zauważyła. - Nie sądzisz, że uznają, że uciekłeś od walki, gdy dowiedzą się, gdzie jesteś? Nie będą mieli ci za złe?
Zatrzymał się, a ona znieruchomiała.
Powoli odsunął się od niej i zdjął dłonie z jej ciała.
- Nie uciekłem - powiedział stanowczo. - Dałem im szansę. Gdybym wiedział, że mogę... - Głos załamał mu się. - Gdybym mógł, to bym wrócił. Alaska... jest jak więzienie. Chcę wrócić. A teraz w końcu mogę, Naya. Mogę wrócić do domu.
W oczach znowu pojawiło mu się to coś. To zmęczone, zrezygnowane spojrzenie, które napotykała, kiedy wpatrywał się w kufel. Nie mógł się go pozbyć, a ona nie mogła nigdy go zrozumieć. Do teraz.
Chcę wrócić do domu.
Nie wiedziała, czy ta myśl sama pojawiła jej się w głowie, czy może mężczyzna wypowiedział ją tak cicho, że uznała ją za swoją własną, ale to nie miało znaczenia.
Dom.
Ludzie dookoła niej ciągle o nim mówili. Przynieś coś domu! Chodź do domu! Gdzie jest twój dom? A co on znowu siedzi w domu?
Tylko Percy nigdy tak nie mówił. Ani razu nie nazwał tego miejsca domem. A ona, jak na złość, właśnie za takim zaczęła go uważać.
- Nie chcę żebyś odchodził - powiedziała cicho.
Spojrzał na nią zdziwiony, i po chwili na twarzy pojawił mu się wyraz przerażenia.
- Nie, Naya! Bogowie, nie o to mi chodziło!
Chwycił jej dłonie i przysunął sobie do twarzy, ściskając kurczowo.
- Przepraszam. Nie chciałem.
Spuściła głowę.
- A ja nie chciałam, żebyś czuł się winny. Przepraszam. Jeśli chcesz, to idź. Wracaj do swojego domu, rodziny i przyjaciół. Powinieneś.
Uniósł kciukiem jej podbródek i zaśmiał się cicho.
- Bez ciebie się nie ruszam.
Uniosła brew.
- Nie?
- Nie. Jesteś moją przyjaciółką, Naya. Na tę chwilę być może nawet jedyną bliską osoba jaką mam. Jesteśmy w tym razem.
W środku miała ochotę krzyczeć z radości, ale zaraz przed oczami mignęła jej twarz rozwścieczonego Zeusa.
- Percy, ja... Nie chcę walczyć u boku Gai, ale... nie uśmiecha mi się też służba bogom. Więc najlepiej chyba będzie, jeśli po prostu zostanę tutaj.
Pokręcił głową.
- Ja też nie chcę służyć bogom. Muszę ich ostrzec, i to jak najszybciej, ale nie wiem, czy będę walczył.
Zmarszczyła brwi.
- Staniesz... Po stronie Gai?
- Nie - zaprzeczył szybko.- Nie, Gaja jest zła. Nie może wygrać. Będę starał się do tego nie dopuścić. Ale nie będę nadstawiał karku dla Olimpijczyków.
Zastanowiła się przez chwilę.
- Czyli... Przeciw Gai, ale nie z bogami?
Uśmiechnął się.
- Tak, właśnie tak.
Westchnęła, pokonana.
- W takim razie dobrze. Jestem z tobą.
W odpowiedzi uścisnął ją mocno, tak, że zabrakło jej tchu. Zaśmiał się w jej czarne włosy, a ona wzdrygnęła się od podmuchu powietrza na karku.
- Bogowie, Naya, nawet nie wiesz, jak się cieszę!
Uśmiechnęła się mimowolnie.
- To gdzie zmierzamy?
- Jeszcze nie wiem. Albo do Obozu Półkrwi... Albo do San Francisco.
Zaskoczył ją.
- Do Rzymian?
- Do Rzymian.
I w tym momencie na niebie rozbłysły fajerwerki. Unieśli wzrok w górę, by zobaczyć kaskadę kolorów. Za oknem ludzie zaczęli krzyczeć szaleńczo, a szampan poleciał strumieniami.
- Szczęśliwego Nowego Roku - powiedział.
Tym razem już wiedziała, co ma na myśli, ale i tak powtórzyła swoją starą formułkę. Bała się tylko, że jej prośby i tak się nie spełnią.
- To już ósmy rok - mruknęła.
Dłoń Percy'ego zacisnęła się wokół jej własnej i Naya ukryła grymas.
- Opowiedz mi wszystko - poprosiła szybko, chcąc skupić go na czymś innym. - Jaki mamy plan? Powiedziałeś, że Tartar się z tobą skontaktował. Co powiedział?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nic nie powiedział. Tylko dał mi znać. Że to już teraz. Musimy się dostać do Nowego Jorku i ich ostrzec. Tylko...
Uniosła dłoń.
- Chwila. Ale przed czym chcesz ich ostrzec? Myślałam, że po prostu już masz wracać.
Pokręcił głową.
- Nie. Muszę... Muszę powiedzieć im, czego się dowiedziałem. W końcu mi się udało, Naya. W końcu to zrobiłem.
- ...to znaczy?
- Rozgryzłem ją. Rozgryzłem przepowiednię.

wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział X






"- Boże, już myślałam, że chcesz rozbić tą butelkę.
- No co ty?! To broń, jesteśmy w ciemnych zakamarkach Wisły, Kazimierza i Podgórza..."

Nareszcie. NARESZCIE! Wychodzimy z tego piekielnego Tartaru. Jeśli nie przebrniecie przez ten rozdział, to wiedzcie, że jest on ostatni z serii "przed". Następny jest już "teraz".
No i ...
Oj, nie chcę mi się wymyślać życzeń (see that girl, dancing queen...)
2014.
CZYTAĆ!
(i podziwiać...)
soundtrack: RMF FM (radio młodych frajerów) i Frozen (to dla tych drugich)
:)

PERCY

POTWORY TO BYŁY SZUMOWINY, ale, jak przekonywał się Percy z każdą sekundą, przydatne szumowiny. Wbrew jego obawom rzeczywiście udało im się oddalić od czarnej dziury. Co więcej, w końcu całkowicie zniknęła z zasięgu jego wzroku i był już b tylko jeden krok od głośnego westchnięcia z ulgi.
Bo jeszcze pozostawał inny problem. Był w swoistej pułapce, w sytuacji bez wyjścia. Musiał podążać za potworami, a nawet gdyby zmienił zdanie (co już nie raz przewinęło mu się przez myśl), innej drogi nie było, bo gdy tylko sięgał wzrokiem dookoła, zalewała go fala piasku.
Pustynia. Znowu.
Jedynym pozytywnym aspektem było to, że do niekończącego się kopca, piasku w ustach, uszach i w każdym możliwym miejscu nie dołączył upał. Percy co prawda czuł na sobie promienie słońca, pozującego dostojnie na pomarańczowym niebie, ale nie bił z niego żar. Teraz ch łopak mógł śmiało umierać z pragnienia i z wycieńczenia, nie musząc obawiać się, że temperatura skróci tą rozkoszną udrękę.
A mówiąc o udręce, skojarzył Percy, jak to się działo, że wciąż pozostawał niezauważony?
Pięć potworów, monstrów wręcz, szło jakieś dziesięć metrów przed nimi, ciągle na siebie powarkując i rycząc, od czasu do czasu wydając z siebie zawodzenie (winił piekielnego ogara), ale i tak nie dostrzegało herosa za nimi, proszącego się wręcz o zjedzenie.
Percy rozważał na początku chowanie się, choć nie miał zielonego pojęcia, jak miałby to zrobić, ale szybko odrzucił pomysł. Wkroczenie na pustynie, która dosłownie wyrosła spod ich stóp, bez żadnego końca, początku czy punktu wyjścia, bezsprzecznie zamykała jakąkolwiek dyskusję - tu nie było gdzie się schować. Percy teraz mógł tylko liczyć na własne szczęście, piasek dookoła i może trochę arogancji ze strony potworów.
O wilku mowa. Nastąpił zwrot akcji.
- ARHGH!
Percy szybko poderwał głowę, akurat w porę, by zdążyć uchylić się przed lecącą w niego, a wręcz na niego, drakainę. Rzucił się w bok i wylądował twarzą w piasku, a chwilę później poczuł, jak podłoże pod nim zafalowało.
- Bogowie - jęknął, wypluwając z ust natrętne ziarenka, i rozwarł jedną powiekę, pod którą, na szczęście, jeszcze nie dostał się piasek.
Potwór - potworzyca, będąc bardziej dokładnym - nie wyglądał na zbyt zadowolonego. I Percy nie do końca się temu dziwił. Drakaina, ohydna w swoim całym jestestwie, teraz nie ośmieliłaby się nawet pokazać wśród swoich pobratymców. Jej czirliderski uniform był już cały poszarpany, brudny i klejący, a uniformem zwał się już chyba tylko dla samej zasady.
- Dlaczego to zawsze musiały być czirliderki?
Drakaina obróciła się gwałtownie w jego stronę i chłopak zamarł. Czarne kudły, wijące się dookoła rozeźlonego pyska, natapirowały się, tworząc obraz stracha na wróble. Metalowa noga była pełna wgnieceń i porysowań, a z kolei ta druga, kopytna, wykręciła się pod dziwnym kątem. Drakaina, nie zważając na to wszystko, zasyczała i zaczęła się przesuwać do przodu, prosto w jego stronę.
Nie śmiał nawet wziąć oddechu. Wpatrywał się przerażony w stojącego nad nim potwora i kiedy myślał już, że drakaina, cały czas patrząca mu w oczy, postanowi go wypatroszyć, albo jeszcze lepiej, zawołać Minotaura, "kobieta" warknęła, przeszła nad nim i zaczęła się wydzierać.
- JAK ŚMIAŁEŚ! JAK ŚMIAŁEŚ, TY WIELKIE, BEZMYŚLNE CIELSKO!
Bazując po minach pozostałych, zwyzywała właśnie piekielnego ogara, który ewidentnie poczuł się urażony. Dwa potwory rzuciły się na siebie, a zaraz dołączyła do nich reszta. Dookoła unosił się pył, kurz i ... bogowie, czy to właśnie przeleciała nad nim ludzka ręka?
- Cholera - mruknął i zerwał się z ziemi.
Rozważał przez chwilę, czy nie dołączyć się do walki, w końcu potwory były chyba trochę zdekoncentrowane, ale, jak się okazało, nie musiał wcale dokonywać żadnego wyboru, Poczuł, jak piasek pod nim faluje, a następnie pył otaczający potwory opadł na ziemię. Kiedy zamrugał, potworów już nie było.
- Co do...?
- Nie ma mnie jeden dzień, a ty już zaczynasz przeklinać?
Obrócił się gwałtownie, wnosząc miecz. I gdyby nie to, że wszystko i tak było już pokręcone, nie wykrztusiłby z siebie ani słowa.
- Parę dni - odezwał się powoli. - Nie było cię parę dni.
Bo oto na piasku parę metrów przed nim stała Naya, piękna, zdrowa i czysta. Gdyby nie był już dostatecznie oszołomiony, to pewnie rzuciłby jakiś tekst na temat jej nowego wyglądu, ale tak pozostawało mu tylko wytrzeszczanie oczu i rozpaczliwa próba nie upuszczenia Orkana, by zatonął gdzieś w piasku. Dżinsy, tenisówki, przewiewny podkoszulek - typowy strój typowej amerykańskiej nastolatki - musiały poczekać.
- Tak właściwie to mylisz się. Nie było mnie dokładnie jeden dzień. Ja... odeszłam jedną dobę temu.
Uniósł brwi
- "Odeszłam"? Chyba chciałaś powiedzieć "uciekłam".
W chwili, w której słowa uciekły z jego ust, doszło do niego ich surowe brzmienie.
Naya wyglądała po raz pierwszy na nieco zawstydzoną. Miał ochotę wpędzić ją jeszcze bardziej w poczucie winy, ale wystarczyło mu jedno spojrzenie na jej twarz i dał sobie spokój.
- Ale wróciłaś? Dlaczego? Co się w ogóle stało? Jak ... skąd masz na sobie te ciuchy?
Zmarszczyła brwi.
- Ciuchy?
- Ubrania, fatałaszki, szaty. Okrycie. Wybieraj.
- Och.
Czekał na jakąś kontynuację, ale że niczego się nie doczekał, umocnił uścisk na rękojeści Anaklysmosa i ruszył do przodu.
Naya ledwie drgnęła i już do siebie doskoczyli. Zacisnął dłonie na jej talii, wciąż nie wypuszczając Orkana i przycisnął ją do siebie jak najmocniej, jak najszybciej, byle tylko poczuć drugiego człowieka.
Nawet jeśli ten człowiek nie był do końca człowiekiem.
Jej małe, zręcznie dłonie szybko wplątały palce w jego skołtunione włosy i jęknął, czując ból przy skórze. Ale Naya tylko zacisnęła uścisk i przytuliła się do niego jeszcze mocniej. Nie mógł nie zauważyć, że pachniała wyjątkowo ładnie, zapewne za sprawą prysznicu. On musiał wytworzyć już swój własny, prywatny odór, który nie miał nic wspólnego z półboskim zapachem.
Nie wiedział, ile tak stali. Może dzień, może dwie minuty, może rok, albo żadne z powyższych. Tu czas i tak był pojęciem względnym, nie było sensu go definiować. Ale gdy w końcu wypuścił Naye ze swojego uścisku, nie bardzo już go obchodziło to, że go zostawiła. Kiedyś tam, po coś tam...
Była tu i teraz.
- Percy, szybko - chwyciła go za dłoń i zaczęła ciągnąć w bok, oddalając ich jak najbardziej to możliwe od miejsca zniknięcia potworów - on nie ma za wiele czasu. Musimy...
- Hej, hej, hej! Jaki on?
Obejrzała się za siebie nerwowo, ale Percy nie widział żadnych niebezpieczeństw dookoła.
No chyba, żeby liczyć tony piasku. W takim wypadku byli ugotowani.
- Naya - ściągnął na siebie jej wzrok.
- Co?
- Powiedz mi. O co chodzi?
Nie potrzebował tony wyjaśnień. Ani nawet przeprosin, choć chyba mu się należały. Ale jednak coś wypadałoby wiedzieć, prawda?
- Sah'li, ja... Wcale nie chciałam. Wcale nie chciałam cię zostawić.
Nie odpowiedział.
- Ja pełniłam wartę. Tak jak się umawialiśmy. I wtedy pojawił się on. Chciałam cię obudzić, ale... on zaczął mówić i mówić i po prostu... Tu chodziło tylko o mnie, ja...
Zaczynała już bełkotać, a Percy zastanawiał się, czy ma, czy nie powodów do gniewu. I nie był tego już taki pewny.
- Co mówił?
- Powiedział, że na mnie już czas. Że moja kara już się skończyła i nie mam prawa już tu być. I mnie zabrał.
- Dokąd?
- Nie wiem. To była jakaś kraina, prawdziwa, na powierzchni. Z ludźmi, z drzewami... Z życiem, z... - urwała w połowie zdania, a uścisk jej dłoni umocnił się wokół jego nadgarstków.
Nie był w stanie być zły.
- Wylądowałaś na ziemi - wyszeptał cicho.
Pokiwała głową, a czarne oczy zaszkliły się, choć nie wypłynęła z nich żadna łza. Percy zastanawiał się mimowolnie czy to dlatego, że nie miała już czym płakać, czy nie wiedziała jak.
- Ja nie wiedziałam, co się dzieje. W ogóle, kompletnie. I ci wszyscy ludzie, ten cały świat. Tego było za dużo.
- Nie podobało ci się? - Niemal się zaśmiał. - Nie podobało ci się na Ziemi? Z dala od potworów, kar i ... głodu?
Wzruszyła ramionami.
- Jakoś trudno się było cieszyć.
Spojrzała na niego znacząco, powodując rumieńce na całej twarzy i gulę w gardle. Bo szczerze? Nie wiedział. Całe ostatnie miesiące jego życia skupiały się na niewiedzy, pustce i niepewności. Naya była jeszcze większą niewiadomą.
I nie wiedział, czy on by wrócił po nią.
- Więc przekonałam go, przekonałam go i zabrał mnie tu z powrotem.
Uniósł wzrok znad jej ramienia dokładnie w momencie, w którym z piasku zaczęła formować się postać. I w końcu, w otoczeniu pyłu, kurzu i zgrozy stał przed nim bóg.
I po raz pierwszy Percy wiedział dokładnie z kim ma do czynienia.
- Tartar.
Piasek zaczął się rozmywać, przysuwać bliżej pary, otaczając ją, tworząc swoisty kokon, zamykając. Dostał się w ich oczy, usta, nos... Chłopak nie wiedział już nawet czym oddycha.
A potem usłyszał głos Pierwotnego.
Musicie pozostać w tajemnicy.
Nikt was nie zobaczy.
Nie usłyszy.
Nie poczuje.
Nie pozna.
Dziesięć mija długich lat
Krew na Duszę, Dusza w Piach
Kto klątwy tytana zaznał raz
Pozna znów jej letni smak
Niebo wyda nowy Cień
Chaos zniszczy Pół świat weń
Ofiar toczyć się będzie szlak
Aż heros stary ocali was
W sen zapadam dzisiaj tak
Obudzi mnie najpotężniejsza z Klacz
Ona zburzy stary świat
A Inferno Interny przestanie trwać
W uszach mu huknęło, z płuc zniknął tlen, a żołądek zwinął się w ciasny supeł. A kiedy otworzył oczy, zalało go zimno, w butach poczuł wodę i chłodne płatki orzeźwiły mu twarz.
Widział dookoła śnieg, chałupy, ludzi krzyczących na siebie. A gdy na niebie zobaczył czerwone, zielone i fioletowe błyski, jakby wrzeszczące do niego z gwiazd, zamrugał kilka razy i tak jakby wiedział.
Obrócił się do Nayi.
- Szczęśliwego nowego roku - mruknął.
Uniosła brew, ściągając śnieg z włosów. Widział po jej wzroku, że nie wiedziała, co ma na myśli, ale nie miało to i tak żadnego znaczenia.
- I nawzajem.
Fajerwerki przytłumiły jej ostatnie słowa, ale i tak odczytał ich znaczenie z ruchu warg.
I nawzajem, cholera.
Pozdrawiają MY! Czyli dla niezorientowanych: Ali , Mangha i przymulająca (jak ja ci zaraz przymulę...!) Mobia. Szczęśliwego nowego roku! I szalonego sylwestra.
Cholera, chyba rozdział o północy staje się jakąś tradycją.
Żadnej z powyższych się to nie podoba...

" - Chodźmy dostojnie. [ja :)]
- Prawa, lewa, prawa, lewa...[Mangha]
- Ale bez prawej i lewej.[ja...]
- Ale mogłabyś mnie puścić...? Niech każda z nas ma swoją własną dostojność.[Mobia]"

piątek, 27 grudnia 2013

Rozdział IX

SOUNDTRACK: Jeff Buckley - Hallelujah

PERCY

CHŁOPAK PRZEKONAŁ SIĘ TRUDNĄ DROGĄ, że Tartar nie był miejscem dla samotnego.
Ani dla naiwnych, głupich herosów, którzy dawali się wyrolować, przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Wędrowali zbyt długo, by mógł powiedzieć, ile czasu im to zajęło. Zmęczyli się zbyt wiele razy, by choć raz być w pełni sił. Niebo pozostawało czarne już zbyt długo, by móc mówić o dniu.
O każdej porze, kiedy nie spali, szli na przód, trzymając się za dłonie, by przypadkiem się nie zgubić. A gdy chłopak zaczynał już potykać się o własne stopy lub nie mógł dłużej zrobić kroku bez czegoś w ustach, padali na ziemię, bez żadnych zabezpieczeń, błagając, by nie znalazł ich żaden wróg.
Nie mógł zobaczyć twarzy nimfy, ale gdy sunęli naprzód w ciemność, czuł na sobie jej spojrzenie, oskarżające go, w każdy znany mu sposób. A gdy skończyły się już owoce, i zmuszona była zasadzać nowe nasiona, wiedział, że kopniaki wymierzone w ziemię, przeznaczone były przede wszystkim dla niego. I gdy w końcu Bhar wyrastał, a Percy z powrotem nabierał sił i zmuszał ją do wznowienia wędrówki, uścisk na jego dłoni, nie bez powodu, był taki mocny.
Nie powinien być więcej chyba zaskoczony, kiedy o pewnej jasnej porze, tuż przed tym, zanim się obudził, zniknęła.
Gdy ostatnim razem był przytomny, i runął na ziemię w zamiarze zaśnięcia, było ciemno. I to przez całą ich wędrówkę od ostatniego zasadzenia. Zanim więc otworzył do końca oczy, musiał przyzwyczaić się, do oślepiającej je jasności. A gdy w końcu mu się to udało, i mógł przyjrzeć się otoczeniu, nie było jej już w zasięgu wzroku.
Serce niemal podskoczyło mu do gardła, kiedy zorientował się, że spał niemalże na krawędzi przepaści. U jego stóp roztaczał się klif, a gdy spojrzał dół, widział jedynie ciemność. Natychmiast odskoczył do tyłu, nie będąc do końca pewien, czy to z obawy przed runięciem w dół na śmierć, czy z powodu samego strachu przed otchłanią.
Próbował rozejrzeć się, ale wszystko co było dookoła zdawało się sprowadzać do tejże właśnie dziury. Długie strąki, otaczające ją zewsząd, dając mu jako takie pojęcia na temat jej wielkości, niemalże wpadały do środka, cudem jeszcze trzymając się na powierzchni. Dopiero po chwili Percy zorientował się, że to przerażająca imitacja drzew, szkielety, bez ciała.
Dookoła otchłani, mającej może średnicę dwudziestu metrów, rozciągała się pusta przestrzeń i nic więcej. Jakby to było miejsce, w którym nicość pękła, stwarzając portal do innego wymiaru.
Obrócił się, by podzielić się swoim zdaniem z Nayą, i to właśnie wtedy odkrył jej zniknięcie.
Początkowo, myślał, że po prostu się zgubiła. Potem, że poszła czegoś szukać. Chciał ją odnaleźć, ale nie ważne jak długo szedł, i w jakim kierunku, zawsze koniec końców lądował przy tej samej piekielnej dziurze. Uznawszy, że stchórzyła, i po prostu go opuściła, najpewniej powróciwszy do oryginalnego Bhara, ułożył się na ziemi, i po prostu zamknął oczy, nie chcąc myśleć nad tym, ani sekundę dłużej.
To był jego największy błąd.
Spojrzawszy na to z perspektywy czasu, pluł sobie w brodę, i przyznawał rację dawnym słowom przyjaciół, że ma wodę zamiast mózgu, albo jeszcze lepiej wodorosty. Bo może, może, gdyby tego nie zrobił, to zastanowił by się choć przez chwilę, czym owa piekielna dziura jest, do czego prowadzi, i co ważniejsze, co z niej prowadzi.
Więc w sumie, to nie, widok Minotaura nad jego głową, nie powinien być dla niego najmniejszym zaskoczeniem.
Najpierw poczuł, a dopiero potem zobaczył potwora. Czując cień na ciele, otworzył oczy, w ostatniej chwili, by uniknąć zmiażdżenia przez potężną stopę.
Instynktownie przetoczył się na bok, i całkowicie zapominając o poprzednich troskach, skoczył na nogi.
Wielki byk, czarny, jak dziura z której wypełzł, stał na dwóch nogach, może dwa metry od niego i dyszał zawzięcie, zaciskając łapy na wielkim kamieniu, który, jak Percy podejrzewał, zapewne miał spotkać się z jego głową.
Oczywiście, w takiej sytuacji były różne wyjścia. Wątpił, żeby jednym z nich były odzywki, ale znów zadziałał instynkt.
- Kopę lat, co?
Byk zaryczał w odpowiedzi i zaszarżował.
Percy cofnął się, o mało co nie wpadając do otchłani. Wystarczyło mu jedno spojrzenie w jej kierunku i w końcu zdał sobie sprawę, dokąd trafił.
Znając jego szczęście, nie mogło to być inne miejsce, jak najgorsza czeluść Tartaru, miejsce, w którym potwory powracają do życia na nowo i na nowo. \
Zaklął i wyjął Orkana.
- Hej! - krzyknął i w ostatniej chwili znów odskoczył, zbijając byka z tropu.
Zamierzał zabić potwora trzeci raz i tym razem, wejście do piekła było bliżej, niż kiedykolwiek.
Przez chwilę bawił się z Minotaurem w kotkę i myszkę, zwodząc go i rozpraszając, ale w końcu potwór chwycił go w swoje łapy i przejechał pazurami po piersi.
Percy zadrżał, myśląc o tym, że centymetr w prawo, i byłoby po nim. Ale wtedy potwór, o ile to możliwe, uśmiechnął się i chłopak przypomniał sobie skąd pamięta ten wyraz twarzy. Dokładnie to samo zrobił wtedy, a sekundę później jego matka rozpłynęła się w powietrzu.
Poczuł gniew w piersi i z całej siły kopnął byka nogami. Potwór zatoczył się, tracąc równowagę i jego uścisk poluźnił się, umożliwiając Percy'emu ucieczkę. Chłopak spadł na podłogę i chwycił miecz. Jego spojrzenie padło na dziurę wiejącą obok i nagle do głowy wpadł mu szalony pomysł.
Nie dając sobie czasu do namysłu, wziął duży rozbieg i skoczył na potwora, niemal tak samo, jak te wszystkie lata temu.
Różnica polegała na tym, że teraz nie był już przestraszonym chłopcem, a mężczyzną, któremu nie zostało już nic do stracenia.
Potwór pod nim zaryczał, ale Percy nie puszczał jego wielkiego łba. I zanim mógłby się powstrzymać, wyciągnął długopis z kieszenie i jednym, mocnym uderzeniem uczynił byka bezrogim.
Potwór zaryczał z bólu, i to było wszystko czego Percy potrzebował. Przechylił się do przodu, i jako, że swoje ważył, ten pierwszy zatoczył się do przodu i nagle zabalansował na krawędzie otchłani. Chłopak, nie zatrzymując się sekundę dłużej, skoczył w bok i przez chwilę znajdował się tuż na wejściem do piekła.
Ale wtedy złapał się szkieletu drzewa, zwisającego przy krawędzi, i zaciskając na nim mocno dłonie, słuchał rozwścieczonego ryku Minotaura, spadającego z powrotem w czeluście.
Nie patrząc w dół, chłopak zaczął powoli wspinać się po pnączy w górę, starając się przewalczyć przyciąganie z dołu. Czuł się, zupełnie, jak wtedy, gdy po raz pierwszy zawisł nad Tartarem, ale tym razem, nie miał dla kogo skoczyć. Więc zaciskając zęby, wytężył wszystkie siły i w końcu, po mozolnej wspinaczce padł na ziemię i odsunął się, jak najdalej mógł, od przepaści.
Na jego nieszczęście, zapomniał, że Minotaur nie był jego jedynym wrogiem.
Usłyszał syk, a serce w nim zamarło.
Mógł nosić klątwę Achillesa, ale nie był nieśmiertelny. A w tej chwili, jedyne co był w stanie zrobić, to zasnąć.
Mantikora, w pełnej postaci, syczała przy przepaści, a Percy poczuł, że chce mu się wymiotować, w chwili, gdy ujrzał ogon z kolcami.
- Sssyn Posejdona. No, no, cssiebie się tu nie ssspodziewałem...
Ze wszystkich potworów, najgorsze były te, które potrafiły mówić, zadecydował chłopak. Podniósł się drżąco, ale wiedział, że nawet gdyby dobył miecza, to nie byłby w stanie utrzymać go w dłoni.
Zanim jednak mógł wykonać jakikolwiek ruch, ogon mignął mu przed oczami, i w następnej chwili poczuł, jak ogień przepływa mu przez usta.
Ww jednej chwili znieruchomiał i poczuł, jak pożar przepływa mu przez całe ciało. Upadł na ziemię, a zadowolony syk rozbrzmiał z góry.
- Rzadko ssstosuje ten chwwyt, ale przy przypadku, taki jak twóóój... Jad jakośśś musi się dossstać do śśśrodka...Bolesssne, prawda? Bardziej, niż wtedy.
Nie mógł myśleć, więc po prostu odczołgał się na bok, desperacko próbując nie stracić przytomności.
- Nie odchodzić, sssynu Posssejdona... Jeszzzcze zostało duuuużo do omówienia, ssskarbie...
Po czym mantikora wydała z siebie coś na kształt mruknięcia, i nagle poczuł falę bólu. Zawył bezsilnie, i siłą rozwierając sobie powieki, obejrzał się przez ramię. Potwór położył mu łapę nad łydce, i przesunął na nią cały ciężar swojego lwiego ciała, doszczętnie miażdżąc chłopakowi kończynę.
Percy zacisnął zęby, walcząc ze łzami w oczach. Gdzie był Orkan...Włożył dłoń do kieszeni spodni i zaczął rozpaczliwie się modlić, próbując jednocześnie zignorować ogień w nodze, z której mantikora wciąż jeszcze nie raczyła zejść.
- Wybacz, synku. Ale taka okazja... Więcej się nie nadarzy. - I o ile to możliwe docisnął łapę do łydki jeszcze mocniej, i Percy nie mógł już dłużej powstrzymywać krzyku.
- Och, melodia dla moich uszu. Krzycz dalej, synu Posejdona. Niech twój ojciec usłyszy cię z samego Olimpu.
Ból zabierał mu zdolność myślenia, a dodatek czuł, jak jad mantikory rozlewał mu się po całym ciele. To było gorsze, niż trzymanie świata. Gorsze, niż kąpiel w Styksie. Do diabła, gorsze niż dwie kąpiele w Styksie.
- Nie no, nie powiesz mi chyba, że ta głupia poczwara cię złamała, co Glonomóżdżku? Cholera, nie!
Tylko jedna osoba miała prawo nazywać do Glonomóżdżkiem i z pewnością, to nie był jej głos. Przekręcił głowę w lewo, i ze zdumienia niemal zapomniał o bólu.
Czarnowłosa nastolatka, cała w srebrnych ciuchach, wpatrywała się w niego, jak w idiotę, i wskazywała obydwiema rękami na potwora, wznoszącego się na nim, jakby chciała powiedzieć: No na co czekasz?
- Thalia? - wysapał, i niemal poczuł, jak mantikora zatrzęsła się nad nim ze śmiechu.
- Tak szzzybko? Chłopczzze, okazałeśśś się sssłabszzzy, niż miałem nadzieję. Ale to nic, to nic, i tak już czasss na mnie. Zabawa była doprawdy urocza, urocza, szzzkoda, że tak szzzybko mija. Ale w tej chwili nie jesteś herosssem, dla którego warrto pośśświęcić mój się przessszłością...
Syk potwora niósł się za nim przez cały czas, gdy Percy'ego powoli, ale konsekwentnie opuszczał ból. Na jego oczach łydka powracała do swojego pierwotnego kształtu, a otumanienie na ciele i umyśle cofało się. Ale Łowczyni wciąż stała tam, gdzie przedtem, wpatrując się w niego nieprzerywanie.
- Niedobrze - jęknął i zamknął oczy, rozpościerając się na twardym podłożu.
Jeżeli Percy był pewien jednego, to był nim fakt, że kolejna halucynacja nie wróżyła niczego dobrego.
- Odejdź, odejdź, odejdź - mamrotał cicho, jak modlitwę, nie śmiąc otworzyć oczu. Ale, gdy w końcu to zrobił, kuzynka wciąż wpatrywała się w niego badawczo.
- Percy...?
Jęknął i nagle ogarnęło go gorąco, wzdłuż całego ciała. Głowa, którą unosił, by móc patrzeć na dziewczynę, opadła z powrotem na twardy grunt, i poczuł ostry ból. Cholera.
Thalia natychmiast pospieszyła w jego stronę, i chwytając go za ramiona, podniosła i podczołgała do najbliższego drzewa.
Chwila.
Skąd tu się wzięło drzewo?
Spojrzał na nią zdawkowo, a ona patrzyła się na niego, i w końcu postanowił przerwać ciszę.
-?
Przez sekundę wpatrywała się w niego tępo, a zaraz później dostał po łbie.
- Idiota.
- Au... - mruknął, masując sobie głową. Spojrzał na nią krzywo. - Nie wiedziałem, że zjawy mogą dawać po głowie. Ani, że ich ofiary będą to czuć.
Niepotrzebnie to mówił. Zasłużył na kolejne uderzenie.
- Jezu, kobieto... Można by pomyśleć, że pierwszy raz w życiu kogoś uderzyłaś i musisz się wyżyć... Coś ty robiła te ostatnie trzy lata z Łowczyniami, podziwiała widoki?
Dziewczyna uniosła rękę trzeci raz, ale tym razem był już przygotowany. Milisekundę przed tym, jak miała go dotknąć, odchylił się do tyłu, powodując, u dziewczyny utratę równowagi. Poleciała do przodu, a on przez sekundę zastanawiał się, czy uczciwie byłoby jej nie złapać. Ale odruchy zadziałały za niego. Chwycił dziewczynę za ramiona, i wyrównał go pionu. Ale choć siedziała już bezpiecznie na ziemi, to wciąż nie zwalniał jej rąk ze swojego uścisku.
- Wow... - szepnął, a Thalia rzuciła mu kolejne spojrzenie z serii : Czy cię już do reszty zwodorościło?
- Percy, co ty wyprawiasz? Czy ta mantikora coś ci pomieszała z głową?
Podniósł brwi.
- No, duh... Widzę zjawy. To chyba definicja "pomieszania".
Nastolatka rozejrzała się szybko, po czym zmrużyła oczy, zaniepokojona.
- Jakie zjawy? Gdzie?
No to zaczynało być niepokojące, pomyślał Percy, zwalniając ręce dziewczyny z uścisku.
- Ciebie.
Cofnęła się do tyłu, zaskoczona.
- Słucham? - zapytała, najwidoczniej oburzona.
- No ciebie. Ty jesteś zjawą. Co w tym takiego trudnego do pojęcia?
- Ja nie jestem zjawą, matołku.
Parsknął śmiechem.
O ile ostatni raz, wtedy z Annabeth w roli głównej, mógł przeżyć, bo był w ciężkim stanie i bardzo tęsknił za domem i tak dalej, to teraz nie miał na to najmniejszej ochoty. Czuł, że wariuje, tak właściwie, to czuł, że cały świat wariuje, i złamane serce, gdy kolejne z jego przyjaciół zniknie w ciemnościach, było ostatnim czego potrzebował.
- W takim razie powiedz mi, o Thalia, córko Zeusa, nie zjawo, skąd się nagle wzięłaś w Tartarze?
Dziewczyna zachłysnęła się mocno powietrzem, a chłopak pomyślał, że jeśli jest ona wyobrażeniem części jego podświadomości, to ta część podświadomości, była wyjątkowo kiepsko poinformowana.
- Ja jestem w Tartarze. Najprawdopodobniej w najgorszej jego części, bo w miejscu, przy którym odbudowują się na nowo potwory. Chyba. Tak myślę. Nie da się stąd pójść, więc raczej nie da się też tu przyjść.
- Ty jakoś się tu znalazłeś - zauważyła, ale postanowił ją zignorować. Oczywiście, mogła mieć rację, ale najwidoczniej p prostu jego pech mógł zmieniać reguły wszechświata.
- Ty z kolei jesteś na Ziemi, na powierzchni, wśród Łowczyń i zapewne w środku jakiegoś polowania. I wiem, że być może nie jestem najlepszy z matmy, ale w tym równaniu nie ma szansy, byś rzeczywiście tu była. Więc jeśli nie jesteś wytworem mojej świadomości, to czym?
Wpatrywał się w kuzynkę, i choć nie mógł tego przyznać, to tak naprawdę, w tej chwili nie marzył o niczym innym, jak o tym, żeby była prawdziwa, i żeby choć przez chwilę przestał być całkowicie sam. Natychmiast jednak odgonił od siebie tę myśl. Nie mógł marzyć o tym, żeby jego bliscy znaleźli się w Tartarze. To by było po prostu okrutne.
Thalia milczała jakiś czas, aż w końcu wyciągnęła rękę i przejechała mu palcami po włosach. Potem po linii szczęki, a na końcu, chwyciła jego dłoń. Pozwolił jej ją unieść go góry, i przyłożyć do jej własnego policzka.
- Jeśli mnie tu nie ma, - szepnęła - i jeśli jestem tylko wytworem twojej wyobraźni, to dlaczego mogę cię dotknąć? Dlaczego czujesz, że tu jestem?
Chciał pokręcić głową, wzruszyć ramionami, ale nie mógł zaprzeczyć ciepłu jej policzka pod własnym palcami. Ktoś siedział koło niego, żywy, z mięsa i kości, i mógł tego kogoś dotknąć. Nie był w stanie temu zaprzeczyć.
- Może to nie ty? Może jednak jesteś Nayą, i znowu was pomyliłem? Już mi się to zdarzyło, pamiętasz?
Pokręciła głową.
- Nie, nie pamiętam, bo to nie byłam ja. Jestem Thalia, Percy. Mówię ci prawdę. W jakiś sposób znalazłam się tutaj z tobą, w Tar...
- Nie! - Szybko zakrył jej usta dłonią. - Nie tutaj. Nie wymawiaj jego imienia.
Dała mu znać oczami, że rozumie, i powoli odsunęła od siebie jego dłoń i położyła na ziemi.
- Rozgryziemy wszystko co i jak, okej? Tylko... Trzeba się będzie skupić.
Pokiwał głową.
- Okej. Okej. - Oparł się o drzewo i zamknął oczy. - Więc...? - Podniósł do góry dłonie. - Powinnaś zacząć? Co ostatnie pamiętasz?
Cisza.
- Hej? - Otworzył oczy, zastając widok Thalii, pogrążonej w głębokim skupieniu. - Czemu nic nie mówisz?
Uniosła do góry jeden palec, uciszając go, a potem otworzyła oczy i wlepiła w niego zdziwione spojrzenie.
- Nie pamiętam.
Zdenerwował się.
- Jak to : nie pamiętasz? - powtórzył. - Czego nie pamiętasz? Kto wygrał wojnę?
Przez chwilę miał ochotę zapytać, który jest rok, ale w porę zdał sobie sprawę, jak idiotyczne dla niego byłoby to pytanie.
- Ja... - Po raz pierwszy w życiu widział Thalia zmieszaną. - Pamiętam, że wygraliśmy... A potem parę miesięcy później ty zniknąłeś... - Widział skupienie na jej twarzy. - A potem pojawił się Jason i spadliście do Tartaru...
Oczy dziewczyny nagle rozszerzyły się.
- Gdzie jest Annabeth?
Zacisnął pięść.
- Annabeth wydostała się.
- W takim razie... Och. - Najwyraźniej coś sobie przypomniała. - Pamiętam. Zamknąłeś wrota.
Pokiwał głową, a przez twarz dziewczyny przebiegł cień. Jednak już chwilę później twkiła w jego ramionach.
- Bogowie, Percy! Wszyscy tak za tobą tęsknią! - Odsunęła się od niego na parę centymetrów i chwyciła jego twarz w dłonie. - Nie mogę uwierzyć! Ty wciąż żyjesz! Myśleliśmy... Nico był przekonany, że... Ale to nie ważne, wszystko jest z tobą w porządku.
Powstrzymał chęć prychnięcia, i przyciągnął kuzynkę z powrotem do siebie. Prawdziwa, czy nie - w tej chwili nie mogło go to bardziej nie obchodzić.
- Musisz mi powiedzieć, co się dzieje na Ziemi. Co się ze wszystkimi dzieje. Czy Grecy i Rzymianie pogodzili się? Hazel, Frank, Piper, Nico...? Wszystko w porządku? I ty? A co z... co z Annabeth?
Otworzyła usta, najwyraźniej chcąc mu odpowiedzieć, ale żadne słowa nie wypłynęły.
- Nie wiem - przyznała po chwili.
- To znaczy?
- To trochę, jak... Film sprzed lat, którego do końca nie pamiętam, ale wiem mniej więcej o czym był. Nie pamiętam co się ze wszystkim dzieje, ani nawet co robiłam, zanim cię zobaczyłam, czy poprzedniego dnia. Tylko tyle, że... na razie mamy pokój. Obozy zawarły sojusz. Przepraszam. Tylko tego jestem pewna.
Zachmurzył się.
Jeśli wymyślił sobie Thalię, to ta odpowiedź była bardzo wygodna. Nic nie pamiętać, tylko bardziej ogólną sytuacje... Którą przecież wiedział mniej więcej, jak miała wyglądać. A to, że obydwa obozy się pogodziły. To po prostu było coś, czego bardzo chciał.
Thalia zauważyła, że wyraz jego twarzy się zmienił.
- Nie wierzysz mi, prawda? Myślisz, że jestem nieprawdziwa.
Nie zaprzeczył.
- Okej. Okej. Przypomnę sobie coś, coś co mogłam wiedzieć tylko jak, i coś co to uwodni. Zobaczysz. Uwierzysz, że to ja. W końcu.
Wzruszył ramionami, nagle czując wszechogarniającą go senność.
- Thalia, ja...
I zanim się zorientował, leżał już półśnie, z Thalią powtarzającą, jak mantrę : Jestem prawdziwa, jestem prawdziwa.
I nawet nie wiedział, że w jakieś części, rzeczywiście była.
Gdy się obudził, o mało co nie dostał ataku serca.
Po pierwsze, Thalia zniknęła.
Nie żeby był jakoś strasznie zdziwiony. Nie do końca wierzył, że jest prawdziwa, tak czy siak, ale mimo wszystko zakuło go trochę to, że jej już nie było. Prawdziwa czy nie, towarzystwo było miłe. Ale z drugiej strony, był wdzięczny, ze to wszystko okazało się być tylko halucynacjami, bo gdyby w jakiś sposób przyciągnął swoją przyjaciółkę do żywego piekła, to nigdy by sobie tego nie wybaczył.
I mówiąc o piekle, Percy właśnie go doświadczał.
Miał szczęście, że to drzewo, to felerne drzewo, które pojawiło się znikąd, wciąż tam było, i zasłaniało go przed oczami potworów.
A Gajo, Potworów ich było, i było ich dużo.
Jeden po drugim, wynaturzały się z otchłani. Ale nie wyskakując z niej, jak to sobie początkowo wyobrażał, ale formując się na jej skraju, z prochu, w który wcześniej zamieniono jej na Ziemi. Niektóre, tak jak harpie, bądź drakainy, czy też ogary, znikały, gdy tylko uzyskały pełny kształt. Pozostałe zbierały się w grupę (!) i wspólnie oddalały się od otchłani, i ku zaskoczeniu Percy'ego, rzeczywiście udawało im się oddalić.
Nie wiedział do końca, dlaczego nikt go nie atakuje, ani nie reaguje na jedyne drzewo, ale nie przeszkadzało mu to. Przywarł do pnia, starając się wtopić w ciemność, bo najwyraźniej znów zapadło coś na kształt nocy, i starał się pozostawać niezauważonym.
Ale czas mijał, a potwory wciąż formowały i formowały, a potem część z nich odchodziła. Miał ochotę wyjść z ukrycia i ściąć je wszystkie w pół, ale na szczęście, umiał się powstrzymać. Po za tym, wiedział, że i tak byłoby to bezsensowne, i całkowicie, całkowicie, bezmyślne z jego strony. Nie dałby rady takiemu fali potworów, a nawet gdyby, to zaraz i tak by wróciło, najprawdopodobniej dobrze pamiętając, kto powstrzymał je od szybszego powrotu na Ziemię.
W końcu, po paru godzinach, niebo zaczęło znów się rozjaśniać, i gdy ostatnia drakaina zniknęła sprzed jego oczu, wynurzył się spod drzewo i podszedł do krawędzi.
Patrzył przez chwilę w dziurę, próbując rozgryźć, to co właśnie zobaczył, ale nie był w stanie normalnie myśleć. Był zbyt głodny.
Odwrócił się, myśląc poważnie o tym, by zjeść liście z drzewa i zamarł.
Pod koroną rośliny tkwił koszyk i jego plecak. Percy taszczył je przez cały czas, gdy wędrowali z Nayą, i pamiętał, że gdy nimfa w końcu dała nogę, nie zabrała ich ze sobą. Ale też wiedział, że rzucił rzeczy na ziemię, tuż przed tym, gdy sam się położył i został zaatakowany przez Minotaura. To był cud sam w sobie,, że podczas walki ich nie rozgnietli, ale chłopak dobrze pamiętał, że potem ich nie dotykał, a przecież jakimś cudem znalazły się pod tym drzewem.
Podszedł z powrotem do rośliny i przykucnął przed koszykiem. W środku znajdowało się siedem, soczystych owoców, zupełnie tak jak pamiętał.
Cholera, może to jednak nie były omamy?
Usiadł zrezygnowany, i dopiero teraz dotarło do niego, że jego drzewo zdawało się być... Gdzie indziej. Oparł się o pień, ale czuł się, jakby opierał się o galaretkę. Było tam, ale nie do końca. Odsunął się, i zaczął oglądać je zażarcie, aż drzewo raz po raz stawało się niewyraźne, i w końcu całkowicie zniknęło. Wpatrywał się w puste miejsce po nim, oniemiały i w końcu wyciągnął rękę do przodu.
Nic. Jakby nigdy niczego tam nie było.
Pokręcił głową.
- Okej - wyszeptał. - Co się będę kłócić? Nie ma, nie ma.
Wyciągnął Orkana i ostry kamień z kieszeni bluzy, po czym rozpoczął mozolną pracę zaznaczania kolejnego dnia na ostrzu. Kresek był już tak wiele, że musiał zacząć się zastanawiać nad nową metodą. Może powinien robić z nich krzyżyki? A potem gwiazdy. A potem...
- Nie - mruknął do siebie. - Nie będzie żadnego potem. Wydostaniesz się stąd szybciej, niż będzie musiał ponownie się nad tym zastanawiać.
W końcu urzeźbił idealną półprostą i spojrzał częściowo z dumą, częściową z goryczą na ostrze. Właśnie zapełnił ostatnie miejsce na jednej stronie. Obrócił miecz, ukazując jego gołą część, ale szybko pokręcił głową. Nie. Tej strony nie będzie oznaczał. Nie potrzebował podwójnego przypomnienia piekła. Jedno było całkowicie wystarczające.
Zasnął, nim znów się ściemniło.
Najwyraźniej miał poprzestawiany rytm dnia, bo znów obudził się, gdy zapadła ciemność.
Potwory raz jeszcze stały przy krawędzi, formując się, znikając i odchodząc. I tym razem, żadne z nich nie zdawało się go dojrzeć, choć nie siedział pod okryciem liści. W końcu zobaczył znów Minotaura i poczuł, jak przelewa się w nim gniew.
Ale tym razem był mądrzejszy, i nie rzucił się do walki. Czuł jednak nie małą satysfakcję, gdy patrzył na łeb byka i był pewien, że nawet inne potwory wiedziały, że syn Pazyfae miał powód do wstydu.
Ale w końcu, patrzenie całą noc na potwory, dały jakiś efekt. Doszedł do paru prawidłowości.
Po pierwsze, potwory zawsze wracały, w porze nocnej. Prawdopodobnie dlatego, że w nocy były silniejsze, albo może nie były przyzwyczajone jeszcze do światła, po odbudowywaniu się w czeluściach piekła.
Po drugie, potwory dzieliły się na dwie kategorie. Te słabsze, takie jak drakainy, ogary, czy inne, wracały na Ziemię od razu. Te potężne, tak jak Minotaur, albo mantikora, musiały najwyraźniej wracać, jakkolwiek głupio to brzmiało, pieszo. Percy podejrzewał, że skoro tak trudno było je zabicie, to jedynym sprawiedliwym wyjściem było utrudnienie im powrót.
Niepokojące było jednak to, że gdy część potworów znikała, a część odchodziła, to Minotaur wciąż stał przy krawędzi i ryczał na każdego. Percy nie był pewien, czy potwory mają jakąś społeczność, albo wysoko zaawansowaną hierarchię, ale jeśli tak, to bykołak był na górze.
W końcu, gdy znów zaczynało się rozwidniać, a parę potworów, zbyt potężnych by zniknąć, wciąż stało przy krawędzi, Percy zaczął czuć się nerwowo. Jedna rzecz ukrywać się w nocy, przed tłumem, który sam sobie szkkodził, a druga walczyć w świetle dnia z pięcioma, sześcioma potężnymi. Zwłaszcza, że nie był pewien, czy teraz węch im się już nie polepszył, jeśli to to, sprawiało, ze zdawali się nie zauważać jego obecności.
Ale w końcu, Minotaur, hydra, dwie drakiny z największym ogarem, jakiego kiedykolwiek widział, większym nawet od Pani O'Leary, zaczęli się oddalać i minęli go, całkowicie ignorując fakt, że pod nosem mają soczyste śniadanie.
- Co do...? - mruknął i zmrużył oczy. Wstał i tak dla pewności, wbił Orkana w ziemię, tworząc szczelinę w podłoże, ciągnącą się prawie do oddalającej się grupy.
Zero reakcji.
I nagle go trafiło.
Chociaż ignorancja ze strony potworów martwiła go, to nagle zdał sobie sprawę z jej korzyści. Jeśli go nie zauważyły, to też nie atakowały, a to znaczyło, że...
Chwycił plecak i koszyk, i oglądając się po raz ostatni na otchłań, zaczął iść.
Nigdy, nigdy nie sądził, a podejrzewał, że im też nie przyszło to przez myśl, że jego ucieczka z Tartaru będzie z potworami za przewodników.
Alleluja.

Rozdział VIII



Young The Giant - My body

PERCY

OKEJ. TERAZ TO PRZESTAŁO JUŻ BYĆ ZABAWNE.
- Naya, proszę cię. Dajże mi już spokój.
Drzewczyca rzuciła mu spojrzenie spod rzęs.
- Proszę...
- Nie, Naya. Dosyć.
Podniosła z ziemi ostro zakończony kamień.
- Proszę. To będzie już ostatni raz.
Pokręcił głową.
- Nie. To nie będzie twoje nowe hobby.
Zmarszczyła nos.
- Co to znaczy "hobby"?
Zapomniał, że nie rozumiała wszystkich słów. Westchnął.
- To zajęcie, które robimy dla rozrywki, dla zabawy. Mniej, więcej. W każdym razie, rzecz w tym, że nie będziesz robiła z tego hobby. Koniec dyskusji.
Uśmiechnęła się.
- Ale Percy... Proszę cię. Proszę, proszę, proszę.
Odkąd zaczął ją uczyć różnych słów po angielsku, ekscytowała się każdym, a następnie nabierała irytującego zwyczaju powtarzania i przez najbliższą septymę. Teraz jej ulubionym słowem było "proszę", a podejrzewał, że "hobby" również zaraz dołączy do tego szerokiego grona.
- To będzie ostatni raz. Proszę.
Uniósł brew.
- Ostatni raz?
Energicznie pokiwała głową.
- Tak! Ostatni raz. Słowo nimfy.
- No dobrze. - Podał jej kamyk.
Cofnęła się od niego na parę kroków, a potem cisnęła ostrą krawędzią kamienia prosto w jego serce.
Naturalnie, kamień odbił się od chłopaka i poleciał prosto do rzeki płynącej obok. Percy patrzył, jak kamień nie tonie, lecz unosi się na powierzchni i żarzy, kawałek po kawałku. Nie minęła minuta, a Styks spaliła przedmiot.
Kiedy myślał o tym, że jego skórze działo się to samo, i to nie raz, a dwa razy, to zaczynał wręcz czuć ogień na plecach.
Naturalnie, musiałaby nastać nowa era, zanim chociażby wspomniał o tym Drzewczyce. Nie żeby był w stanie zauważyć, gdyby rzeczywiście tak się stało.
Tartar był inny. Naginał rzeczywistość. Naginał ją do granic, i Percy czasami aż widział jej rozciągnięte do białości końce, które lada chwili miały pęknąć i zaprezentować dziury wielkości małego miasteczka.
Czasami wydawało mu się, że widzi zagubione dusze, wędrujące po suchym polu. Innym razem próbował dojść do migoczącego przed nim w oddali jeziora, ale nie mógł. Wrócił po tercji, tylko po to by Naya zapytała go co robi w jaskini, skoro wyszedł chwilę temu.
Bo Tartar nie był piekłem, nie w tym sensie. Nie walały się tu wszędzie potwory, w każdym razie nie tam, gdzie Percy przebywał. Nie było tu upalnie, świat nie mienił się na czerwono i czarno. Rogate diabły nie podpalały dusz na prawo i lewo, nad kotłem ognia.
Nie, gdyby chłopak miał strzelać, to raczej powiedziałby, że to czyściec. I w chwilach takich jak wtedy przy jeziorze, zaczynał powątpiewać, czy to, że trafił do tej części Tartaru, a nie do drugiej, było takim szczęściem, jak na początku myślał.
A on akurat wiedział, jak to jest w tej piekielnej części. I chociaż fakt, to nie były jego najlepsze wspomnienia, to chociaż były jego.
Tutaj nie wiedział, co ma myśleć. Raz czas przyspieszał, raz zwalniał. Kiedyś następnego dnia po zerwaniu owoców, Drzewo zakwitło ponownie, a kiedy podzielił się tym ewenementem z Nayą, Drzewczyca spojrzała na niego zaniepokojona i powiedziała, że przecież minęła septyma ( zaczęła używać tych samych nazw co on, po niekończącej się frustracji, spowodowanej tym, że nie wie, co chłopak do niej mówi).
Innym razem, stracił słuch. Dookoła niego zapanowała głusza na dość długi okres, i minęło sporo czasu, zanim przestał panikować.
Tartar urabiał go sobie z każdej strony, powoli, ale efektywnie.
Chłopak zaczął się już obawiać nie o swoje życie, ale o swoją świadomość. Przyszło mu do głowy, ze te halucynacje z Annabeth w roli głównej, nie były skutkiem walki z potworem, ale efektem zgubności Tartaru. Przedstawił nawet te rozważania Nayi, a Drzewczyca nie rozmawiała z nim potem przez następne parę prym, głęboko zamyślona.
Nie chcąc w pewnym momencie obudzić się i zdać sobie sprawę, że minął rok, zmusił ją by zdawali sobie sprawozdanie z prymy i plany na następną. Malowali kreski na ścianach, by zaznaczyć upływający czas, ale gdy później nie mogli ich już odnaleźć, ryli, a raczej on rył, krechy w Orkanu. Żal mu było, a nawet i Naya początkowo odmawiała go od tego, ale uparł się. Miecz był jedyną rzeczą, jakiej był pewnej, że nie zgubi i zawsze będzie przy sobie miał. I zamierzał to wykorzystać. Później godzinę spędzał na moczeniu ostrza w wodzie, a gdy jakimś cudem wgłębienia znikały, choć ciemny ślad pozostawał, kolejną poświęcał na modlitwy do Posejdona.
- Nacieszyłaś się już atakowaniem mnie? - zapytał, uśmiechając się do Drzewczycy.
Zmrużyła oczy w odpowiedzi.
- Chyba...?
- Lepiej niech to będzie "chyba tak", bo więcej szans nie dostaniesz. Powinniśmy się już zbierać, chodź. - Odwrócił się i niemal natychmiast poczuł uderzenie w plecy. - Hej! - krzyknął, zwracając twarz na dziewczynę, która teraz uśmiechała się diabelsko, do złudzenia przypominając mu Thalię. - To miał być ostatni raz! Dałaś słowo!
Pokazała mu, że ma puste dłonie i uśmiechnęła się złośliwie.
- Dałam słowo nimfy, a przecież mówiłam ci bardzo jasno i wyraźnie, że nie jestem nimfą.
Patrzył się na nią, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa.
- No co? - zapytała.
- Ty mała, wredna, podstępna... Nimfo, ty!
Wykrzywiła twarz w udawanym oburzeniu.
- Nie powiedziałeś tego!
Uniósł dłonie w górę, w wyrazie bezradności.
- Powiedziałem. - Westchnął. - Co zrobisz?
- Zrobię... to!
I rzuciła się na niego.
Wskoczyła mu na plecy, obejmując nogami w pasie i zaczęła okładać pięściami jego głowę.
Oczywiście nie mogła go zranić, nie teraz kiedy dzierżył klątwę Achillesa. Ale uderzenia wciąż bolały, zwłaszcza, że Drzewczyca potrafiła być bardzo silna, gdy tego chciała.
On nie chciał.
Zaczął wykręcać ręce do tyłu, próbując ją z siebie zdjąć, ale nic z tego. Naya tak się wiła i kręciła, że nie był wstanie jej dosięgnąć. W pewnej chwili był już całkiem pewien, że wlazła mu na ramiona, i najwyraźniej próbowała przejść na głowę.
- O co to, to nie - mruknął i rozpoczął szaleńczy bieg, w nadziei, że nimfa po prostu spadnie na ziemię. Ku jego zdziwieniu, ona najzwyczajniej w świecie zsunęła się z powrotem na jego plecy, objęła nogami w pasie i trzymała się dalej.
- Coś ty robiła te dwa tysiące lat temu... - wysapał, a ona zaśmiała się.
- Mówiłam ci Sah'li, że nie jestem jak te nimfy.
- Z pewnością - burknął, nie przestając biec. Przed nimi płynęła mała rzeczka (kolejna!), a mu świtał w głowie plan.
Naya zdjęła ręce z jego szyi i odchyliła się do tyłu, teraz trzymając się go jedynie nogami. Imponujące. Wydała z siebie okrzyk zachwytu.
- Przyznaj to, Percy! Nie jestem zwykłą nimfą!
- Myślałem, że w ogóle nie jesteś nimfą - zauważył.
- Przyznaj!
Może i by przyznał, ale Naya nie przewidziała jednej rzeczy, i nagle jego plan przestał być już potrzebny. Odchyliła się teraz na całego, i prawa fizyki w końcu wymogły na niej swoje racje. Chłopak stracił równowagę, a ona spadła na ziemię, pociągając go za sobą, bo naturalnie nie chciała go puścić.
Uderzyli mocno o kamienie i trochę jęcząc, wybuchnęli śmiechem.
W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że praktycznie na niej leży, więc z zarumienionymi policzkami podniósł się.
- Hej! - krzyknęła w proteście. - Wracaj tu!
Pokręcił głową z uśmiechem, na co ona jednym sprawnym ruchem nóg podcięła mu jego własne. Runął na ziemię, na szczęście tym razem koło niej, a nie na.
- A to za co? - jęknął.
- Oj, nie marudź.
Patrzyła w niebo, więc skopiował jej pozę i zaczął przypatrywać się schodzącej czerwieni.
Nie wiedział, ile czasu tak spędzili, po prostu patrząc się w górę, ale to Drzewczyca pierwsza przerwała ciszę.
- Dwa tysiące lat?
- Co? - Spojrzał na nią, wyrwany z zadumy.
Nie odwzajemniła spojrzenia, wciąć trzymając wzrok zwrócony w tę samą stronę.
- Tak powiedziałeś. Dwa tysiące lat temu.
- Ano tak.
- Czy tyle właśnie czasu minęło? Tyle jestem w Tartarze? Dwa tysiące lat?
Z zakłopotaniem zdał sobie sprawę, że Drzewczyca żyła jeszcze przed bogami. Musiała być naprawdę stara. A skoro to bogowie ją wrzucili do Tartaru... To mogła spędzić tu tyle lat, ile Zeus miał urodzin.
- Ja... Nie wiem. Chyba więcej. Trzy tysiące, albo... albo cztery. Nie wiem, kiedy tu trafiłaś.
Odmruknęła coś, tak cicho, że jej nie usłyszał.
- Opowiedz mi o tym.
Gwałtownie przekręciła głowę.
- Co?
- Opowiedz mi o tym. Dlaczego Zeus cię tu strącił?
Wyglądała niewyraźnie.
- Ja... Nie lubię o tym mówić.
Widział smutek w jej oczach, ale czuł, że musi wiedzieć więcej. Więc naciskał dalej.
- Proszę cię. Powiedz mi. Jeśli nie to, to przynajmniej...
- To przynajmniej co?
- Powiedziałaś mi wcześniej, że służyłaś Gai, kiedy to ona była u władzy. Ale w mitologii nic nie ma o tym, żeby Matka Ziemia była królową świata. Tylko jej mąż, albo syn, albo...
- Okej, łapię - przerwała mu, ale nic więcej nie powiedziała.
Usiadł prosto i spojrzał na nią.
- Słuchaj, Naya. Jest wojna. - Zmieszał się. - Albo wojna we wstrzymaniu. Rzecz w tym, że gdy już stąd wyjdę, to będę musiał się zmierzyć z Gają. Więc jeśli jesteś w stanie mi jakoś pomóc... To proszę cię, pomóż.
Uniosła palce do góry i zaczęła rysować w powietrzu jakiś kształt. I zanim się zorientował nie byli już w Tartarze, a na jakiejś polanie.
Dookoła niego paliły się ogniska, a wokół nich odprawiane były jakieś rytualne tańce. Stworzenia oplecione liśćmi, albo czasami wręcz nagie, krzyczały, śpiewały, a ogień unosił się i opadał, liście szalały na wietrze. Trawa szumiała przywodząc Percy'emu na myśl karpoi, a Drzewa wyginały się, jakby też uczestniczyły w obchodach.
Chłopak spojrzał ze zdumieniem na Drzewczycę, która stała prosto i oglądała wszystko, niewzruszona.
- Czy to są... Czy to jest...?
- Tak. To mój lud, z czasów kiedy jeszcze byłam na ziemi.
Jedna z postaci przebiegła przez ogień i wskoczyła na drzewo na środku Polany. Zaczęła wspinać się coraz wyżej i wyżej, krzycząc przy tym szaleńczo, a chłopak poczuł ukłucie w środku.
- Hej, czy to jesteś ty?
Na jej twarz wpłynął smutny uśmiech.
- Yhmy... Kiedyś byłam przywódczynią plemienia. Byłam dla nich wszystkich - wskazała ręką na postacie - matką.
Spojrzał na nią dziwnie.
- Nie dosłownie, oczywiście. W przenośni.
Patrzył, jak ta druga Naya w końcu dopina swego i znajduje się na czubku drzewa. Ono, jakby na jej rozkaz, zaczęło rosnąć w górę, jego pień wydłużał się, a gałęzie, niczym ramiona, sięgały po Drzewców i sadzały koło niej.
- To jest ... niezwykłe.
Pokiwała głową.
- Tak, Bhar był niesamowity. I na dodatek uwielbiał się popisywać, zwłaszcza przed moimi pobratymcami.
- Bhar?
- Tak, moje Drzewo.
Wytrzeszczył oczy.
- To drzewo? To drzewo, które teraz rośnie do nieba, było twoim Drzewem?
Zaśmiała się.
- Mówiłam ci, że byłam przywódczynią. Moje Drzewo musiało być... no cóż, wspaniałe. A Bhar był wspaniały. Niezwykle potężny, dumny i silny. Ale uwielbiał się popisywać. Był... trochę taki, jak ja. Był moim odzwierciedleniem. To Drzewo, które rośnie teraz w Tartarze... no oczywiście, to jest Bhar, w jakiejś tam części, ale nie może w pełni rozwinąć swoich możliwości. Jest niekompletny. Nie mogę się z nim skontaktować, nie w pełni.
Zamilkła i ruszyła przed siebie. Szybko ocknął się i dogonił ją.
- Gdzie idziemy?
- Na Othrys.
Przed nimi widniała góra, na którą Percy definitywnie nie chciał wchodzić.
- Eee... Jesteś pewna, że to dobry pomysł? Bo wiesz, ta góra wydaje się być całkiem spora...
Machnęła niecierpliwie ręką, nie przerywając wspinaczki.
- Nie martw się, tu odległości nie są rzeczywiste.
- Tu? - uniósł brwi.
- To nie jest rzeczywistość, Percy. To bardziej, jakby...wspomnienie. Wizja.
- A czy... Wszyscy Drzewce potrafią stworzyć takie wizje?
Pokręciła głową.
- To nie ma nic wspólnego z byciem Drzewcem.
Zatrzymał się, spoglądając na nią pytająco.
- Później samo się wyjaśni, nie ma sensu, żebym tłumaczyła ci to teraz.
Zgodził się, ale i tak był niezadowolony.
- Wiesz, teraz drzewa nie są takie jak kiedyś.
- To znaczy? - zmarszczyła brwi.
- To znaczy, że one nie są... żywe. Nie ruszają się, nie mają imion. Nie mówią.
Jej twarz pozostała beznamiętna, ale wiedział, że to co powiedział, dotknęło ją. Ale miała prawo wiedzieć.
Ale zanim mógłby dodać coś jeszcze rozpoczęła swoją opowieść.
- Wiesz, jak powstał świat?
Zaprzeczył.
- Chaos był pierwszy. To z niego powstali inni, między innymi Gaja. Bogini stworzyła Uranosa, a ten został jej małżonkiem. Razem mieli rządzić światem, ale Gaja była kobietą, więc oczywiście Uranos odtrącił ją i sam dzierżył władzę. Wiedział, że któreś z jego dzieci ma pozbawić go władzy, więc wszystkie strącał do Tartaru. - Westchnęła. - Kiedy mi o tym opowiadano, mówiono o tym, że Gaja nie chciała by i tytanów spotkał ten los, więc pomogła Kronosowi zgładzić męża. Ale prawda jest taka, że nie chciała dłużej stać w cieniu.
Nimfa przerwała na chwilę, bo weszli na trudny do przejścia moment, ale po parunastu minutach, wznowiła opowieść.
- Miała nadzieje rządzić synem i synową, i przez jakiś czas udawało jej się. Można by powiedzieć, ż rzeczywiście to ona była u władzy, oni byli jej pionkami...
Chłopak skrzywił się na to słowo.
- Ale Kronos nie był znowu taki głupi. Chciał pokazać matce, kto tu rządzi. Więc upokorzył ją...
W tym momencie doszli na szczyt góry, i nagle znaleźli się w jakimś hallu, który niebezpiecznie skojarzył się chłopakowi z tymi, które widział na Olimpie...
- To jest pałac na Othrysie. Na nim wzorował się Olimp, choć wątpię, by Olimpijczycy to przyznali.
I gdy jedna Naya skończyła mówić, druga przebiegła im przed oczami, zaraz znikając za marmurowymi drzwiami. Miała na sobie typowo grecki strój, a w ręku dzierżyła dzban wody.
Percy spojrzał pytająco na obecną Nayę.
- Co robisz na Othrysie?
- To nauczka.
- Czego?
Prychnęła.
- Pokory - niemal warknęła. - Kronos wiedział, że my, Drzewce, jesteśmy ukochanym narodem Gai. Chciał pokazać, gdzie jest jej miejsce, więc jego przywódca, a wtedy byłam to ja, został powołany do roli służki jego żony.
Nie wiedział, jak ma na to odpowiedź, więc nic nie mówił. Stali na korytarzu, a on przyglądał się wszystkiemu dookoła w milczeniu, aż w końcu po jakimś czasie, znowu ujrzeli drugą Nayę, lecz tym razem miała na rękach niemowlę.
Tym razem nie biegła, lecz szła bardzo powoli, jakby z trudem stawiała kroki. Wzrok utkwiony miała z zawiniątku na rękach, a chłopak wiedział, że gdyby mogła, to Drzeczwyca zapłakałaby.
- Które to? - zapytał cicho, zastanawiając się, czy właśnie nie zobaczył swojego ojca.
Pokręciła głową, jakby czytając jego myśli.
- Twój ojciec był najstarszy. On i Hades już zostali zjedzeni, zanim przybyłam do pałacu.
Naya Służka wciąż kontynuowała swoją mozolną wędrówkę. Ale gdy minęła dziedziniec, wypełniony najpiękniejszymi roślinami świata, gwałtownie zmieniła kierunek i wyszła na zewnątrz.
- Co robisz?
Ale zanim Naya odpowiedziała, ta druga znów się pojawiła, tym razem biegnąc i to ze sporej wielkości kamieniem. Zniknęła za korytarzem.
Percy nienawidził tej bezczynności, ale Drzewczyca niczego nie chciała mu wyjaśnić. Kiedy w końcu jej przeszły odpowiednik się pojawił, znowu wpadł na dziedziniec, a gdy wrócił, puścił się biegiem z dzieckiem na rękach.
Scena się zmieniła i nagle znaleźli się na Olimpie, w sali tronowej. Przed nimi znajdowali się Zeus, Hades i Posejdon, z siostrami Demeter i Herą. Bogowie wyglądali na młodych, żywych, silnych... i przede wszystkim wściekłych.
Na podłodze, przed nimi, klęczała Naya, znów wyglądająca, jak Drzewczyca.
- Bracie, proszę, nie!
Dopiero teraz Percy zauważył Hestie, także na kolanach, rozpaczliwie uczepioną szaty Pana Niebios.
- Nie rób tego! Proszę, ja wiem, że tak być nie powinno! To się na nas odbiję, mówię ci!
Ale Zeus jednym gestem podniósł siostrę z klęczek i gwałtownie odsunął ją na bok.
- Zadecydowałem - zagrzmiał. - Ty, Nayo z rodu Drzewców, zostajesz skazana na wygnanie, a skoro tak kochasz naszego ojca, to razem z nim.
Drzewczyca podniosła się z ziemi i zaczęła rozpaczliwie kręcić głową.
- Nie miałam wyboru! Nie miałam wyboru, proszę!
- A żebyś nigdy nie zapomniała - ciągnął dalej Zeus - krzywdy, jaka nas przez ciebie dotknęła, widma przeszłości nigdy cię nie opuszczą, jednocześnie nie pozwalając ci wrócić. A byś wiedziała, co straciłaś, wiedza świata cię nie ominie, to po byś nigdy nie miała jej wykorzystać.
Wiatr zaczął wypychać Drzewczycę do tyłu, chociaż ona wyrywała się i pchała do przodu, rozpaczliwie krzycząc.
- Ja nie miałam wyboru! NIE MIAŁAM WYBORU!
Percy zamknął oczy, a gdy z powrotem je otworzył, znowu leżeli na ziemi, przed nimi widniało czerwone niebo, a ręka Nayi unosiła się w górze. Podniósł się gwałtownie.
- Co to, do cholery, - warknął. - Miało być?!

Kiedy powiedziała, że nie chce o tym mówić, nie naciskał. Przez całą drogę do jaskini trzymał gębę na kłódkę i tylko od czasu do czasu zerkał na Drzewczycę, by sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.
Ale kiedy w końcu znaleźli się już w jaskini, podbiegła do swojego Drzewa i wtopiła się w nie, nie dając mu się odezwać.
Okej, pomyślał. W porządku. Powie mu jutro.
Ale następnego dnia jej nie widział, ani kolejnego. Czasami tylko, kątem okiem, dostrzegł jej przebłyski, kiedy piła wodę, kiedy on powinien spać, albo przypatrywała mu się, gdy myślała, że nie widzi.
Ale widział, i nie rozumiał.
Dlaczego chowała się przed nim, skoro był po jej stronie? Uratowała Zeusa, a on czepiał się jej, i niesłusznie ( jak zawsze, zresztą) ją osądził. Wiedział, że nie zawiniała. Więc dlaczego tak bardzo nie chciała mu niczego wyjaśnić, że musiała się przed nim chować?
I kiedy w końcu woda oblała dwudziesty już znak na jego mieczu, odkąd ostatni raz widział Drzewczycę, wstał i krzyknął:
- Okej, albo natychmiast się tu pojawisz i powiesz mi, o co do cholery tu chodzi, albo przysięgam, przetnę to twoje drzewo na pół!
Przez dłuższy czas nie odpowiadała, i kiedy w końcu stracił już nadzieję, wynurzyła się z rośliny i utkwiła w nim czarne oczy.
- Pokażesz mi resztę? - zapytał już bardziej łagodnie i położył miecz na ziemi.
Pokręciła głową.
- Więc opowiedz. Uratowałaś Zeusa, a on cię tu strącił. Dlaczego?
Zacisnęła usta i utkwiła wzrok w ziemi.
- Nie uratowałam go.
Prychnął.
- Oczywiście, że uratowałaś. Dałaś Kronosowi kamień do zjedzenia, zamiast jego dziecka, tak?
Zawahała się, nim kiwnęła głową.
- Więc...?
Wzięła głęboki oddech.
- Hestia.
- Co?
- To była Hestia. Wtedy, w tej scenie. To ją wtedy trzymałam.
Zmarszczył brwi.
- W takim razie, dlaczego...
- To było pierwsze dziecko, które Rea kazała mi oddać Kronosowi - przerwała, nie patrząc mu w oczy. - Wiedziałam, że zjada dzieci, zanim pojawiłam się w pałacu, ale niezbyt mnie tu ruszało. Ale gdy ją trzymałam... Po prostu nie mogłam. Może dlatego, że to Hestia...
- Najłagodniejsza z Olimpijczyków.
Pokiwała głową.
- Może dlatego, że była dziewczynką, nie chłopcem. Ale cokolwiek to było, schowałam ją na tym dziedzińcu, a zamiast niej dałam Kronosowi kamień. Nawet na niego nie spojrzał. - Dodała z obrzydzeniem. - Wszystkie dzieci można by uratować, tak myślę. Wątpię, by spojrzał na którekolwiek.
Poczuł złość. Percy nie lubił Olimpijczyków, ale...
- Porwałam malutką Hestię i próbowałam zanieść ją do mojego plemienia. Ale nie byłam w stanie. Przede mną tworzyły się rozpadliny, drzewa torowały mi drogę, a zwierzęta próbowały ją ode mnie zabrać. Zrozumiałam.
- Co zrozumiałaś?
Unikała jego wzroku.
- Gaja nie chciała, bym ratowała boginię.
Zrozumiał.
- Więc ją odniosłaś. Co powiedziałaś Kronosowi?
Uśmiechnęła się krzywo.
- Że urodziły się bliźniaki.
Wstał i zaczął przechadzać się po jaskini.
- Okej, więc jednak jej nie uratowałaś. No, ale co z tego? Przecież Rea kazała ci ją odnieść. Jej Zeus nigdzie nie strącił, prawda?
Pokręciła głową.
- Jest więcej.
Jęknął.
- Co więcej?
- Później już nie asystowałam przy porodach Rei. Kronos zwolnił mnie i mogłam wrócić do lasu. Tyle, że... - Urwała. - No cóż. Rea zaszła w ciążę po raz szósty. Z Zeusem. I urodziła na naszej polanie. Gaja kazała usunąć Bhar'a, a w jego miejsce powstała fontanna - powiedziała z obrzydzeniem. - Nikt nie zabierał dziecka, a pamiętałam co się stało z Hestią. Więc wykradłam małego Zeusa i chciałam go zanieść na Othrys, do Kronosa. Myślałam, że tego chce Gaja.
- A nie chciała - dokończył za nią chłopak.
- Nie. - Pokręciła głową. - Nie chciała. Zeus miał być jej wybawieniem, wnukiem, którym miała rządzić. Wygnała mnie, a mój lud nie chciał mieć ze mną więcej nic do czynienia.
Drzewczyca prychnęła.
- Nie mówią o mnie w mitach, ani o moich pobratymcach, bo nas nie znają. Zeus wszystkich wybił, przeze mnie. A gdybym uratowała Hestię, to może ona byłaby królową, ja bym tu nie gniła, a ty... Ty pewnie też nie.
Głowę wypełniły mu wizję zupełnie innego Olimpu, i poczuł tęsknotę. Naya mogła mieć rację...
Szybko jednak ocknął się i pokręcił głową.
- Znam Hestię. Ona ... - urwał, nie wiedząc, jak określić boginię. - Jest dobra. Chroni ognisko. Nie jest taka jak Zeus, czy mój ojciec, a nawet Hera. Ona nie jest okrutna.
- Wiem - odparła krótko Naya. - Próbowała mnie chronić. Wtedy, na Olimpie. Ale ja mogłam być przyczyną jego zguby. Zeus nie mógł mi darować.
- Jak się dowiedział?
- Gaja mu powiedziała. Bo widzisz, wiedziała, jak to się dla mnie skończy, i dla moich braci. Ale mimo to zrobiła to. Skazała jej niby ukochany lud na śmierć. – Oczy Nayi zalśniły w nienawiści. - Jest zła. Zła, jak nikt inny. I ja jej pomogłam, rozumiesz? I przez to jestem tak zła, jak ona.
Wstała, i chyba miała zamiar znów zatopić się w drzewie, ale przytrzymał ją za rękę.
- Nie jesteś zła.
- Jestem.
Pokręcił głową.
- Nie, nie jesteś. Chciałaś ją uratować. Zaryzykowałaś, a to, że koniec, końców ci się nie udało... Czego od ciebie chcieli? Żebyś walczyła z Gają? Nie będąc nawet bogiem? To przecież szaleństwo!
Zaśmiała się.
- Co?
- Ty walczysz, - zauważyła - a jesteś nim tylko w połowie.
Zamarł. To kompletnie zbiło go z tropu. Nigdy nad się nie zastanawiał, a jednak…
- To co innego - zaczął. - Bo widzisz przepowiednia...
Spojrzała na niego błyszczącymi się oczami.
- Chrzanić przepowiednie! To ty wybrałeś przepowiednie, nie ona ciebie! Mógłbyś być zwykłym herosem, Percy Jacksonie, gdybyś chciał. Ale walczysz, a ja? - Zaśmiała się kpiąco. - Nie byłam zwykłą nimfą. Byłam potężna. Byłam Matką mojego ludu. A nie potrafiłam, nie potrafiłam ocalić jednej, małej bezbronnej boginki. Nie potrafiłam ocalić dziecka. Ale to naprawię.
Puściła jego dłoń i podeszła do swojego Drzewa.
- Naya...
- Nie, Percy. Naprawię. Nie wiem kiedy, ale jestem nieśmiertelna. Mam dużo czasu.

Jakiś czas po wycieczce w przeszłość, doszła do niego jedna rzecz.
Potwory nie atakowały ich zbyt długo. Już pięć razy Drzewo kwitło i dawało owoce, i przez te pięć razy chłopak nie musiał z nikim walczyć.
Naya także była zaniepokojona. W przeciwieństwie do driad, odczuwała zmiany czasu, jak normalny człowiek i pięć tygodni znaczyło dla niej ni mniej, ni więcej, jak pięć tygodni.
- Niedobrze - powiedział, kiedy wspólnie próbowali zerwać trochę suchej trawy, by użyć jej jako poduszki. - Naprawdę niedobrze.
Podniosła się z klęczek i otarła pot z czoła.
- Podaj mi koszyk, co?
Wspólnymi siłami udało im się stworzyć coś w rodzaju wiklinowego kosza, z gałęzi, które znaleźli nieopodal Styksu.
- Nie wydaje ci się dziwne, że nagle znikąd pojawiły się tu gałęzie? - zapytał ją wtedy.
- Może Tartar chce nas zjeść - zasugerowała.
- Co? - Spojrzał na nią, jak na wariatkę.
- No wiesz. - Jej oczy zabłysły. - Jak tuczenie świń. Dał nam te gałęzie, żebyśmy przeżyli, bo chce nas zjeść, gdy w końcu utuczy.
Wyłapał z tego jedno.
- W Starożytnej Grecji tuczyliście świnie?
Ale teraz, gdy patrzył na ten koszyk, niechętnie zmienił podejście.
- Chyba miałaś rację - powiedział, podając go jej.
Włożyła do środka garść trawy i spojrzała na niego.
- Oczywiście.
Pokiwał głową.
- A z czym? - dodała, śmiejąc się.
- Hej! - krzyknął. - Ja tu na poważnie!
Uniosła go góry dłonie, w geście poddania.
- Okeeej... Wyluzuj, herosie. W czym miałam rację?
Zrobił krok do przodu i potknął się o kamień. Poleciał na twarz w górę trawy.
- Ałł.. - jęknął w ziemię.
Przed nim rozległ się śmiech i zaraz pomocna dłoń podciągnęła go w górę. Usiadł na ziemi, a naprzeciwko niego Naya, krzyżując nogi.
- W sprawie tuczenia świń.
Wybuchnęła śmiechem.
- Co? - zapytał oburzony.
Zasłoniła usta dłonią, i choć w końcu się uspokoiła, jej oczy wciąż błyszczały radośnie.
- Wybacz, ale miałeś taki zbolały głos... - Umilkła, pod wpływem jego ostrego spojrzenia. - Przepraszam. Proszę, kontynuuj.
W takich chwilach przypominała mu jego kuzynkę, Thalię, córkę Zeusa.
Obydwie nie były zbyt radosne, zawsze baczne, silne i czujne, ale gdy puszczała im palma, to daktylowa.
Naya zauważyła jego minę.
- Hej. Co jest?
- Przypominasz mi kogoś.
Napięła się.
- Kogo?
- Skopującą tyłki córkę Zeusa, Thalię.
Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
- Och. To jakaś bogini?
Pokręcił głową.
- Nie, to heros. Tak właściwie, to teraz jest porucznikiem Artemidy, ale rzecz w tym, że to moja przyjaciółka.
Dzrewczyca zachmurzyła się.
- Hej - trącił ją w ramię - to pochwała. I to spora. Tylko nie powtarzaj tego Thalii, bo do końca miesiąca chodziłaby napuszona.
Naya uśmiechnęła się, ignorując fakt, że nawet gdyby chciała, to nie ma możliwości, by skontaktować się z dziewczyną.
- Okej. Ale wracając do świń... O jakich świniach mowa?
Rozglądnął się nerwowo, ale dookoła nich było jedynie pole. Nikogo innego. Jak zwykle.
- Wtedy żartowałaś, ale może... może miałaś rację.
- To znaczy?
- Ten Tartar jest inny. Mówiłem ci.
Pokiwała głową.
- Wiem. Ale Percy...
- Potwory zniknęły. Jak myślisz dlaczego?
Wzruszyła ramionami.
- A bo ja wiem...
Zniecierpliwił się.
- Nieprawda. Dobrze wiesz.
Zdenerwowała się.
- Okej, wiem. Potwory uciekają, bo zbliża się niebezpieczeństwo. No i co z tego? - Próbowała zachować się nonszalancko. Thalia. - To potwory. Są głupie.
- A i właśnie - powiedział, jakby tłumaczył coś małemu dziecku. - Są głupie. Samolubne. Zapatrzone w siebie. Jeśli zwiewają, przed powiedzmy, no nie wiem, czymś złym - Dodał, jego głos ociekał sarkazmem - To jest źle, okej? ŹLE.
- No i co chcesz zrobić? - Nachyliła się do niego i syknęła. - Nie możemy stąd pójść, bo tu jest Drzewo, a ty w przeciwieństwie do mnie nie jesteś nieśmiertelny, więc nie wiem, jak wytrwasz bez jedzenia i wody... - nakręcała się coraz bardziej - i jesteś strasznie wrażliwy, bo musisz robić sobie poduszki. – Na dowód uniosła koszyk, wypełniony prawie po brzegi. - Więc jeśli tam gdzie chcesz iść, nie czeka na ciebie Pomona, to ja się stąd nie ruszam!
Włożył rękę do kieszeni dżinsów, a kiedy ją wyciągnął, na jego dłoni spoczywało dziewięć idealnych nasion.
Wciągnęła głośno powietrze.
- Nie śmiałeś... Nie mogłeś... Obiecałeś mi, że nie będziesz zabierał nasion z Bhara! - sapnęła z oburzeniem.
Ku jej poirytowaniu, miał czelność jeszcze się uśmiechnąć.
- Wszystko wymyśliłem...
- Nie.
- Zasadzimy Bhara gdzie indziej...
- Nie.
- A wodę zapewnie ja, jeśli tam jej nie będzie.
Założyła ręce na piersi i spojrzała na niego wyzywająco.
- Jak?
Zamknął oczy i mocno się skupił. Wciągnął do nosa powietrze, i całym sobą próbował wyczuć w nim coś jeszcze. Myślał o morzu, o Posejdonie, o Mrocznym, o Tysonie...
Zduszony okrzyk Nayi dał mu znać, że dał radę.
Otworzył oczy, a przed znajdowała się kula wody, wielkości dojrzałego jabłka.
Naya wpatrywała się w niego, z szeroko otwartymi oczyma.
-...jak...?
- W powietrzu znajduje się woda. Ja tylko ją wydobyłem.
Nachylił się nad dziewczyną, podekscytowany.
- To może się udać. Naprawdę. Czekam tylko na ciebie.
Coś ją tknęło. Uniosła wzrok.
- Czekasz na mnie? - powtórzyła.
Pokiwał głową.
- Bez ciebie się nie ruszę. Nawet jeśli miałbym cię dźwigać.
Może chodziło o to, że był herosem. Może o to, że była samotna. A może o to, że nie była, nie była już w stanie go zostawić.
- Okej.
Uśmiechnął się zawadiacko.
- Okej.
Wstał, ciągnąc ją za sobą.
- To chodźmy.
- Co, już?! - Przytrzymała go.
- Wszystko mamy tutaj. Drzewo zakwitło wczoraj, wodę wlałem do butelki, wszystko jest w plecaku. Jeśli pod Bharem nie chowasz stosu złota, to nie ma po co się wracać.
Wciąż wyglądała na wstrząśniętą, ale zdołała pokiwać głową.
- No dobrze.
- Ale Nayo... - powstrzymał ją jeszcze przez chwilę. - Wiem, że wczoraj liczyłaś dni na moim mieczu, kiedy myślałaś, że śpię.
Uśmiechnęła się kpiąco.
- Dni, nie prymy?
Machnął ręką.
- Nie, wracamy do normalności. Ale...- dodał. - Wygląda na to, że się doliczyłaś. Więc... Ile tu już jestem?
Wpatrywał się w nią oczekująco.
- Rok - wyszeptała w końcu. - Jesteś w Tartarze już rok.