SOUNDTRACK: Jeff Buckley - Hallelujah
PERCY
CHŁOPAK PRZEKONAŁ SIĘ TRUDNĄ DROGĄ, że Tartar nie był miejscem dla samotnego.
Ani dla naiwnych, głupich herosów, którzy dawali się wyrolować, przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Wędrowali
zbyt długo, by mógł powiedzieć, ile czasu im to zajęło. Zmęczyli się
zbyt wiele razy, by choć raz być w pełni sił. Niebo pozostawało czarne
już zbyt długo, by móc mówić o dniu.
O każdej porze, kiedy nie
spali, szli na przód, trzymając się za dłonie, by przypadkiem się nie
zgubić. A gdy chłopak zaczynał już potykać się o własne stopy lub nie
mógł dłużej zrobić kroku bez czegoś w ustach, padali na ziemię, bez
żadnych zabezpieczeń, błagając, by nie znalazł ich żaden wróg.
Nie
mógł zobaczyć twarzy nimfy, ale gdy sunęli naprzód w ciemność, czuł na
sobie jej spojrzenie, oskarżające go, w każdy znany mu sposób. A gdy
skończyły się już owoce, i zmuszona była zasadzać nowe nasiona,
wiedział, że kopniaki wymierzone w ziemię, przeznaczone były przede
wszystkim dla niego. I gdy w końcu Bhar wyrastał, a Percy z powrotem
nabierał sił i zmuszał ją do wznowienia wędrówki, uścisk na jego dłoni,
nie bez powodu, był taki mocny.
Nie powinien być więcej chyba zaskoczony, kiedy o pewnej jasnej porze, tuż przed tym, zanim się obudził, zniknęła.
Gdy
ostatnim razem był przytomny, i runął na ziemię w zamiarze zaśnięcia,
było ciemno. I to przez całą ich wędrówkę od ostatniego zasadzenia.
Zanim więc otworzył do końca oczy, musiał przyzwyczaić się, do
oślepiającej je jasności. A gdy w końcu mu się to udało, i mógł
przyjrzeć się otoczeniu, nie było jej już w zasięgu wzroku.
Serce
niemal podskoczyło mu do gardła, kiedy zorientował się, że spał niemalże
na krawędzi przepaści. U jego stóp roztaczał się klif, a gdy spojrzał
dół, widział jedynie ciemność. Natychmiast odskoczył do tyłu, nie będąc
do końca pewien, czy to z obawy przed runięciem w dół na śmierć, czy z
powodu samego strachu przed otchłanią.
Próbował rozejrzeć się, ale
wszystko co było dookoła zdawało się sprowadzać do tejże właśnie
dziury. Długie strąki, otaczające ją zewsząd, dając mu jako takie
pojęcia na temat jej wielkości, niemalże wpadały do środka, cudem
jeszcze trzymając się na powierzchni. Dopiero po chwili Percy
zorientował się, że to przerażająca imitacja drzew, szkielety, bez
ciała.
Dookoła otchłani, mającej może średnicę dwudziestu metrów,
rozciągała się pusta przestrzeń i nic więcej. Jakby to było miejsce, w
którym nicość pękła, stwarzając portal do innego wymiaru.
Obrócił się, by podzielić się swoim zdaniem z Nayą, i to właśnie wtedy odkrył jej zniknięcie.
Początkowo,
myślał, że po prostu się zgubiła. Potem, że poszła czegoś szukać.
Chciał ją odnaleźć, ale nie ważne jak długo szedł, i w jakim kierunku,
zawsze koniec końców lądował przy tej samej piekielnej dziurze.
Uznawszy, że stchórzyła, i po prostu go opuściła, najpewniej powróciwszy
do oryginalnego Bhara, ułożył się na ziemi, i po prostu zamknął oczy,
nie chcąc myśleć nad tym, ani sekundę dłużej.
To był jego największy błąd.
Spojrzawszy
na to z perspektywy czasu, pluł sobie w brodę, i przyznawał rację
dawnym słowom przyjaciół, że ma wodę zamiast mózgu, albo jeszcze lepiej
wodorosty. Bo może, może, gdyby tego nie zrobił, to zastanowił by się
choć przez chwilę, czym owa piekielna dziura jest, do czego prowadzi, i
co ważniejsze,
co z niej prowadzi.
Więc w sumie, to nie, widok Minotaura nad jego głową, nie powinien być dla niego najmniejszym zaskoczeniem.
Najpierw
poczuł, a dopiero potem zobaczył potwora. Czując cień na ciele,
otworzył oczy, w ostatniej chwili, by uniknąć zmiażdżenia przez potężną
stopę.
Instynktownie przetoczył się na bok, i całkowicie zapominając o poprzednich troskach, skoczył na nogi.
Wielki
byk, czarny, jak dziura z której wypełzł, stał na dwóch nogach, może
dwa metry od niego i dyszał zawzięcie, zaciskając łapy na wielkim
kamieniu, który, jak Percy podejrzewał, zapewne miał spotkać się z jego
głową.
Oczywiście, w takiej sytuacji były różne wyjścia. Wątpił, żeby jednym z nich były odzywki, ale znów zadziałał instynkt.
- Kopę lat, co?
Byk zaryczał w odpowiedzi i zaszarżował.
Percy
cofnął się, o mało co nie wpadając do otchłani. Wystarczyło mu jedno
spojrzenie w jej kierunku i w końcu zdał sobie sprawę, dokąd trafił.
Znając
jego szczęście, nie mogło to być inne miejsce, jak najgorsza czeluść
Tartaru, miejsce, w którym potwory powracają do życia na nowo i na nowo.
\
Zaklął i wyjął Orkana.
- Hej! - krzyknął i w ostatniej chwili znów odskoczył, zbijając byka z tropu.
Zamierzał zabić potwora trzeci raz i tym razem, wejście do piekła było bliżej, niż kiedykolwiek.
Przez
chwilę bawił się z Minotaurem w kotkę i myszkę, zwodząc go i
rozpraszając, ale w końcu potwór chwycił go w swoje łapy i przejechał
pazurami po piersi.
Percy zadrżał, myśląc o tym, że centymetr w
prawo, i byłoby po nim. Ale wtedy potwór, o ile to możliwe, uśmiechnął
się i chłopak przypomniał sobie skąd pamięta ten wyraz twarzy. Dokładnie
to samo zrobił wtedy, a sekundę później jego matka rozpłynęła się w
powietrzu.
Poczuł gniew w piersi i z całej siły kopnął byka
nogami. Potwór zatoczył się, tracąc równowagę i jego uścisk poluźnił
się, umożliwiając Percy'emu ucieczkę. Chłopak spadł na podłogę i chwycił
miecz. Jego spojrzenie padło na dziurę wiejącą obok i nagle do głowy
wpadł mu szalony pomysł.
Nie dając sobie czasu do namysłu, wziął duży rozbieg i skoczył na potwora, niemal tak samo, jak te wszystkie lata temu.
Różnica polegała na tym, że teraz nie był już przestraszonym chłopcem, a mężczyzną, któremu nie zostało już nic do stracenia.
Potwór
pod nim zaryczał, ale Percy nie puszczał jego wielkiego łba. I zanim
mógłby się powstrzymać, wyciągnął długopis z kieszenie i jednym, mocnym
uderzeniem uczynił byka bezrogim.
Potwór zaryczał z bólu, i to
było wszystko czego Percy potrzebował. Przechylił się do przodu, i jako,
że swoje ważył, ten pierwszy zatoczył się do przodu i nagle
zabalansował na krawędzie otchłani. Chłopak, nie zatrzymując się sekundę
dłużej, skoczył w bok i przez chwilę znajdował się tuż na wejściem do
piekła.
Ale wtedy złapał się szkieletu drzewa, zwisającego przy
krawędzi, i zaciskając na nim mocno dłonie, słuchał rozwścieczonego ryku
Minotaura, spadającego z powrotem w czeluście.
Nie patrząc w dół,
chłopak zaczął powoli wspinać się po pnączy w górę, starając się
przewalczyć przyciąganie z dołu. Czuł się, zupełnie, jak wtedy, gdy po
raz pierwszy zawisł nad Tartarem, ale tym razem, nie miał dla kogo
skoczyć. Więc zaciskając zęby, wytężył wszystkie siły i w końcu, po
mozolnej wspinaczce padł na ziemię i odsunął się, jak najdalej mógł, od
przepaści.
Na jego nieszczęście, zapomniał, że Minotaur nie był jego jedynym wrogiem.
Usłyszał syk, a serce w nim zamarło.
Mógł nosić klątwę Achillesa, ale nie był nieśmiertelny. A w tej chwili, jedyne co był w stanie zrobić, to zasnąć.
Mantikora,
w pełnej postaci, syczała przy przepaści, a Percy poczuł, że chce mu
się wymiotować, w chwili, gdy ujrzał ogon z kolcami.
- Sssyn Posejdona. No, no, cssiebie się tu nie ssspodziewałem...
Ze
wszystkich potworów, najgorsze były te, które potrafiły mówić,
zadecydował chłopak. Podniósł się drżąco, ale wiedział, że nawet gdyby
dobył miecza, to nie byłby w stanie utrzymać go w dłoni.
Zanim
jednak mógł wykonać jakikolwiek ruch, ogon mignął mu przed oczami, i w
następnej chwili poczuł, jak ogień przepływa mu przez usta.
Ww
jednej chwili znieruchomiał i poczuł, jak pożar przepływa mu przez całe
ciało. Upadł na ziemię, a zadowolony syk rozbrzmiał z góry.
-
Rzadko ssstosuje ten chwwyt, ale przy przypadku, taki jak twóóój... Jad
jakośśś musi się dossstać do śśśrodka...Bolesssne, prawda? Bardziej, niż
wtedy.
Nie mógł myśleć, więc po prostu odczołgał się na bok, desperacko próbując nie stracić przytomności.
- Nie odchodzić, sssynu Posssejdona... Jeszzzcze zostało duuuużo do omówienia, ssskarbie...
Po
czym mantikora wydała z siebie coś na kształt mruknięcia, i nagle
poczuł falę bólu. Zawył bezsilnie, i siłą rozwierając sobie powieki,
obejrzał się przez ramię. Potwór położył mu łapę nad łydce, i przesunął
na nią cały ciężar swojego lwiego ciała, doszczętnie miażdżąc chłopakowi
kończynę.
Percy zacisnął zęby, walcząc ze łzami w oczach. Gdzie
był Orkan...Włożył dłoń do kieszeni spodni i zaczął rozpaczliwie się
modlić, próbując jednocześnie zignorować ogień w nodze, z której
mantikora wciąż jeszcze nie raczyła zejść.
- Wybacz, synku. Ale
taka okazja... Więcej się nie nadarzy. - I o ile to możliwe docisnął
łapę do łydki jeszcze mocniej, i Percy nie mógł już dłużej powstrzymywać
krzyku.
- Och, melodia dla moich uszu. Krzycz dalej, synu Posejdona. Niech twój ojciec usłyszy cię z samego Olimpu.
Ból
zabierał mu zdolność myślenia, a dodatek czuł, jak jad mantikory
rozlewał mu się po całym ciele. To było gorsze, niż trzymanie świata.
Gorsze, niż kąpiel w Styksie. Do diabła, gorsze niż
dwie kąpiele w Styksie.
- Nie no, nie powiesz mi chyba, że ta głupia poczwara cię złamała, co Glonomóżdżku? Cholera, nie!
Tylko
jedna osoba miała prawo nazywać do Glonomóżdżkiem i z pewnością, to nie
był jej głos. Przekręcił głowę w lewo, i ze zdumienia niemal zapomniał o
bólu.
Czarnowłosa nastolatka, cała w srebrnych ciuchach,
wpatrywała się w niego, jak w idiotę, i wskazywała obydwiema rękami na
potwora, wznoszącego się na nim, jakby chciała powiedzieć: No na co
czekasz?
- Thalia? - wysapał, i niemal poczuł, jak mantikora zatrzęsła się nad nim ze śmiechu.
-
Tak szzzybko? Chłopczzze, okazałeśśś się sssłabszzzy, niż miałem
nadzieję. Ale to nic, to nic, i tak już czasss na mnie. Zabawa była
doprawdy urocza, urocza, szzzkoda, że tak szzzybko mija. Ale w tej
chwili nie jesteś herosssem, dla którego warrto pośśświęcić mój się
przessszłością...
Syk potwora niósł się za nim przez cały czas,
gdy Percy'ego powoli, ale konsekwentnie opuszczał ból. Na jego oczach
łydka powracała do swojego pierwotnego kształtu, a otumanienie na ciele i
umyśle cofało się. Ale Łowczyni wciąż stała tam, gdzie przedtem,
wpatrując się w niego nieprzerywanie.
- Niedobrze - jęknął i zamknął oczy, rozpościerając się na twardym podłożu.
Jeżeli Percy był pewien jednego, to był nim fakt, że kolejna halucynacja nie wróżyła niczego dobrego.
-
Odejdź, odejdź, odejdź - mamrotał cicho, jak modlitwę, nie śmiąc
otworzyć oczu. Ale, gdy w końcu to zrobił, kuzynka wciąż wpatrywała się w
niego badawczo.
- Percy...?
Jęknął i nagle ogarnęło go
gorąco, wzdłuż całego ciała. Głowa, którą unosił, by móc patrzeć na
dziewczynę, opadła z powrotem na twardy grunt, i poczuł ostry ból.
Cholera.
Thalia natychmiast pospieszyła w jego stronę, i chwytając go za ramiona, podniosła i podczołgała do najbliższego drzewa.
Chwila.
Skąd tu się wzięło drzewo?
Spojrzał na nią zdawkowo, a ona patrzyła się na niego, i w końcu postanowił przerwać ciszę.
-?
Przez sekundę wpatrywała się w niego tępo, a zaraz później dostał po łbie.
- Idiota.
-
Au... - mruknął, masując sobie głową. Spojrzał na nią krzywo. - Nie
wiedziałem, że zjawy mogą dawać po głowie. Ani, że ich ofiary będą to
czuć.
Niepotrzebnie to mówił. Zasłużył na kolejne uderzenie.
-
Jezu, kobieto... Można by pomyśleć, że pierwszy raz w życiu kogoś
uderzyłaś i musisz się wyżyć... Coś ty robiła te ostatnie trzy lata z
Łowczyniami, podziwiała widoki?
Dziewczyna uniosła rękę trzeci
raz, ale tym razem był już przygotowany. Milisekundę przed tym, jak
miała go dotknąć, odchylił się do tyłu, powodując, u dziewczyny utratę
równowagi. Poleciała do przodu, a on przez sekundę zastanawiał się, czy
uczciwie byłoby jej nie złapać. Ale odruchy zadziałały za niego. Chwycił
dziewczynę za ramiona, i wyrównał go pionu. Ale choć siedziała już
bezpiecznie na ziemi, to wciąż nie zwalniał jej rąk ze swojego uścisku.
- Wow... - szepnął, a Thalia rzuciła mu kolejne spojrzenie z serii : Czy cię już do reszty zwodorościło?
- Percy, co ty wyprawiasz? Czy ta mantikora coś ci pomieszała z głową?
Podniósł brwi.
- No, duh... Widzę zjawy. To chyba definicja "pomieszania".
Nastolatka rozejrzała się szybko, po czym zmrużyła oczy, zaniepokojona.
- Jakie zjawy? Gdzie?
No to zaczynało być niepokojące, pomyślał Percy, zwalniając ręce dziewczyny z uścisku.
- Ciebie.
Cofnęła się do tyłu, zaskoczona.
- Słucham? - zapytała, najwidoczniej oburzona.
- No ciebie. Ty jesteś zjawą. Co w tym takiego trudnego do pojęcia?
- Ja nie jestem zjawą, matołku.
Parsknął śmiechem.
O
ile ostatni raz, wtedy z Annabeth w roli głównej, mógł przeżyć, bo był w
ciężkim stanie i bardzo tęsknił za domem i tak dalej, to teraz nie miał
na to najmniejszej ochoty. Czuł, że wariuje, tak właściwie, to czuł, że
cały świat wariuje, i złamane serce, gdy kolejne z jego przyjaciół
zniknie w ciemnościach, było ostatnim czego potrzebował.
- W takim razie powiedz mi, o Thalia, córko Zeusa, nie zjawo, skąd się nagle wzięłaś w Tartarze?
Dziewczyna
zachłysnęła się mocno powietrzem, a chłopak pomyślał, że jeśli jest ona
wyobrażeniem części jego podświadomości, to ta część podświadomości,
była wyjątkowo kiepsko poinformowana.
- Ja jestem w Tartarze.
Najprawdopodobniej w najgorszej jego części, bo w miejscu, przy którym
odbudowują się na nowo potwory. Chyba. Tak myślę. Nie da się stąd pójść,
więc raczej nie da się też tu przyjść.
- Ty jakoś się tu
znalazłeś - zauważyła, ale postanowił ją zignorować. Oczywiście, mogła
mieć rację, ale najwidoczniej p prostu jego pech mógł zmieniać reguły
wszechświata.
- Ty z kolei jesteś na Ziemi, na powierzchni, wśród
Łowczyń i zapewne w środku jakiegoś polowania. I wiem, że być może nie
jestem najlepszy z matmy, ale w tym równaniu nie ma szansy, byś
rzeczywiście tu była. Więc jeśli nie jesteś wytworem mojej świadomości,
to czym?
Wpatrywał się w kuzynkę, i choć nie mógł tego przyznać,
to tak naprawdę, w tej chwili nie marzył o niczym innym, jak o tym, żeby
była prawdziwa, i żeby choć przez chwilę przestał być całkowicie sam.
Natychmiast jednak odgonił od siebie tę myśl. Nie mógł marzyć o tym,
żeby jego bliscy znaleźli się w Tartarze. To by było po prostu okrutne.
Thalia
milczała jakiś czas, aż w końcu wyciągnęła rękę i przejechała mu
palcami po włosach. Potem po linii szczęki, a na końcu, chwyciła jego
dłoń. Pozwolił jej ją unieść go góry, i przyłożyć do jej własnego
policzka.
- Jeśli mnie tu nie ma, - szepnęła - i jeśli jestem
tylko wytworem twojej wyobraźni, to dlaczego mogę cię dotknąć? Dlaczego
czujesz, że tu jestem?
Chciał pokręcić głową, wzruszyć ramionami,
ale nie mógł zaprzeczyć ciepłu jej policzka pod własnym palcami. Ktoś
siedział koło niego, żywy, z mięsa i kości, i mógł tego kogoś dotknąć.
Nie był w stanie temu zaprzeczyć.
- Może to nie ty? Może jednak jesteś Nayą, i znowu was pomyliłem? Już mi się to zdarzyło, pamiętasz?
Pokręciła głową.
-
Nie, nie pamiętam, bo to nie byłam ja. Jestem Thalia, Percy. Mówię ci
prawdę. W jakiś sposób znalazłam się tutaj z tobą, w Tar...
- Nie! - Szybko zakrył jej usta dłonią. - Nie tutaj. Nie wymawiaj jego imienia.
Dała mu znać oczami, że rozumie, i powoli odsunęła od siebie jego dłoń i położyła na ziemi.
- Rozgryziemy wszystko co i jak, okej? Tylko... Trzeba się będzie skupić.
Pokiwał głową.
-
Okej. Okej. - Oparł się o drzewo i zamknął oczy. - Więc...? - Podniósł
do góry dłonie. - Powinnaś zacząć? Co ostatnie pamiętasz?
Cisza.
- Hej? - Otworzył oczy, zastając widok Thalii, pogrążonej w głębokim skupieniu. - Czemu nic nie mówisz?
Uniosła do góry jeden palec, uciszając go, a potem otworzyła oczy i wlepiła w niego zdziwione spojrzenie.
- Nie pamiętam.
Zdenerwował się.
- Jak to : nie pamiętasz? - powtórzył. - Czego nie pamiętasz? Kto wygrał wojnę?
Przez chwilę miał ochotę zapytać, który jest rok, ale w porę zdał sobie sprawę, jak idiotyczne dla niego byłoby to pytanie.
-
Ja... - Po raz pierwszy w życiu widział Thalia zmieszaną. - Pamiętam,
że wygraliśmy... A potem parę miesięcy później ty zniknąłeś... - Widział
skupienie na jej twarzy. - A potem pojawił się Jason i spadliście do
Tartaru...
Oczy dziewczyny nagle rozszerzyły się.
- Gdzie jest Annabeth?
Zacisnął pięść.
- Annabeth wydostała się.
- W takim razie... Och. - Najwyraźniej coś sobie przypomniała. - Pamiętam. Zamknąłeś wrota.
Pokiwał głową, a przez twarz dziewczyny przebiegł cień. Jednak już chwilę później twkiła w jego ramionach.
-
Bogowie, Percy! Wszyscy tak za tobą tęsknią! - Odsunęła się od niego na
parę centymetrów i chwyciła jego twarz w dłonie. - Nie mogę uwierzyć!
Ty wciąż żyjesz! Myśleliśmy... Nico był przekonany, że... Ale to nie
ważne, wszystko jest z tobą w porządku.
Powstrzymał chęć
prychnięcia, i przyciągnął kuzynkę z powrotem do siebie. Prawdziwa, czy
nie - w tej chwili nie mogło go to bardziej nie obchodzić.
-
Musisz mi powiedzieć, co się dzieje na Ziemi. Co się ze wszystkimi
dzieje. Czy Grecy i Rzymianie pogodzili się? Hazel, Frank, Piper,
Nico...? Wszystko w porządku? I ty? A co z... co z Annabeth?
Otworzyła usta, najwyraźniej chcąc mu odpowiedzieć, ale żadne słowa nie wypłynęły.
- Nie wiem - przyznała po chwili.
- To znaczy?
-
To trochę, jak... Film sprzed lat, którego do końca nie pamiętam, ale
wiem mniej więcej o czym był. Nie pamiętam co się ze wszystkim dzieje,
ani nawet co robiłam, zanim cię zobaczyłam, czy poprzedniego dnia. Tylko
tyle, że... na razie mamy pokój. Obozy zawarły sojusz. Przepraszam.
Tylko tego jestem pewna.
Zachmurzył się.
Jeśli wymyślił
sobie Thalię, to ta odpowiedź była bardzo wygodna. Nic nie pamiętać,
tylko bardziej ogólną sytuacje... Którą przecież wiedział mniej więcej,
jak miała wyglądać. A to, że obydwa obozy się pogodziły. To po prostu
było coś, czego bardzo chciał.
Thalia zauważyła, że wyraz jego twarzy się zmienił.
- Nie wierzysz mi, prawda? Myślisz, że jestem nieprawdziwa.
Nie zaprzeczył.
-
Okej. Okej. Przypomnę sobie coś, coś co mogłam wiedzieć tylko jak, i
coś co to uwodni. Zobaczysz. Uwierzysz, że to ja. W końcu.
Wzruszył ramionami, nagle czując wszechogarniającą go senność.
- Thalia, ja...
I zanim się zorientował, leżał już półśnie, z Thalią powtarzającą, jak mantrę : Jestem prawdziwa, jestem prawdziwa.
I nawet nie wiedział, że w jakieś części, rzeczywiście była.
Gdy się obudził, o mało co nie dostał ataku serca.
Po pierwsze, Thalia zniknęła.
Nie
żeby był jakoś strasznie zdziwiony. Nie do końca wierzył, że jest
prawdziwa, tak czy siak, ale mimo wszystko zakuło go trochę to, że jej
już nie było. Prawdziwa czy nie, towarzystwo było miłe. Ale z drugiej
strony, był wdzięczny, ze to wszystko okazało się być tylko
halucynacjami, bo gdyby w jakiś sposób przyciągnął swoją przyjaciółkę do
żywego piekła, to nigdy by sobie tego nie wybaczył.
I mówiąc o piekle, Percy właśnie go doświadczał.
Miał
szczęście, że to drzewo, to felerne drzewo, które pojawiło się znikąd,
wciąż tam było, i zasłaniało go przed oczami potworów.
A Gajo, Potworów ich było, i było ich dużo.
Jeden
po drugim, wynaturzały się z otchłani. Ale nie wyskakując z niej, jak
to sobie początkowo wyobrażał, ale formując się na jej skraju, z prochu,
w który wcześniej zamieniono jej na Ziemi. Niektóre, tak jak harpie,
bądź drakainy, czy też ogary, znikały, gdy tylko uzyskały pełny kształt.
Pozostałe zbierały się w grupę (!) i wspólnie oddalały się od otchłani,
i ku zaskoczeniu Percy'ego, rzeczywiście udawało im się oddalić.
Nie
wiedział do końca, dlaczego nikt go nie atakuje, ani nie reaguje na
jedyne drzewo, ale nie przeszkadzało mu to. Przywarł do pnia, starając
się wtopić w ciemność, bo najwyraźniej znów zapadło coś na kształt nocy,
i starał się pozostawać niezauważonym.
Ale czas mijał, a potwory
wciąż formowały i formowały, a potem część z nich odchodziła. Miał
ochotę wyjść z ukrycia i ściąć je wszystkie w pół, ale na szczęście,
umiał się powstrzymać. Po za tym, wiedział, że i tak byłoby to
bezsensowne, i całkowicie, całkowicie, bezmyślne z jego strony. Nie
dałby rady takiemu fali potworów, a nawet gdyby, to zaraz i tak by
wróciło, najprawdopodobniej dobrze pamiętając, kto powstrzymał je od
szybszego powrotu na Ziemię.
W końcu, po paru godzinach, niebo
zaczęło znów się rozjaśniać, i gdy ostatnia drakaina zniknęła sprzed
jego oczu, wynurzył się spod drzewo i podszedł do krawędzi.
Patrzył
przez chwilę w dziurę, próbując rozgryźć, to co właśnie zobaczył, ale
nie był w stanie normalnie myśleć. Był zbyt głodny.
Odwrócił się, myśląc poważnie o tym, by zjeść liście z drzewa i zamarł.
Pod
koroną rośliny tkwił koszyk i jego plecak. Percy taszczył je przez cały
czas, gdy wędrowali z Nayą, i pamiętał, że gdy nimfa w końcu dała nogę,
nie zabrała ich ze sobą. Ale też wiedział, że rzucił rzeczy na ziemię,
tuż przed tym, gdy sam się położył i został zaatakowany przez Minotaura.
To był cud sam w sobie,, że podczas walki ich nie rozgnietli, ale
chłopak dobrze pamiętał, że potem ich nie dotykał, a przecież jakimś
cudem znalazły się pod tym drzewem.
Podszedł z powrotem do rośliny
i przykucnął przed koszykiem. W środku znajdowało się siedem,
soczystych owoców, zupełnie tak jak pamiętał.
Cholera, może to jednak nie były omamy?
Usiadł
zrezygnowany, i dopiero teraz dotarło do niego, że jego drzewo zdawało
się być... Gdzie indziej. Oparł się o pień, ale czuł się, jakby opierał
się o galaretkę. Było tam, ale nie do końca. Odsunął się, i zaczął
oglądać je zażarcie, aż drzewo raz po raz stawało się niewyraźne, i w
końcu całkowicie zniknęło. Wpatrywał się w puste miejsce po nim,
oniemiały i w końcu wyciągnął rękę do przodu.
Nic. Jakby nigdy niczego tam nie było.
Pokręcił głową.
- Okej - wyszeptał. - Co się będę kłócić? Nie ma, nie ma.
Wyciągnął
Orkana i ostry kamień z kieszeni bluzy, po czym rozpoczął mozolną pracę
zaznaczania kolejnego dnia na ostrzu. Kresek był już tak wiele, że
musiał zacząć się zastanawiać nad nową metodą. Może powinien robić z
nich krzyżyki? A potem gwiazdy. A potem...
- Nie - mruknął do
siebie. - Nie będzie żadnego potem. Wydostaniesz się stąd szybciej, niż
będzie musiał ponownie się nad tym zastanawiać.
W końcu urzeźbił
idealną półprostą i spojrzał częściowo z dumą, częściową z goryczą na
ostrze. Właśnie zapełnił ostatnie miejsce na jednej stronie. Obrócił
miecz, ukazując jego gołą część, ale szybko pokręcił głową. Nie. Tej
strony nie będzie oznaczał. Nie potrzebował podwójnego przypomnienia
piekła. Jedno było całkowicie wystarczające.
Zasnął, nim znów się ściemniło.
Najwyraźniej miał poprzestawiany rytm dnia, bo znów obudził się, gdy zapadła ciemność.
Potwory
raz jeszcze stały przy krawędzi, formując się, znikając i odchodząc. I
tym razem, żadne z nich nie zdawało się go dojrzeć, choć nie siedział
pod okryciem liści. W końcu zobaczył znów Minotaura i poczuł, jak
przelewa się w nim gniew.
Ale tym razem był mądrzejszy, i nie
rzucił się do walki. Czuł jednak nie małą satysfakcję, gdy patrzył na
łeb byka i był pewien, że nawet inne potwory wiedziały, że syn Pazyfae
miał powód do wstydu.
Ale w końcu, patrzenie całą noc na potwory, dały jakiś efekt. Doszedł do paru prawidłowości.
Po
pierwsze, potwory zawsze wracały, w porze nocnej. Prawdopodobnie
dlatego, że w nocy były silniejsze, albo może nie były przyzwyczajone
jeszcze do światła, po odbudowywaniu się w czeluściach piekła.
Po
drugie, potwory dzieliły się na dwie kategorie. Te słabsze, takie jak
drakainy, ogary, czy inne, wracały na Ziemię od razu. Te potężne, tak
jak Minotaur, albo mantikora, musiały najwyraźniej wracać, jakkolwiek
głupio to brzmiało, pieszo. Percy podejrzewał, że skoro tak trudno było
je zabicie, to jedynym sprawiedliwym wyjściem było utrudnienie im
powrót.
Niepokojące było jednak to, że gdy część potworów znikała,
a część odchodziła, to Minotaur wciąż stał przy krawędzi i ryczał na
każdego. Percy nie był pewien, czy potwory mają jakąś społeczność, albo
wysoko zaawansowaną hierarchię, ale jeśli tak, to bykołak był na górze.
W
końcu, gdy znów zaczynało się rozwidniać, a parę potworów, zbyt
potężnych by zniknąć, wciąż stało przy krawędzi, Percy zaczął czuć się
nerwowo. Jedna rzecz ukrywać się w nocy, przed tłumem, który sam sobie
szkkodził, a druga walczyć w świetle dnia z pięcioma, sześcioma
potężnymi. Zwłaszcza, że nie był pewien, czy teraz węch im się już nie
polepszył, jeśli to to, sprawiało, ze zdawali się nie zauważać jego
obecności.
Ale w końcu, Minotaur, hydra, dwie drakiny z
największym ogarem, jakiego kiedykolwiek widział, większym nawet od Pani
O'Leary, zaczęli się oddalać i minęli go, całkowicie ignorując fakt, że
pod nosem mają soczyste śniadanie.
- Co do...? - mruknął i
zmrużył oczy. Wstał i tak dla pewności, wbił Orkana w ziemię, tworząc
szczelinę w podłoże, ciągnącą się prawie do oddalającej się grupy.
Zero reakcji.
I nagle go trafiło.
Chociaż
ignorancja ze strony potworów martwiła go, to nagle zdał sobie sprawę z
jej korzyści. Jeśli go nie zauważyły, to też nie atakowały, a to
znaczyło, że...
Chwycił plecak i koszyk, i oglądając się po raz ostatni na otchłań, zaczął iść.
Nigdy,
nigdy nie sądził, a podejrzewał, że im też nie przyszło to przez myśl,
że jego ucieczka z Tartaru będzie z potworami za przewodników.
Alleluja.